~ Witam wszystkich! Powiem szczerze, że ledwo nadążam nad dodawaniem regularnie rozdziałów ale jakoś się staram ;) Z góry przepraszam za literówki, czy powtórzenia. Ja po prostu tego nie widzę... Miłego czytania.
- Do jasnej cholery, ja już sama nie wiem co mam spakować!
- Boże... To tylko trzy dni. Wielkie mi mecyje włożyć kilka rzeczy do walizki...
- Ale to nie ty jedziesz do Waszyngtonu, na durne trzy dni. I to nie ty będziesz siedziała na głupim pokazie mody, z którego musisz zrobić recenzję kolekcji i przy okazji nie spotkasz się z kolesiem, którego bardzo bardzo lubisz! - Dobra, trochę mnie to zabolało ale taka jest już El, że wszystko mówi od razu co jej leży na wątrobie. Mimo wszystko cenię to u niej lecz nie dałam po sobie poznać, że zrobiło mi się trochę przykro, że to właśnie ja zostaje, nie będę robiła żadnej recenzji i nie spotkam się z żadnym chłopakiem, którego lubię...
- Oj Lizzy... Przepraszam cię. Wiesz. Bo. Bo ja... Bo ja jestem po prostu tym wszystkim zdenerwowana.
- Nic się nie stało. Cokolwiek tam nie założysz, będziesz wyglądać świetnie. Możesz wyjść nawet w tych swoich okropnych spodniach "do nocowań" a i tak będziesz wyglądać ślicznie.
- Co ty od nich chcesz? Są bardzo wygodne. - Spodnie "do nocowań", były to spodnie przeznaczone tylko i wyłącznie na nocowania u mnie w domu bądź u Ellie. No, ewentualnie, do czego niedawno mi się przyznała, do chodzenia po domu w rodziców.
- Dobrze, już nie ważne. W każdym razie trzeba cię spakować. - Tak więc otwieramy jej pożal się Bożę ogromną szafę z ubraniami, po czym obydwie próbujemy się do czegoś dokopać. Nie trwało to super długo, chwyciłam pierwsze lepsze, jak dla mnie, trzy sukienki po czym kiedy właścicielka zaakceptowała mój wybór można było przejść do kosmetyków. Cała operacja "Pakowanie zdesperowanej Ellie/nie wiem jak się pakować" zajęło około godzinki. To tak nie długo w porównaniu do długoterminowych wyjazdów służbowych. Ojeju lepiej tamtego nie wspominać... Bagaż spakowany, tylko po co jej tyle ubrań na trzy dni... Ale El to jest El jej nie przemówisz do rozumu.
- Aha! I jeszcze jedno, bez tego to w ogóle nie masz po co wracać z tego Waszyngtonu.
- Magnes?
- Tak...
- Mówisz masz. Wiesz to może przy okazji to kupię ci drugą lodówkę, bo z tego co ostatnio widziałam pęka w szwach od tych twoich magnesów.
- Dobra, dobra ale proszę kup mi, proooszę.
- Nie ma sprawy. A co ty będziesz robić gdy mnie i chłopaków nie będzie?- A no wiesz, będę dziko balować do utraty przytomności, kupię może sobie jakiś nowy specyfik, który zresztą sprzedaje o czym oczywiście nie wiesz i nikt nie wie, spotkam się z gościem, który nie wiem dlaczego zainteresował się moimi zdjęciami, które nie mam pojęcia kiedy zrobiłam, no i oczywiście praca w sklepie u Mike'a. A głównie to będę zamulać będąc w stanie nadpobudliwości umysłu oraz użalać się, że nie ma mnie tam z wami.
- No wiesz... Takie tam. Może, na rower pójdę.
- Rower?
- Ciebie nie będzie, to z kim będę biegać? Sama to nie za bardzo, więc zostaje rower.
- Mhm. Okej, tylko tam uważaj na tym rowerze.
- Będę.
- Dobrze, musimy się zbierać. Umówiłam się jeszcze dzisiaj z rodzicami na obiad, podrzucić cię gdzieś przy okazji?
- Właściwie to możesz, tam do tej fajnej lodziarni. Mam ochotę na coś słodkiego...
***
" Widzimy się dzisiaj, czy zajęta?"
Siedząc i zastanawiając się co mam zamówić wciął mi się Jared z esemesem. No cóż, niech wpada. i tak nie mam z kim pogadać.
"Pewnie, jestem teraz w lodziarni kawałek za moim domem. Wiesz gdzie?"
"Wiem , wiem. niedługo będę"
Zamówiłam sobie lody o smaku kinder bueno polane czekoladą i posypane małymi wafelkami. Takiej bomby kalorycznej i cukrowej nie dostaniesz nigdzie. Długo się nie nacieszyłam, nie zdążyłam zjeść kilka łyżek a już siedział obok mnie.
- Uuu lody.
- Radzę tez sobie zamówić, są przepyszne. Najlepsze lody w mieście
- Nie jem lodów.
- Boże, czemu?
- Jak śpiewasz, to nie możesz. Proste.
- Nie wiesz co tracisz.
- No cóż, życie.
- Wiesz.. ale ciasto to nie lody.
- I co? mam jeść razem z tobą, żeby mi poszło wszystko w tyłek jak tobie?
- Tak właśnie to miałam na myśli.
- A co tam, raz się tyję! - Tak, powiedział to Jared, który ma ciało jakie można było by sobie wymarzyć. On przecież tyje i chudnie jak mu się żywnie podoba! Wrócił za chwilę z talerzykiem, na którym był ogromny kawałek ciasta. Nie wiem jakie dokładnie ale w każdym razie mnóstwo kremu czekoladowego oraz polewy również czekoladowej.
- To żeś zaszalał.
- Nie gadaj tylko jedz. - Podczas jedzenia wyglądał dosłownie jak koneser ciasta, był taki zadowolony.
- Jezu, dlaczego mi wcześniej o tym miejscu nie powiedziałaś. To było pyszne. Nie pamiętam kiedy ostatnio jadłem ciasto.
- Jak to? A Tomo? Myślałam, że z wykształcenia jest kucharzem czy cukiernikiem.
- Bo jest ale gdy głębiej nas poznał, to stwierdził, że nie będzie dla nas piekł bo byśmy się z Shannon'em przyzwyczaili i już nigdy w życiu by nie wyszedł z kuchni. W czym jest oczywiście jakieś ziarno prawdy.
- Nie widać po was, że takie z was żarłoki.
- Jakbyś tyle skakała po scenie i tyle się denerwowała co my to też nie nabierałabyś wagi.
- Kto wie może kiedyś jeszcze przyjdzie na to pora, żeby się tak stresować.
- Może kiedyś. Dobra, zbieramy się,
- Dokąd?
- Musimy coś kupić.
- A nie musisz się spakować czy coś?
- Zajmie mi to 20 minut wieczorkiem. - No tak, przecież to nie Ellie.
- Okej, to prowadź.
- Mam rower, ale przejdziemy się na piechotę, to tylko 10 minut stąd.
- A gdzie idziemy?
- Do kobiety, która projektuje mi ubrania.
- Stylistki?
- Właśnie.
- Odbierasz coś od niej, robisz przymiarki?
- Odbieram, niebieską marynarkę, kurtkę, i parę innych drobiazgów.
- Ubierasz się tylko u niej?
- Nie, no co ty. To cała przyjemność połazić i wydać pieniądze w normalnym sklepie. A wracając do wyjazdu, chciałabyś coś z Waszyngtonu?
- Sama nie wiem, poprosiłam El o magnes. Tyle mi chyba wystarczy.
- Ale nie obrazisz się gdybym ci coś przywiózł?
- Naprawdę, nie musisz mi nic przywozić.
-Jeszcze zobaczymy. - Doszliśmy na miejsce. Był to niewielki budynek, prawie cały zrobiony ze szkła. Widać, że dobrze ktoś tu zarabia. Weszliśmy do środka kierując się do windy. Wysiedliśmy na czwartym piętrze. Bez zbędnych ceregieli bez pukania weszliśmy do dużego pokoju, w którym od samego wejścia otaczały nas wieszaki, manekiny, różne tkaniny i inne rzeczy. Przy biurku siedziała drobna blondynka grzebiąc coś w swoich segregatorach. Wnioskowałabym, że ona jest tą kobietą, która projektuję Jared'owi ubrania. Nie myliłam się, bo bo chwili, dziewczyna zorientowała się, że idziemy w jej stronę. Spojrzała najpierw na Jared'a później na mnie, po czym uśmiechnęła się do mnie życzliwie. Odwzajemniłam uśmiech, sprawiała bardzo dobre pierwsze wrażenie. Tylko przywitała się ze mną szybko i zaczęła rozmawiać z Jay'em o swoich projektach. Nie chcąc im przeszkadzać odeszłam kilka kroków dalej. Ta kobieta naprawdę ma talent. Wszystkie stroję były takie szykowne i eleganckie. A jej sukienki to coś pięknego, sama bym najchętniej taką sobie kupiła, ale na razie jeszcze odkładam, aby na wszystko mi wystarczyło a potem rzucam tą pracę. Kogo ja okłamuję, za bardzo mi się tam podoba, przywiązałam się. Jak zarobie wystarczająco dużo pieniędzy, żeby mi wystarczyło na wszystko co jest mi najbardziej potrzebne, to wtedy kupię sobie, którąś z tych przepięknych sukienek.
- Podoba ci się coś? - Z moich rozmyślań wyrwał mnie Jared. Pewnie już skończyli .
- Podoba się to zdecydowanie za mało powiedziane. Te stroje są śliczne.
- Co podoba ci się najbardziej?
- Wiem, że nie chodzę w sukienkach ale jak zobaczyłam tą, to po prostu stwierdziłam, że w taką zdecydowanie mogła bym założyć. - Podeszłam do jednej z sukien wywieszonej starannie na manekinie. Była ona zrobiona z najdelikatniejszego materiału jaki kiedykolwiek było mi dane dotknąć, kolor miała morski niebieski, dosłownie taki jakie jest morze na Cayo Coco.
- Bardzo ładnie byś w niej wyglądała.
- Skąd taka pewność?
- Ładnemu we wszystkim ładnie. - W jednej chwili poczułam się jednym, wielkim burakiem. Nikt nigdy mi nie powiedział, że jestem ładna. Nawet Kyle się na tyle nie wysilił.
- Dziękuję.
- Nie masz za co. - A żebyś wiedział, że jest... Wyszliśmy z budynku prosto do stojaka na rowery.
- Słuchaj strasznie cie przepraszam, ale muszę się zbierać. Mam jeszcze parę spraw do załatwienia z Emmą w dotyczących wyjazdu. Dasz radę wrócić sama?
- No jasne, dzięki, za zabranie mnie tutaj. Teraz już wiem, gdzie kupić najładniejsze ubrania w mieście.
- Nie ma za co. I to ja raczej powinienem dziękować, za zabranie mnie do najlepszej lodziarni czy tam cukierni już sam nie wiem, w której sprzedają najlepsze ciasto w mieście.
- Nie ma sprawy. To do zobaczenia za kilka dni.
- Tak, do zobaczenia. Jak wrócę to ci wszystko opowiem, jak było.
- Trzymam cię za słowo. - Pożegnaliśmy się w przyjacielskim uścisku. To tylko parę dni, a mi już jest bardzo przykro, że sama zostaje w LA. Życie.
***
Przyszedł piątek. Na co moje kalendarium w głowie mówiło, że mam się spotkać z tym gościem o zdjęć. Jestem bardzo ciekawa efektu tego spotkania. Jeszcze poprzedniego wieczora przemogłam się i wlazłam na dach mojego bloku w zrobić kilka zdjęć koloru nieba podczas zachodzenia słońca. A kosztowało mnie to dużo bo mam okropny lęk wysokości ale czego to się nie robi dla "kariery". Ellie z chłopakami wraca w niedziele nocą. W sumie to już chyba w poniedziałek, sama nie wiem, nie pamiętam. Do spotkania miała jeszcze sporo czasu. Poszłam się wykąpać i ubrać. Uformowałam pokaźną kreskę z białego proszku i zaspokoiłam swój głód. Usiadłam i zaczęłam patrzeć się w lecące obrazy w telewizorze. Dawka nie była aż tak duża, żeby mi zaczęło odwalać więc wszystko miałam pod kontrolą. Półtorej godziny później powolutku wszystko zaczęło we mnie wygasać, a dziewiętnasta była już blisko. Założyłam buty, chwyciłam za torbę i wyszła z mieszkania. Dotarcie na miejsce trwało i trwało. No dalej to już nie mógł sobie zażyczyć tego spotkania... Gdy dojechałam na miejsce, sprawnym krokiem ruszyłam w stronę całkiem sporej kawiarni. Jak na kawiarnie to było tam bardzo gustownie, bardzo mi się podobało. Na końcu sali siedział postawny, przystojny mężczyzna w ciemno szarym garniturze. Był może około trzydziestki, góra trzydzieści pięć lat ale wątpię. Gdy tylko mnie zobaczył, podniósł się z miejsca i poprawił swój ubiór, po czym pewny siebie ruszył w moją stronę.
- Witam, zapewne pani to Elizabeth Gartner. Ja jestem Seth Henneth
- Witam pana, tak zgadza się Elizabeth Gartner.
- Zapraszam do stolika. - Szedł za mną. Czułam, że uważnie mi się przygląda. Gdy podeszłam do stolika, jak na gentlemana przystało przysunął mi krzesło po czym am usiadł na przeciwko mnie.
- Na co pani ma ochotę?
- Woda z cytryną, proszę. - Podniósł rękę na kelnera który już po chwili zjawił się przy stoliku cierpliwie przyjmując zamówienie.
- Może przejdziemy do celu naszego spotkania? - Czułam się strasznie skrępowana, było mi bardzo niewygodnie cokolwiek powiedzieć.
- Naturalnie. Ma pani może pendrive'a? - Sięgnęła dłonią do torebki żeby go znaleźć. Przez chwilę zdenerwowałam się, że go ze sobą nie wzięłam, lecz jednak los mi sprzyjał i jakimś cudem go znalazłam.
- Proszę.
- Dziękuję, Jutro albo pojutrze powiem pani co o nich myślę.
- To nie będzie ich pan teraz przy mnie na bieżąco oceniać?
- Nie. Dzisiaj chciałem panią poznać osobiście. Jaki ma pani charakter. Czy nadaje się pani to czegoś takiego.
- Rozumiem. - A właściwie to nie rozumiem. Po cholerę mu wiedzieć jaki mam charakter. I oczywiście, że się do tego nadaję...
- Zacznijmy od tego. Czy chce pani w ogóle zacząć ze mną współpracę?
- Tak, chciałabym.
- Dlaczego?
- Uważam, że jest to dla mnie wielka szansa na wybicie się, albo jeśli nie na wybicie się to chociaż nabranie jakiegoś doświadczenia.
- Dobrze, a o jakiej kwocie zysku pani myśli?
- Właściwie to sama nie wiem, nie oczekuję dużo.
- A jest pani w związku? - A co to ma do rzeczy?!
- To jest raczej sprawa osobista.
- Chciałem tylko wiedzieć, czy będzie pani w stanie całkowicie oddać się pracy dla wystawy.
- Tak, proszę pana. Będę w stanie tego dokonać. - Irytujący gość.
- Doceniam to.
- A czy pan jest w związku? - Uśmiechnął się do mnie żartobliwie.
- To raczej sprawa osobista.
- Chciałam tylko wiedzieć, czy będzie mi pan w stanie zorganizować to wszystko.
- Będę, panno Elizabeth. Będę. - Zadał mi jeszcze serie takich beznadziejnie głupich pytań ale przyznam, że dzięki temu atmosfera się rozluźniła i rozmawiało się lżej i o wiele lepiej. A kiedy usłyszał, że mieszkam na drugim końcu miasta, grzecznie zaproponował mi podwiezienie, na co się oczywiście zgodziłam, bo absolutnie nie miała ochoty tłuc się autobusami to domu. Jechaliśmy pół godziny. Zdążył jeszcze mi zadać kilka pytań, które dotyczyły już nieco bardziej moich zdjęć i ogółem fotografii o czym chętnie opowiadałam. Gdy dojechaliśmy na miejsce, nie zdążyłam pociągnąć za klamkę od drzwi samochodowych a już Henneth otwierał mi drzwi, chwycił za dłoń i pomógł mi wysiąść.
- Dziękuję, pani za uroczy wieczór i mam nadzieję, że nasza współpraca dojedzie do skutku.
- Również mam taką nadzieje panie Henneth. - Pocałował delikatnie moją dłoń, pożegnał się i odjechał. Jedno jest pewne co do niego, chce aby mi pomógł z tą wystawą. Oby się udało...
Już nie wiem co mam pisać. Więc... No... :D Jest Moc!
OdpowiedzUsuń