Dream out loud

Dream out loud

piątek, 31 stycznia 2014

Rozdział 13

~ Ponad 780 wejść. Wow. Dziękuję wam bardzo :D Widać przynajmniej, że jest dla kogo pisać ;p Przepraszam za te coraz częstsze spóźnienia ale się po prostu zorganizować nie mogę. Na wszystko mi braknie czasu. Także zdecydowałam, że nie będzie takiej dokładniej daty dodawania rozdziału, on będzie dodawany przynajmniej raz w tygodniu, z tego nie zrezygnuje ale nie wiadomo w jaki dzień. To tyle z mojej strony. Miłej lektury ;)


Jared:
To jest niesprawiedliwe. Dlaczego ja na te prawie wszystkie wywiady mam łazić sam?! Zespół to zespół a nie  tylko ja. Shannon wyszedł gdzieś nie wiadomo gdzie a ja mam siedzieć i odpowiadać po raz nie wiem który na te same nudne i nie przemyślane pytania dotyczące mnie, zespołu i innych rzeczy, o które równie dobrze mogli by spytać również mojego brata. Oby wytrzymać jeszcze jeden dzień, no w sumie to dwa, matko... Taka praca. Emma już się do mnie zaczyna dobijać, pora się zbierać. Miejsce dzisiejszego wywiadu nie było specjalnie daleko, przy dobrych wiatrach jakieś 20 minut, cóż tym razem mi nie dopisały. Jechaliśmy dwa razy tyle. Fajnie, że chociaż moja wierna asystentka ze mną jechała bo bym się chyba zanudził. taksówka była obrzydliwa i w opłakanym stanie, chętnie przeszedłbym się na piechotę albo rowerem dojechałbym na miejsce ale i tak byliśmy już odrobinę w tyle z czasem. Samochód zatrzymał się przed samymi drzwiami budynku dosyć sporego biurowca. Emma kazała mi zaczekać to ona pójdzie dowiedzieć się gdzie powinniśmy się udać. Recepcjonistka musiała właśnie usłyszeć moje nazwisko bo spojrzała się w moją stronę nerwowo się uśmiechając. Tak, ma się to coś, nie pamiętam już kiedy któraś zareagowała na mnie inaczej. Albo i pamiętam. Lizzy, tak ta dziewczyna jest wyjątkiem od reguły. Gdy pierwszy raz się spotkaliśmy czyli na scenie nie była specjalnie zachwycona, tak samo przy drugim, naszym nieco mniej miłym  zetknięciu nie patrzyła na mnie tymi zauroczonymi oczami. I właśnie za tą inność ją bardzo lubię. Właśnie! Muszę jej kupić pamiątkę, no prawię o tym zapomniałem. Tak z sentymentu mógłbym jej kupić koszulkę, było by zabawnie. No to już jest jakiś pomysł. Będę się musiał nad tym później zastanowić bo w moją stronę szła długonoga, atrakcyjna blondynka z przylepionym uśmiechem od ucha do ucha. Najwyraźniej to była ta dziennikarka, która miała przeprowadzić ze mną wywiad. Gdybym wiedział, że będzie taka ładna jechałbym tu z zupełnie innym nastawieniem. To całkowicie zmienia postać rzeczy...
- Witam, zapewne pan Jared Leto, Jestem Ashley Jones i chciałabym przeprowadzić z panem wywiad. - I z wzajemnością...
- Cześć, bardzo mi miło, mów mi Jared.
- Panie Leto...
- Jared...
- Jared. Pańska asystentka miała ustalić miejsce spotkania...
- O tak, właśnie to robi zaraz to przyjdzie. Proszę usiądź, jeszcze chwilkę jej to zajmie. - Zrobiła tak jak powiedziałem. Siedząc pewnym ruchem poprawiła swoją granatową obcisłą sukienkę, która była do niej idealnie dopasowana. Miała idealne ciało, szczupła, nie za wysoka, blondynka, wielkie oczy. Zjawiskowa.
W tej chwili przyszła Emma, uśmiechnięta co oznaczało, że wszystko poszło po jej myśli i rzetelnych notatek i długoterminowych planów, tak jak to ona zwykła panować nad sytuacją tak też i teraz wszystko miała pod kontrolą. Obydwoje z nowo poznaną dziennikarką Ashley, posłusznie udaliśmy się za nią, jak się później okazało moja asystentka prowadziła nas do wynajętej na dobrą godzinę małej sali konferencyjnej, gdzie można było spokojnie usiąść i wziąć się do roboty. Zważając na to, że Emma nie jest mi wcale potrzebna do pomocy w wywiadzie odprawiłem ją, dając jej czas wolny do końca dnia. Niech dziewczyna też ma coś od życia z tego wyjazdu.
- A więc Jared, możemy zaczynać? Jesteś gotowy?
- Jak nigdy.
- Świetnie. Pierwsze pytanie. Jak się ma twoja kariera muzyczna jak i aktorska? - Banał. Banał. Banał. Milion razy odpowiadałem na to pytanie. Dziewczyno nie przygotowałaś się. Ale spokojnie nie martw się i tak mi się podobasz. Tylko błagam nie zwal tego kolejnymi takimi pytaniami...
- Ma się cudownie zarówno muzyczna i aktorska. Pnie się w górę, jeśli można tak to ująć.
- Czy jest ktoś, z kim chciałbyś stworzyć duet muzyczny? - Też znane ale dobra, wywiady mają to do siebie, że nie są zaskakująco obfite w niespodzianki.
- Freddie Mercury.
- Oryginalna odpowiedź. - Odpowiedziała mi chichocząc jak nastolatka, oraz ukazując swój nieskazitelny biały uśmiech. Matko...
- Dzięki.
- Kolejne pytanie. Czy jesteś z kimś związany? - Oho zaczyna się...
- Tak, mam rodzinę zwaną Echelon i jest to bardzo poważny związek...
- A czy masz dziewczynę? - To chyba bardziej wyszło od niej niż to co miała w notatkach.
- Aktualnie nie, jak już mówiłem moja kariera pędzi do przodu nawet się nie oglądając, cały czas rozpoczynam nowe projekty i nie miałem jak dotąd czasu na poważniejsze związki. To by było nie sprawiedliwe w stosunku do drugiej osoby, żeby ciągle na mnie czekała kiedy wrócę z trasy lub ze studia gdzie czasami potrafię spędzić cały boży dzień. No chyba, żeby druga osoba był aż taka cierpliwa, ale jeszcze takowej nie było dane mi spotkać. Także jak na razie nie mam dziewczyny.
- Ostatnio pokazujesz się z pewną kobietą, dosyć często cię z nią widać. Nadal zaprzeczasz, że nie jesteś z nikim związany? - Złapała powoli za długopis i zaczęła przygryzać jego koniec. Oho pyta mnie o Elizabeth. Wiedziałem, że w końcu padnie to pytanie. Właściwie odpowiedź jest prosta, bo nie jesteśmy razem. Lecz z drugiej strony to jak to nazwać? Przespaliśmy się ze sobą. Chociaż fakt faktem, że obiecaliśmy sobie zapomnieć o tym incydencie, z którego i tak nie wiele pamiętaliśmy. Spotykamy się, rozmawiamy o wielu rzeczach, oglądamy filmy, nawet powiedziałem jej o moim miejscu do przemyśleń...Sam nie wiem jak z tego wybrnąć.
- Jest to moja bardzo dobra... przyjaciółka.  Często nas widać razem bo dużo rozmawiamy. A, że jestem jeszcze w Los Angeles to muszę się nagadać w związku z nadchodzącą trasą koncertową.
- Rozumiem. - Na jej twarz wpłynął niemal na ułamek sekundy uśmiech, który dobrze wiem co oznaczał. to było zadowolenie z mojej odpowiedzi. Było to żółte światło co oznaczało, że na koniec wywiadu spokojnie mogę ją gdzieś zaprosić... Ashley zadała serię jeszcze kilkunastu pytań, jednych bardziej oryginalnych drugich mniej. Typu ulubiony kolor. Co bym zmienił gdybym mógł i takie tam głupoty, które znam na pamięć jak pacierz. Dobra koniec z pracą na dziś. Zielone światło zaczynało migać swoim jaskrawym światłem więc spokojnie mogłem się spytać czy nie ma ochotę na kawę ale co mnie bardzo zdziwiło, nawet nie zdążyłem, bo sama panna Jones mnie uprzedziła...
- Nie masz ochoty Jared wyjść gdzieś jutro? - Nie wiem czy kiedykolwiek w życiu kobieta uprzedziła mnie z zapytaniem o wyjście. Dziwnie uczucie.
- Jutro? Mi pasuję nawet dzisiaj.
- Z przyjemnością poszłabym dzisiaj gdzieś z tobą, ale mam jeszcze na dziś do obskoczenia parę placówek.
- Nie no okej, rozumiem, praca... To może na początek nowej znajomości poszłabyś ze mną na imprezę charytatywną? Sam z Shannon'em będę się tam nudził jeśli będziesz chciała zadasz jeszcze jakieś pytania. - A co tam i tak impreza będzie chałą to mogę sobie pozwolić na osobę towarzyszącą, która na dodatek jest bardzo pociągająca... A z resztą Shann pewnie tez kogoś sobie przypałęta bo nie mam zielonego pojęcia co by robił cały dzień po za hotelem i to w dodatku sam.
- Dobrze. Z przyjemnością tam się z tobą pokaże. - Jest. Zgodziła się.  - A teraz wybacz, ale muszę już niestety lecieć spotkamy się jutro pod tym adresem. - I wręczyła mi karteczkę z nabazgranym adresem. Uuu i nawet numerem telefonu. No proszę proszę, nawet nie musiałem się domagać. Dziewczyna wie czego chce.
- Już się nie mogę doczekać na nasze spotkanie Ashley Jones.
- Do zobaczenia. - Pożegnała się w pośpiechu i wyszła z pomieszczenia. Wszystko bardzo ładnie się układa po mojej myśli...


Shannon:
Staliśmy tak, patrząc się w widok pięknego miasta Waszyngton i co chwilę każde zerkało z drugie I żadnemu wcale nie było śpieszno zaczynać temat.Bo najprawdopodobniej Ellie tak samo jak ja nie miało pojęcia co w ogóle powinno w takiej sytuacji. Ona ma jeszcze lepszą sytuację,  bo właśnie pocałował ją sporo od niej samej starszy facet. Boże no jak nastolatki, coś się wydarzyło a później wstyd zacząć o tym rozmawiać.
- No i co z tym zrobimy? - Jednak ku mojemu zdziwieniu El podjęła się pierwsza rozwikłaniu chwilowo dręczącego nas pytania "co dalej?".
- Z czym? - Debilu. Odpowiadaj rozsądniej...
- Z nadmierną emisją gazów cieplarnianych, wojami na świecie i głodem w Afryce. No co zrobimy z całą tą... akcją?
- Nie wiem.
- Jak to nie wiesz?
- Bo ja... ja... no bo jestem sporo straszy od ciebie.
- I przeszkadza ci to? Nie denerwuj się, spokojnie. I porozmawiaj ze mną normalnie.
- A tobie nie? Przepraszam, denerwuję się...
- Właśnie widzę... Moja babcia ma prawie 80 lat i jakoś nie przeszkadza mi to w kochaniu jej. - Co to za porównanie. Zaraz, zaraz co?!
- Kochasz mnie? - Dobra, posunąłem się za daleko...  Może trochę nie właściwe pytanie na tą chwilę- Nie ważne, nie musisz na to odpowiadać.
- Bardzo, bardzo cię lubię. Jesteś zabawny i miły dla mnie, że nie wiem jak ktokolwiek mógłby cię nie lubić...
- Ale...
- Ale, znamy się bardzo krótko, miesiąc,dwa? Może trochę ponad.
- Masz racje.
- Ale to nie zmienia faktu, że cię bardzo lubię, i że chcę się z tobą spotykać...
- A chciałabyś spróbować?
- Konkretnie czego? - Z jej oczu można było wyczytać bardzo wyraźnie strach przed tym co zaraz powiem.
- No wiesz...Noo. Czy... - Do jasnej cholery Shannon! Weź choć raz w życiu się wykaż odwagą! - Czy chciałabyś spróbować być ze mną. - Powiedziałem to. Uff. Na jednym wydechu i nie wiem czy coś z tego zrozumiała ale powiedziałem. Stała przede mną nie wiedząc gdzie ma podziać wzrok. Nie wiedząc co powiedzieć. Taka zakłopotana mała El.
- To ja mam propozycję... - Ostrożnie podniosła na mnie wzrok czekając cóż to mądrego wymyśliłem. - Rzucimy monetą. - Sięgnąłem do kieszeni po jakąkolwiek monetę. - Jeśli wypadnie orzeł to obiecasz mi, że to rozważysz, a jeśli wypadnie reszka to rzucimy jeszcze raz, co ty na to? - Wiedziałem, że zacznie się z tego śmiać. O to chodziło, żeby przerwać tą niezręczną ciszę, która bezceremonialnie nas blokowała.
- To jak?
- Zgoda. Przemyśle.
- Przemyśl ale nie odrzucaj od razu. Proszę.
- Obiecuję.
- I taką rozmowę to ja rozumiem!
- Zawsze musisz wrzucić swoje pięć groszy w postaci kawału?
- Oj weź, kto nie lubi się pośmiać?
- A chociaż sam je wymyślasz czy masz swojego tekściarza?
- Haha. Bardzo śmieszne wiesz. Oczywiście, że wymyślam je sam ślicznotko. Dobra na dziś mój rękaw niespodzianek i kawałów się troszkę wyczerpał. Wracamy?
- Jasne. Zmarzłam, trochę tu wieje. - Idąc do wyjścia otuliłem ją ramieniem i tak zeszliśmy do samochodu. Miasto nie było już takie zapchane jak wcześniej. Na moje nieszczęście bo przez to jazda autem z El nie trwała tyle ile bym chciał...
- Dziękuję za miły wieczór, marchewki i wszystko inne. Było cudownie.
- Dla panienki wszystko. - Wysiedliśmy z samochodu i szliśmy bardzo powolutku w stronę holu.
- Ellie, a poszłabyś ze mną jutro na taką tam imprezę charytatywną? Było by mi bardzo miło gdybyś się tam ze mną wybrała...
- Pewnie, że pójdę.
- No to w takim razie do jutra wieczorem.
- Do jutra. - Pożegnaliśmy się buziakiem w policzek, już nie chciałem naciągać struny, żeby całkowicie wszystkiego nie spieprzyć. Oj to był długi wieczór...

                                                                                  ***

Jak zwykle spóźniony! Dlaczego ja się nie potrafię ogarnąć na czas?! Jak tak dalej pójdzie to ja się spóźnię na własny pogrzeb. Dobra tylko wezmę marynarkę i kluczyki i piegiem do windy. Samochód na szczęście był już podstawiony więc nie musiałem się patyczkować, żeby do niego pędzić nie wiadomo gdzie. Miasto o tej porze całkiem do przejechania, na moje szczęście. I jeszcze jeden bardzo dobry aspekt całej sprawy, że hotel El nie był jakoś strasznie daleko. Gdy podjechałem, Ellie już na mnie czekała.
- Jak zwykle modnie spóźniony.
- Cześć, przepraszam, no nie potrafię się wyrobić jakoś.
- Cześć, nie szkodzi nie czekałam długo.
- Uff, kamień z serca.
- Długo będziemy jechać?
- Nie, co ty to kawałek drogi.
- To super. Dobrze wyglądasz.
- Nie tak jak moja towarzyszka ale dziękuję.
- Nie ma za co i też dziękuję. Jutro wracacie?
- Tak, jutro wieczornym lotem. A ty kiedy wracasz?
- Jutro ale wylatuję wcześniej.
- Ale ci dobrze, będziesz wcześniej w domu.
- No nie wiem czy tak dobrze, tylko przejdę przez próg i do roboty, artykuł się sam nie napisze.
- A właściwie to co ty robisz zawodowo?
- Takie tam, chodzę na pokazy potem pisze z nich recenzje, artykuły. Tworze prognozy na kolejne sezony mody.
- To chyba fajna praca.
- Czy ja wiem. Jest ciekawie ale czasami mam tego dość.
- Jak każdy.
- Nie gadaj ty masz super prace, robisz to co lubisz w ogóle.
- Racja bardzo to lubię, nawet czasami za bardzo. Ale czasami też mam dość i chce tylko się położyć do łóżka, kawa, kocyk, słuchawki w uszy i słodkie lenistwo.
- Serio? Nie powiedziałabym.
- A co byś powiedziała?
- Że pracuś z ciebie.
- Nie, to nie ja tylko Jared. To pracoholik.
- A gdzie on właściwie jest?
- Zaprosił podobno jakąś dziewczynę na tą całą imprezę i teraz po nią pojechał.
I dojechaliśmy. Szybko poszło. Sala była dosyć spora. Weszliśmy idealnie na rozpoczęcie, teraz tylko znaleźć młodego, Boże więcej ludzi nie dało się zebrać? Jest siedzi z jakąś długonogą blondyneczką. Usiedliśmy obok nich i słuchaliśmy mowy o datkach o licytacjach, loteriach i bla bla bla. W końcu można było zabrać się za coś do jedzenia a co lepsze otworzyć butelkę z procentami. Jak zwykle z Ellie gadało się super nawet zaczęliśmy rozmawiać z tą malowaną lalą, nie podoba mi się już od samego początku. Skąd on ją wytrzasnął?
- Jak się poznaliście?
- Ashley robiła ze mną wywiad,  a że nie miałem kogo zabrać tutaj to stwierdziłem czemu nie i oto jesteśmy.
- To świetnie...
- A teraz wybaczcie ale idziemy potańczyć.
Odprowadziliśmy ich wzrokiem aż do samego parkietu. Matko co to było?
- Nie no muszę się napić, kogo mój brat przyprowadził?
- Nalej i mi.
- To za co pijemy?
- Za gust twojego brata.
- Świetnie. Zdrowie.
I jakby nie patrzeć przesiedzieliśmy tak cały wieczór pijąc to coraz różniejsze trunki mieniące się wszystkimi kolorami tęczy. Powoli zaczynało mnie brać, a jeśli mnie zaczynało to znaczy, że Ellie już dawno odpłynęła. Tak ona miała słabą głowę czego zdążyłem się dowiedzieć na naszej ostatniej wspólnej spędzonej imprezie.
- Shannon chodźmy potańczyć. Proszę! - Oho zaczyna się.
- Nie wiesz na co się piszesz, kochana takiej łamagi to świat dawno nie widział.
- No to najwyższy czas się nauczyć!
- Niech ci będzie. - Dopiłem zawartość kieliszka i ruszyliśmy na parkiet.
- Co ty gadasz, gdzie te lewe nogi? Tańczysz lepiej niż moi poprzedni partnerzy do tańca. - A propo partnerów, przypomniało mi się moje pytanie dotyczące wczorajszego wieczora ale sam nie wiem czy chce poruszyć ten temat. Ciężko cokolwiek odczytać z jej zachowania, a zwłaszcza, że na wszystko co spojrzała to albo się głupio śmiała ale po prostu uśmiechała. Po pijanemu zaczęła nawet żartować, z żeby było śmieszniej to na prawdę się z nich śmiałem. Powolutku zataczaliśmy koła w wolnym tańcu napawając się chwilą cichej, spokojnej muzyki.
- Chcesz odpowiedzi?
- Hmm? Na co?
- Na twoje wczorajsze pytanie głuptasie.
- Aaa, to pytanie...
- Chcę spróbować być z tobą.
- Nie ma mowy.
- Dlaczego? Od wczoraj zdążyłeś zmienić zdanie?
- Jesteś pijana. Powiesz mi kiedy indziej.
- Na trzeźwo powiem to samo.



3 komentarze:

  1. Świetny rozdział. Fajnie piszesz. Nareszcie udało mi się znaleźć jakiś aktywny blog z opowiadaniem o Marsach. ;-;
    Nie mam nic do zarzucenia.
    Czekam na następny i życzę dużo weny.
    Zapraszam do mnie. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeju. Wróć proszę. :( Tak bardzo spodobało mi się to opowiadanie!

    OdpowiedzUsuń
  3. Nawet nie wiecie ile te komentarze dla mnie znaczą ;) Spoko spoko kolejny rozdział się szykuję i gwarantuję że niedługo będzie :D

    OdpowiedzUsuń