~ Oto rozdział 6. Chciałam wam powiedzieć żebyście się nie przejmowali że weszliście na jakiś inny blog lub jakiś inny adres wam się wklepał, bo eksperymentuję z tłami oraz bannerami do bloga także przez jakiś czas będzie tu panował mały remont ;) I jeszcze jedna sprawa, wszystkie postacie z wyjątkiem tych prawdziwych jak Jared, Shannon czy Tomo, są wymyślone przeze mnie podczas pisania, a mówię to dlatego iż czytałam ostatnio fanfiction też na ten temat i natknęłam się na identyczne imiona jakie tutaj występują, po prostu zbieżność. Hope you'll like it :)
Jared:
Obudziły mnie drażniące w oczy promienie słoneczne zwiastujące nowy dzień, ale również niesamowita suchość w ustach dzielona z bólem głowy. Byłem w moim pokoju, tak tego jestem pewien, tylko dobre pytanie jak się tu znalazłem? Sięgnąłem ręką w stronę mojej szafki nocnej po butelkę wody, która zawsze tam stała właśnie na takie okazje. Nic nie pamiętałem, kompletnie nic, pustka, tak jakby ktoś po prostu wziął nożyczki i wyciął klatkę. Głowa zaczynała dawać mi się we znaki coraz bardziej aż tu nagle poczułem lekkie poruszenie, przekręciłem się na drugi bok by sprawdzić co się dzieje.Obok mnie leżała Lizz, Jezu co ona tu robi?! Postanowiłem nie zwlekać, moja ciekawość do wydarzeń z poprzedniej nocy wzięła górę, więc postanowiłem delikatnie obudzić dziewczynę. Przekręciła się w moją stronę, lekko otworzyła oczy, po czym szybko odskoczyła jak oparzona.
- O matko...
- Właśnie... - Spojrzeliśmy po sobie z ogromnym zakłopotaniem, w ogólne nie wiedząc co robić dalej.
- Czy my... - Zapytała z niepewnością i strachem w oczach. Nie byłem pewien co odpowiedzieć, bo nie pamiętałem wydarzeń z poprzedniej nocy więc zacząłem się rozglądać po pomieszczeniu a wraz ze mną Lizz, to co zobaczyliśmy, wyczerpująco odpowiadało na nasze pytanie, tak.... tak spaliśmy ze sobą. W dodatku popatrzeliśmy na siebie, ja w samych bokserkach, ona okręcona kołdrą. Może dla mnie to nie była jakaś nowość bycia z kolejną kobietą w takiej sytuacji łóżkowej, to mojej towarzyszce jak zauważyłem bardzo to ciążyło. Widać było że dziewczynie ta wiadomość w ogóle nie odpowiadała. Zszedłem z łóżka i założyłem na siebie pierwszy lepszy T-shirt, a ponieważ Lizz nie miała nic ze sobą, pożyczyłem jej jakieś za małe już na mnie spodnie dresowe i bluzkę. W końcu po krępującej ciszy postanowiłem jakoś załagodzić sytuacje.
- Widzę, że bardzo cię gryzie to co między nami zaszło... - Z ogromnym zakłopotaniem w oczach odpowiedziała co jej leży na sercu.
- A czy ciebie to nie gryzie? Przespałeś się z praktycznie obcą osobą. - Milczałem chwilę, właściwie nie wiedziałem co czuję w tej sytuacji... Z jednej strony chciałem takiego końca, ale z drugiej było mi wstyd za siebie, z jakiegoś niewiadomego powodu nabrałem pewnego rodzaju dystansu to tej dziewczyny, ona nie była jak wszystkie inne czyli puste, lecące na kasę czy na samo nazwisko to było ewidentnie widoczne i było mi okropnie głupio za to co się wydarzyło. Czasu nie odwrócisz...
- To co zrobimy?
- Może po prostu zapomnimy o tym, tak jakby ta sytuacja nie miała miejsca. - Odpowiedziała stanowczo ale dało się dostrzec cień rozważania z jej strony czy chce zapomnień czy też nie.
- Jeśli tak będzie nam wygodniej to zgoda. - Przystałem na jej propozycję, ponieważ sam lepszej nie miałem ale tez nie do końca się z tą zgadzałem. Za jej prośbą pokierowałem ją do łazienki, a sam udałem się w stronę schodów do kuchni. Wyraźnie było słychać czyjeś rozmowy przeplatane śmiechem. Za pewne Shannon już wstał, tylko kto z nim rozmawiał? Czyżby Ellie też u nas nocowała? I czy tak samo jak ja miała przygodę z moim bratem? Gdzieś w głębi duszy miałem nadzieję że jednak tak nie było, i że nie mieli takiej krępującej sytuacji jak my. Wszedłem do kuchni, miałem racje to był mój brat wraz z El, siedzieli przy wysokim blacie pijąc coś ze swoich kubków.
- Zobacz El kto wstał.
- Ooo, hej Jared. - odpowiedziała zachrypniętym głosem, ze zmęczonym wyrazem twarzy spoglądając w moją stronę.
- Jak się czujesz Ellie?
- Fatalnie. - odpowiedziała bezceremonialnie.
- W jakim sensie?
- W każdym sensie...
- Uuu... Kac morderca nie ma serca.
- A żebyś wiedział...
Spojrzeliśmy po sobie z Shannon'em odpowiadając na to śmiechem.
- To wcale nie jest śmieszne... - Na co Shannon wykorzystał sytuacje jak to on by jeszcze bardziej rozluźnić sytuacje.
- Wiesz jak to mówią, życie to melodramat, w nocy - melo, a w dzień dramat. - Nie mam pojęcia skąd on bierze te jego mądrości życiowe, ale za każdym razem rozwalały mnie na łopatki. Zaraz sobie przypomniałem że moja głowa się upomina o życiodajne w tej chwili proszki od bólu głowy. Nalałem sobie wody do szklanki i zaraz po tym poczułem jak ktoś się o mnie otarł, to Lizz zeszła do nas z góry i szeroko się uśmiechając przywitała się ze wszystkimi, a następnie zamieniła kilka słów z ledwo żywą przyjaciółką. Zacząłem krzątać się po pomieszczeniu starając się znaleźć coś co mógł bym zjeść. Przy czym zauważyłem że krótkowłosa blondynka co raz zerkała nie pewnie w moją stronę. Po dłuższych rozterkach co zrobić wszystkim na śniadanie złapałem pierwsze lepsze produkty i zacząłem tworzyć z nich kanapki. Ku mojemu zdziwieniu wszyscy się zajadali chociaż znajdowały się na nich same warzywa, wszyscy oprócz Lizz, nie wyglądała najlepiej, nie wiem, może to był po prostu efekt wczorajszej imprezy.
- Dobra mam propozycje, jak zjemy, to ja odwiozę do domu Lizz a Shannon odwiezie Ellie.
- Nie ma sprawy. - odpowiedział na znak zgody z moim pomysłem.
- Będę wam do końca życia wdzięczna, za Chiny bym nie doszła tak daleko sama... -El także się zgodziła, wyraźnie było widać że się zaprzyjaźnili, a nawet jeśli by się nie zgodziła to w tym stanie i tak by nigdzie sama nie doszła. Gdy spojrzałem na krótkowłosą, tylko kiwnęła posłusznie głową. Zjedliśmy wszystko do końca i postanowiliśmy się zbierać. Bo widząc jaką Lizz prowadzi wojnę w swojej głowie, postanowiłem nie zwlekać z odwiezieniem jej do domu. Wstaliśmy od stołu, cały czas szła za mną nic się nie odzywając. Otwierając drzwi, zostałem dosłownie oślepiony. Fotoreporterzy. Nie dobrze, bardzo nie dobrze. Jeszcze tego mi dziś brakowało. Poprowadziłem dziewczynę do auta, otwierając jej a następnie szybko usiadłem za kierownicą i nie zwlekając odjechaliśmy. Widząc minę mojej towarzyszki, można było powiedzieć, że pierwszy raz w życiu doświadczyła czegoś takiego - była w szoku.
- Nie przejmuj się nimi, zwykłe mendy zatruwające mi życie niemal każdego dnia.
- Jak możesz z tym żyć?!
- Jakoś trzeba. Co poradzisz?
Podczas jazdy spytałem tylko o jej adres. O niczym więcej nie rozmawialiśmy. Nawet nie nalegałem, musiała sobie to wszystko przemyśleć, chociaż nie do końca rozumiałem czym tu się tak dręczyć, zwykła wpadka przy pracy i tyle, zdarza się. A może to jest tylko moje podejście.
- Dobra to już tutaj, na górę wejdę sama. Dzięki za zaproszenie na imprezę, mimo wszystko było genialnie. - Odpowiedziała z uśmiechem na twarzy, chyba jej przechodziło.
- Nie ma za co. To jak, o tej samej porze w poniedziałek na sałatkę?
- Wegetariańską oczywiście.
- A jak by inaczej. - Pożegnaliśmy się w dobrych humorach. Już miałem odjeżdżać gdy zobaczyłem gdy Lizz była już prawie w progu drzwi, ktoś do niej podszedł, nie wiem kto to był, pierwszy raz widziałem gościa na oczy. Wyglądał na bardzo zezłoszczonego widokiem dziewczyny, złapał ją za nadgarstek i mocno pociągnął w swoją stronę, chwycił palcami za brodę każąc spojrzeć jej na niego a potem powiedział jej coś prosto w twarz, najwyraźniej krzyczał. Chwile potem już ich nie widziałem weszli do budynku. Nie rozumiem, o co mogło chodzić. Byłem nieco skonsternowany całym zajściem. Może to nic poważnego, będzie czas żeby się zapytać.
Lizz:
Co ja najlepszego zrobiłam. Sama siebie nie poznaje ja i takie wpadki? W życiu bym nie powiedziała że tak zabaluje żeby później wpaść komukolwiek do łóżka. Co za wstyd...Pewnie sobie teraz myśli jaka to ja łatwa jestem. Jednak to już trochę jednak za późno na takie rozmyślania, trzeba było myśleć wcześniej moja droga. I jeszcze te paparazzi, oby nie było z tego jakiejś większej afery, nie lubię zamieszania wokół mojej osoby i jeszcze jakby się Kyle dowiedział to po prostu kaplica. Siedziałam w samochodzie tuż obok niego, nie wiedząc jak mam się zachować, po prostu milczałam. W końcu dojechaliśmy pod blok. Jared postanowił jakoś załagodzić sytuacje zapraszając ponownie na sałatkę na co oczywiście przystałam. Humor odrobinę mi się poprawił, lecz tylko na chwilę. Już prawię byłam pod drzwiami gdy na ławeczce siedział sobie Kyle wyraźnie czekając, najwidoczniej na mój powrót. Gdy tylko mnie zobaczył poderwał się i szedł szybkim krokiem w moją stronę. Energicznie złapał mnie za nadgarstki sprawiając że ich prawie nie czułam, spuściłam głowę w dół by w jakiś sposób wyrwać się z uścisku, na to on złapał mnie za podbródek pytając.
- No patrzcie państwo kto raczył się pojawić w domu, można wiedzieć gdzie tak zabalowałaś? O i co ważniejsze z kim tam byłaś? Znając ciebie to puściłaś się z którymś.
- Nie masz prawa tak do mnie mówić!
- Mi to mówisz?! Siebie posłuchaj. Kto ci co miesiąc pożycza kasę żebyś miała gdzie mieszkać? Złamanego grosza nie dostaniesz od tej chwili!
Popchnął mnie, o mało się nie przewróciłam na chodniku. Otworzył drzwi i kazał mi iść przed siebie w stronę mojego mieszkania. Otworzyłam drzwi, weszłam do środka, już szykowałam się na cios w twarz czy gdziekolwiek indziej ale "mile" mnie zaskoczył tylko mówiąc.
- Jak tylko kiedyś cię zobaczę z innym albo się dowiem że się puściłaś to uwierz mi bój się. - I wyszedł, tak po prostu wyszedł. Nie lubię takiego napięcia, a czułam je aż za dobrze. Na tą chwilę nie ma zielonego pojęcia co mu może wpaść do głowy. Jeju a co ja się tak zaczęłam ty nagle przejmować nigdy mnie to jakoś specjalnie nie obchodziło to on sobie myśli bo tak czy siak mi się dostawało za byle co bym nie powiedziała czy zrobiła. Najwyżej dojdzie kolejny siniak wielkie mi co. Postanowiłam zabrać się do obmyślania koncepcji na temat mojego tematu pracy z zajęć z uczelni "Prawdziwa radość w obiektywie". Nie będzie to jakieś trudne, ale z kolei łatwe też nie bo jak ma znaleźć szczęście osoba, która rzadko jest z czegokolwiek zadowolona i dostaje od życia ciągle po mordzie? Nie mam pojęcia lecz cóż poradzić trzeba szukać. Uznałam że na początek dobrym miejscem na odnalezienie tego czego szukam będzie park, już chciałam wyjść ale zorientowałam się że nadal mam na sobie spodnie i koszulkę Jared'a. szybko się przebrałam w coś odpowiedniejszego, chwyciłam za aparat i pobiegłam do parku. Tak jak myślałam, park był trafnym miejscem, bawiące się w berka dzieci, osoby jeżdżące na rolkach czy deskorolkach, zakochane pary spacerujące pomiędzy drzewami i trzymające się za ręce. Nie pamiętam kiedy ja ostatnio z Kyle'em byłam na takim spacerze, nie pamiętam kiedy ostatni raz trzymaliśmy się za ręce, kiedy patrzył mi oczy z tą troską. Chociaż jakby spojrzeć na to inaczej, za ręce mnie trzymał co z tego że mam teraz całe posiniaczone ale jednak. W oczy tez mi patrzył lecz to raczej nie była troska, tylko hmmm.... Chęć mordu? Tak chyba najlepsze określenie. Dłużej się zastanawiając to ile można fotografować zakochańców mało jest ich zdjęć? Dlatego przestawiłam się na skate'ów. O wiele lepszy widok, robili to co kochają i byli szczęśliwi. Jaki wynik prawdziwe szczęście. Spędziłam tak cały boży dzień na łapaniu tych jedynych momentów i nawet nie zauważyłam jak powoli słońce zaczęło zachodzić. Wracając do domu czułam się świetnie zapomniałam o codziennych sprawach, o Kyle'u, o niefortunnym zdarzeniu z Jared'em, o tym jak zdobędę pieniądze na rachunki, wszystko po prostu uleciało. Tego mi było trzeba. Weszłam do domu, odłożyłam aparat i udałam się w stronę kuchni by zrobić sobie kakao i kanapki. Założyłam na siebie ulubiony ciepły sweter i poszłam do swojej sypialni by tam zjeść swoją kolacje i dokończyć książkę.Nawet nie zauważyłam kiedy zasnęłam.
Następnego dnia obudziłam się dobre 20 minut przed budzikiem. ostatnio jak zauważyłam nie mam takich problemów ze wstawaniem co bardzo mnie cieszyło bo nie spóźniałam się do pracy. zrobiłam sobie kawę, zjadłam płatki, i zostało tylko wziąć prysznic, umalować się i ubrać. Sprawnie wszystko szło, miałam bardzo dobry humor, zero koszmarów w nocy, nawet wpadło mi do głowy kilka pomysłów co to tego jak zrobić to najlepsze zdjęcie. Wyszłam z domu, wziąwszy przedtem słuchawki, telefon, identyfikator oraz portfel jak zawsze z resztą. Na przystanku było mało osób, i dobrze bo będzie gdzie usiąść. Po krótkim czasie znalazłam się tuż pod galerią handlową, szłam powoli nie śpiesząc się, cały czas słuchając muzyki. Gdy nagle coś w melodii mi nie odpowiadało, słyszałam jeszcze jeden dźwięk nie dobiegając z mojej słuchawki. Odwróciłam się przez ramię i zobaczyłam że ktoś mnie woła. Postać zaczęła się przybliżać to był Kyle. Rzadko kiedy przychodził do mnie do pracy a co dopiero pod wejście dla personelu. Zdjęłam słuchawki by móc go lepiej słyszeć. Szedł do mnie energicznym krokiem, zatrzymał się i spojrzał mi prosto w twarz.
- Ty szmato...
- Witaj Kyle! Ciebie też jest miło widzieć. - Odpowiedziałam z doskonale wyczuwalną ironią w głosie, już miałam się odwrócić gdy Kyle mocno szarpnął mnie za ramię, sprawiając że znowu stoję przodem do niego.
- Jak mogłaś mi to zrobić?!
- Jezu Kyle do rzeczy! Ciągle coś ci we mnie przeszkadza więc już straciłam rachubę co tym razem mogło cię tak z mojej strony unieszczęśliwić. - Na te słowa cisnął we mnie gazetą. Podniosłam ją, a to co zobaczyłam po prostu zbiło mnie z nóg. W gazecie było zamieszczone duże zdjęcie moje i Jared'a jak wychodzimy z jego domu, z ogromnym nagłówkiem " Jared Leto w końcu nie jest sam". Czytałam artykuł dotyczący mnie tak zachłannie że prawie mi oczy wyleciały jak przeczytałam te dyrdymały na mój temat.
" Frontman kultowego zespołu 30 Seconds To Mars,
został sfotografowany wczoraj z nieznaną nam
do tej pory dziewczyną. Jest to Elizabeth Gartner,
zwyczajna mieszkanka Los Angeles. Czy są parą? Tego jak na razie
nie jesteśmy w stanie powiedzieć, lecz bardzo dużo może nam wyjawić
strój, widoczny na tym zdjęciu - męska za duża koszulka. Czyżby Jared'a?"
Stałam jak słup soli, nie wiedząc co mam zrobić. Jak mam to wytłumaczyć? Odważyłam się spojrzeć mu w oczy.
- Posłuchaj, ja... - Nie zdążyłam czegokolwiek innego powiedzieć, poczułam tylko okropny ból. Uderzył mnie. Prosto w twarz zaciśniętą pięścią. Upadłam na ziemię. Drugi, trzeci, czwarty cios, nadal w twarz. Potem kopnął mnie w brzuch parę razy. Błagałam aby przestał, już miałam dość, ból był nie do zniesienia. Kopnął ostatni raz i odszedł, tak zwyczajnie jak gdyby nigdy nic odszedł. A ja leżałam zwijając się w kłębek. W końcu postanowiłam spróbować się podnieść na co tylko kaszlnęłam plując krwią. Zdołała wstać na nogi. Nikt zajścia nie widział. Weszłam szybko za drzwi kierując się do sklepu muzycznego. Weszłam od zaplecza, natychmiast kierując się do łazienki. Gdy tylko zobaczyłam się w lustrze zobaczyłam siniak okalający całe moje oko. Niedobrze. Nie łatwo będzie to ukryć... Spojrzałam na swoje ręce, również znajdowały się na nich lekko fioletowawe miejsca. wyjęłam kosmetyki z torby i zaczęłam zamalowywać bolące oko. Na to tylko założyłam okulary przeciwsłoneczne i delikatnie kuśtykając wyszłam z toalety prosto do pracy. Udałam się w stronę jeszcze nie rozpakowanych kartonów by poukładać towar na półkach. wtedy przeszedł obok mnie Mike.
- Lizz słuchaj chciałbym żebyś...
- Żebym co? - Patrzył na mnie dość obojętnym wyrazem twarzy albo przynajmniej ja go nie mogłam odczytać.
- Wszystko w porządku? Dobrze się czujesz?
- Tak, jest świetnie czuje się dobrze.
- Nie wyglądasz dobrze.
- To nie patrz. - Odpowiedziałam pokrótce i wróciłam do wykonywanej czynności.
- Dobra ja już nie mam siły ci prawić kazań żebyś dała sobie z nim spokój, chciałem tylko żebyś poukładała towar również z tamtych pudełek jak oczywiście skończysz już z tymi.
- Nie ma sprawy. - Posłałam mu niewinny uśmiech żeby po prostu się odczepił. Wszystko mnie bolało i na prawdę nie miałam siły ani ochoty na słuchanie jego esejów na temat życia "żyje się tylko raz" , " nie marnuj się z tym facetem" itp. Każda komórka ciała paliła mnie żywym ogniem. Proszki przeciw bólowe nie dawały takiego efektu jakiego się spodziewałam. Musiałam to wytrzymać. Dzień się dłużył niemiłosiernie i w końcu zbliżało się upragniona pora na przerwę czyli lunch. Nie byłam głodna, chociaż właściwie może i byłam ale ból żeber sprawiał że oddychanie sprawiało mi nie lada trudność to co dopiero jedzenie. Brawo Kyle dobrze wykonana robota. Postarał się, nie ma co. Poszłam w stronę pokoju na zapleczu, w którym znajdowała się niewielka kanapa. Położyłam się na niej ostrożnie zdejmując ciemne okulary z oczu. Leżałam tak rozmyślając co powinnam zrobić. Mike ma racje i doskonale o tym wiem ale z moją dumą nigdy się do tego nie przyznam. On nic nie rozumie, to nie jest takie proste, szczerze mówiąc to zaczęłam się go bać, tak przyznałam to boje się go. Z czy to się wiąże że nie mogę go tak po prostu zostawić bo skutki takich słów mogły by być o wiele gorsze. Z moich rozmyśleń wyrwał mnie mój szef.
- Lizzy ktoś do ciebie.
- Już idę. - Wstałam powoli z kanapy. dlaczego te cholerne proszki nie działają?! Szłam w stronę kas, i zobaczyłam przy nich Jared'a. O kurcze, całkiem zapomniałam że się z nim umówiłam.
- W czym mogę służyć. - Zapytałam służbowo na przywitanie.
- Hej Lizz! - Odpowiedział mi pogodnie, ale natychmiast jego wyraz twarzy się zmienił. Zapomniałam okularów ze stolika... Niezręczna sytuacja.
- Jak się czujesz? - Zapytał po chwili.
- O bardzo dobrze dziękuję.
- Moim zdaniem nie wyglądasz dobrze.
- To nie patrz w takim razie. - Odpowiedziałam bezpretensjonalnie patrząc mu w oczy.
- Nie musisz tak naskakiwać od razu. Takie siniaki nie biorą od alergii.
- A żebyś wiedział, że jestem alergikiem!
- Niby na co?
- Na takich wścibskich ludzi, wtrącających się do cudzego życia!
- Bardzo śmieszne, widzę że masz niezły ubaw.
- Oj daj mi spokój. - Po tych słowach odszedł rzucając wściekłym spojrzeniem w moją stronę. Ojej jak mi przykro. Zaraz się popłaczę po prostu.
- Dałabyś chociaż raz sobie pomóc. - Usłyszałam za sobą Mike'a.
- Kolejny... Wy nic nie rozumiecie!
- To mi wytłumacz.
- To nie jest takie proste...
Dream out loud
czwartek, 28 listopada 2013
czwartek, 21 listopada 2013
Rozdział 5
~ Witam ponownie, kolejny rozdział opublikowany. Żadnych skarg od was nie widzę, więc wnioskuję że nie idzie mi aż tak tragicznie, także pisze dalej dopóki weny szlak nie weźmie, to by było na tyle ;)
Lizz:
Nareszcie, nadeszła upragniona sobota. Mój ulubiony dzień tygodnia, dlaczego odpowiedź jest prosta, nie musiałam iść do pracy. Odkąd Mike zdecydował się na zatrudnienie praktykantki, miałam całe weekend'y wolne dla siebie i bardzo mi się to podobało. Jedyne to co robiłam w te dni to sprzątałam mieszkanie, czytałam książki, nawet zaczęłam uprawiać jogging co jest w ogólne do mnie lenia patentowanego nie podobne ale przy dłuższych zachętach mojej najlepszej przyjaciółki w końcu się jakoś przemogłam i przyznam że była to świetna decyzja, kondycje mam lepszą, schudłam nawet, i najważniejsze pozwala mi to o wszystkim zapomnieć, czasami każdemu się przydaje, no i oczywiście najważniejsze studia, tak studiuje zaocznie fotografię, jestem już na trzecim roku (w opowiadaniu te studia trwają tylko trzy lata) co oznacza że czas najwyższy wziąć się za prace magisterską, w prawdzie temat nie jest super ciężki ale jak chce się zaliczyć to trzeba się przyłożyć i włożyć w te fotki trochę serca, co oczywiście zawsze robiłam bo robienie zdjęć to moja druga miłość zaraz po pracy w sklepie, naprawianie instrumentów, czy sama pomoc zagubionym jeszcze w świecie muzyki ludziom w doborze sprzętu zgodnie z ich osobowościami. Tak to są rzeczy, które na prawdę w życiu mnie uszczęśliwiają. Dzisiejszy dzień był raczej spokojny, bezstresowy, słońce świeci, dobra muzyka w tle, herbatka, ciepły kocyk, Kyle się obraził i był zły więc raczej tego nie zakłóci... tak ogólnie mówiąc to żyć nie umierać! Kocham te słodkie chwile lenistwa, zresztą chyba jak każdy. Gdy tu nagle, jak na złość,co się dzieje? No oczywiście ktoś się musi dobijać do mojej osoby drogą telefoniczną, po jaką cholerę wymyślono telefony...
- Halo? - Zapytałam dosyć podirytowana że ktoś mi zakłóca spokój sobotniego popołudnia.
- Heej Lizz! - Ach no oczywiście, że też nie wpadłam na to, dzwoniła oczywiście Ellie.
- Hej hej, co tam ciekawego?
- A w sumie to dawno cię na oczy nie widziałam, może się spotkamy?
- Okej, też się stęskniłam, i mam sporo do opowiedzenia.
- To świetnie, bardzo się ciesze...
- Coś nie tak?
- A nie, nie... tylko wiesz nawiązując tego naszego spotkania....
- Mów, nie owijaj!
- Bo ja to już tak sobie siedzę parę ładnych minut w parku, tak w tym parku, w którym od jakiegoś czasu, w soboty umówione jesteśmy na spalanie tych małych, tycich, upierdliwych kalorii, które bezlitośnie włażą w dupę, czyli krócej bieganie! - Patrzyłam się jak opętana przed siebie w przestrzeń, zapominając że rozmawiam przed telefon.
- Boże zapomniałam!!!
- Wiem, wiem. Dlatego zbieraj te mizerne cztery litery i zapraszam na totalny work out, mamy dziś długi dystans do pokonania. - Nawet nie odpowiedziałam bo pobiegłam do sypialni po moje ulubione czarne dresy oraz odrobinę za duża koszulkę do biegania. zawiązałam szybko już nieco powycierane buty do biegów długo dystansowych i pognałam w stronę umówionego miejsca. Dobiegłam w ciągu 10 minut. Miałyśmy razem z Ellie już dość dobra kondycję by w czasie biegu móc rozmawiać ze sobą, więc nie marnując czasu Ellie opowiedziała mi co się działo u niej w przeciągu tygodnia, gdyż tyle się z nią nie widziałam, a potem ja ze szczegółami opowiedziałam co się działo u mnie, niczego nie mogłam pominąć, bądź co bądź moja najlepsza przyjaciółka była strasznie wścibska, ale już zdążyłam się przyzwyczaić. Przyznam czasami ta dziewczyna doprowadzała mnie do istnej furii, miała swoje humorki, i wścibiała nos dosłownie wszędzie. Co jeszcze o niej, pochodzi z całkiem zamożnej rodziny, niczego w jej życiu nie brakowało, do pracy chodziła żeby się nie zanudzić na śmierć w jej ogromnym mieszkaniu. No ale cóż ostatnio mam ciężki okres w moim życiu, a ona starała się mnie pocieszyć z pomocą Kyle'a i była przy mnie, dziwne że tyle wytrzymała, zwykle ludzie nie pałają chęcią nawiązania ze mną dłuższych znajomości. Po tym wnioskuję że warto mieć taką osobę w zanadrzu. Mimo wszystko bardzo ją lubię.
- Tak, tak, dalej to sobie wmawiaj że to był "wypadek" - wymawiając słowo wypadek zakreśliła w powietrzu cudzysłów.
- Oj weź skończ z tymi swoimi gadkami że "przeznaczenie" i inne takie bla bla bla, które robią ci wodę z mózgu. Musisz przestać czytać te durne romansidła czy co ty tam pochłaniasz...
- Sama powinnaś dać popis swojej wyobraźni, mogę ci nawet pożyczyć jedną świetną książkę, to zobaczysz o co mi chodzi.
- Weź przestań, sama się kiedyś przejedziesz na takim gadaniu, że istnieje ten jedyny, będziecie mieć dwójkę uroczych dzieci oraz na sam koniec będziecie wygrzewać stare tyłki na kanapie popijając ziółka i ogólnie to happy ever after. A jeśli ktoś złamie ci serce?
- A na to też jest rozwiązanie, zresztą jak na wszystko inne.
- Niby jakie?
- Kiedy ktoś ci złamie serce, daj mu z liścia, na serio, a potem idź na lody.
- I tyle? Lody?
- A co sobie wyobrażałaś? Super glue tutaj nie pomoże skarbie.
- Dobra jeśli kiedyś ktoś mi złamie serce to gwarantuję ci że pierwsze co zrobię pójdę na lody. - Powiedziałam to bardzo poważnie, a Ellie tylko spojrzała na mnie z miną zwycięzcy że w końcu udało mi się coś wpoić.
- A słuchaj, jakiś konkretny smak do tej twojej teorii? Bo wiesz jeszcze źle wybiorę i szlak wszystko trafi!
- Lizzy...raz byś mi zrobiła przyjemność i chociaż mogła udawać że wierzysz w to wszystko...
- Nie ma opcji, ja nie wierze w takie pierdoły... - Przebiegłyśmy całkiem spory kawałek, nie wiem dokładnie ile ale zaczynałyśmy się męczyć, więc najwyższy czas na powrót, po za tym zajęcia na uczelni zaczynały się nie długo. Po długich pogaduchach z Ellie, pożegnałam się z nią i przyspieszyłam w kierunki mojego bloku. Kiedy byłam na miejscu postanowiłam wziąć szybki, chłodny prysznic. Nie ma nic lepszego jak miły, przeszywający chłód zmęczone ciało. Wyszłam z łazienki ubierając się w czarne rurki i czerwony T-shirt a na to czarna koszula. zapinając guziki, zadzwonił telefon.
- Matko jeszcze się nie nagadałaś Ellie? - Usłyszałam szczery śmiech w słuchawce, nie było by to w ogóle dziwne gdyby to nie był męski śmiech, bardzo zbiło mnie to z tropu.
- Mam na imię Jared jeśli jeszcze pamiętasz, ale w ostateczności jeżeli prościej jest dla ciebie Ellie to nie ma żadnego problemu... - Kolejna salwa śmiechu z jego strony. W przeciwieństwie do niego, ja paliłam się ze wstydu, matko ale wtopa.
- O matko... kurcze, no wtopa, przepraszam nie spojrzałam na wyświetlacz zanim odebrałam... Jared. - Dodałam szybko, by nie wyszło jeszcze durniej niż jest.
- Nie no wiesz, na serio jak masz z tym problem, to nazywaj mnie jak ci wygodnie.
- Dobra, dobra. Już wyśmiane. - Sama zaczęłam się śmiać bo już nie wiedziałam jak się zachować.
- Dzwonie w jednej konkretnej sprawię.
- Jakiej?
- Masz ochotę na jakąś kawę czy coś w ten deseń?
- Jasne, a kiedy? - Odpowiedziałam bez wahania.
- No nawet za 10 minut.
- Uuuu...Nie bardzo...
- Dlaczego?
- Idę na uczelnię.
- Studiujesz? Super! A mogę się zapytać co?
- Fotografię. - Zapadła chwilowa cisza.
- Hmmm. A to się dobrze składa.
- Niby czemu?
- A nie, już nic. Nie ważne, dowiesz się niedługo. Dobra muszę już kończyć. Do zobaczenia Lizz!
- Okeeeejjj. Nie wiem o co ci chodzi, ale do zobaczenia!
O co mu chodziło? A kto by miał czas zgadywać, temu gościowi po głowie mogło chodzić dosłownie wszystko... Spojrzałam na zegarek, za chwilę miałam autobus. Wzięłam torbę a w niej aparat fotograficzny, telefon, słuchawki jak zawsze, jabłko, portfel, i mogłam ruszać. Od mojego mieszkania do uczelni było około 40 minut drogi. W tym czasie słuchałam muzyki na cały regulator telefonu, co z tego że bębenki mi pękały, ale niektórych piosenek nie da się po prostu słuchać po cichu. Kiedy dotarłam do celu, przekroczyłam, duże drewniane drzwi i skierowałam się do sali zajęć. Czułam lekki stres, bo to dokładnie dzisiaj miałam się dowiedzieć jaki otrzymam temat pracy magisterskiej. Matko, a jeśli wylosuję coś okropnie trudnego... No nie dam rady, z moim szczęściem to dostanę coś wręcz niewykonalnego. Ale cóż jak to mama mawiała trzeba wziąć byka za rogi. Oj tak... trzeba było.Weszłam do sali spokojnym krokiem, zajęłam miejsce gdzie prawie przy końcu. po chwili na salę wszedł profesor, przywitał się ze studentami i zaczął opowiadać co nieco czego od nas wymaga. Następnie wziął do rąk przezroczystą kulę, w której znajdowały się różnego koloru kartki. Kazał nam podejść i wziąć jedną z nich. Moi znajomi przede mną byli zadowoleni ze swoich tematów, widać to było po ich minach, ale byli tez tacy co pod nosem wyklinali dzień, w którym wybrali ten kierunek studiów.Moja kolej, cóż... co będzie to będzie.Wzięłam kartkę koloru zielonego a na niej było napisane:
"Prawdziwa radość w obiektywie"
Pierwsza myśl, kurcze łatwo nie będzie. Ale jak by się dłużej zastanowić... w sumie do zrobienia. Jakoś to będzie, i ponownie zajęłam miejsce na tyłach sali. Profesor wrócił do prowadzenia zajęć i wyjaśnił nam czego dokładnie wymaga by praca zawierała.
- Właśnie wylosowaliście swoje tematy prac, mam nadzieje że im podołacie, a nie sądzę by były jakieś większe problemy. No ale, tak czy inaczej, zaprosiłem tutaj gościa specjalnego, by specjalnie dla was opowiedział co nieco o tematach prac, bo po nie kąt większość łączy się ze sobą. Jest to mój stary, dobry znajomy, który zna się na fotografii i wie co zrobić by wyciągnąć na zdjęciu to co powinno wyjść Później możecie zadawać pytania. Zapraszam! - Krzyknął wykładowca, a do sali weszła ostatnia osoba, której bym się tutaj spodziewała... Jared, tak ten Jared Leto. I w tym momencie olśniło mnie o czym mówił "A to się dobrze składa", podstępny typ. Wszedł na sale, przywitał się z nami, zamienił kilka słów na osobności z naszym opiekunem i można było dostrzec że biega wzrokiem po studentach, nagle jego wzrok spotkał się z moim. Od razu szeroko się uśmiechnął, na co tylko bez warunkowo odpowiedziałam lekkim uśmiechem. Następnie Jared zajął miejsce na krześle, siedząc twarzą skierowaną w naszą stronę, i zaczął opowiadać jak on to widzi. Ja jak już przywykłam na zajęciach, wyciągnęłam notatnik, ołówek i zaczęłam coś w nim kreślić. Łatwiej w taki sposób było mi się skupić słuchając takich wykładów. Ale widać niektórzy jeszcze za mało o mnie wiedzą...
- Tak chciałem tylko przypomnieć, że jeżeli komuś się nudzi, lub nie podoba mu się to o czym ja mówię, to śmiało, droga wolna, ja tu nikogo nie trzymam. - Gdy to powiedział zorientowałam się że chodzi o moją osobę, podniosłam wzrok znam kartki, a jego spojrzenie było skierowane centralnie na mnie, błąd, wszyscy się na mnie gapili. To było dla mnie dość niezręczny moment więc odłożyłam notatnik i pokręciłam głową na tą całą sytuację. Postanowiłam do końca wykładu siedzieć oparta o krzesło udawając że jestem niezmiernie zainteresowana. Gdy Jared skończył, wszyscy zaczęli zadawać pytania, bardziej po to by zabłysnąć panu sławnemu Leto niż pytać bo na prawdę tego potrzebują. W końcu było już po wszystkim, można było spokojnie wyjść z sali czułam się skonsternowana tą sytuacją. Szłam właśnie przez korytarz zmierzająć do wyjścia, gdy wiadomo kto za mną krzyknął.
- Lizz, czekaj! - Zatrzymałam się zgodnie z prośbą i spojrzałam na niego z obojętnym wyrazem twarzy.
- Czego chcesz?
- Coś się stało?
- Czepiasz się po prostu.
- Oj weź przestań, przepraszam. Chciałem żebyś coś z tego wyniosła, zamiast jakichś bazgrołów w zeszycie.
- Jeeeju dzięki za troskę.
- Zawsze do usług. - Dodał zadowolony. Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, przed budynkiem czekała na mnie Ellie samochodem, jak zawsze zresztą by pojechać do niej do domu.
- To co jakaś kawa?
- Wiesz nie bardzo przyjaciółka na mnie czeka. - Wskazałam na Ellie opierającą się o samochód.
- Aaa... rozumiem. No tak czy siak, to może chciałabyś skoczyć z koleżanką na imprezę dziś wieczorem? Będzie fajnie, poznam cię z moim bratem jeśli chcesz, pogadamy w końcu trochę dłużej...
- No może wpadniemy...
- Świetnie! Namiary podam sms'em
Pożegnałam się z Jared'em i poszłam w stronę przyjaciółki. Ellie nie interesowała się zespołami takimi właśnie jak 30 Seconds To Mars, to był raczej typ dziewczyny czytającej Glamour lubiącą zakupy itp.
- Rany, co to za facet?
- To ten od koszulki.
- Serio?! Matko, i co tam nowego?
- Zostałyśmy zaproszone na imprezę dziś wieczór i się tak właśnie zas...
- Idziemy.
- Nawet nie dałaś mi skończyć.
- Nie ważne, idziemy.
- Skoro tak ci na tym zależy...
Dojechałyśmy do mieszkania Ellie. Nie chciało się już wracać nam do mojego więc, pożyczyła mi jedną z miliona swoich pięknych sukienek, nie lubię sukienek ale akurat jej były śliczne, miały tak jakby swój charakter, wszystkie z nich idealnie pasowały do ich właścicielki a niektóre nawet do mnie. Międzyczasie Jared podesłał mi namiar klubu. A my kończyłyśmy układać włosy i robić makijaż. Szybko się ogarnęłyśmy i pojechałyśmy na wskazane mi miejsce w wiadomości. Klub na szczęście nie był aż tak daleko, dotarłyśmy na miejsce bez problemów. Wstęp był wolny, więc weszłyśmy wolnym krokiem do środka. Ciemne klimaty, takie jak lubię, gdzieniegdzie neonowe dodatki oraz dobrze oświetlony i wyposażony bar. Nie marnując czasu zamówiłyśmy razem z moją towarzyszką pierwszego drinka na rozluźnienie.
Jared:
- Kogo tam tak szukasz?
- Mówiłeś coś?
- Pytam się ciebie, kogo tak uporczywie szukasz w tym tłumie, to zaczyna się robić irytujące...
- A to niespodzianka, się zdziwisz jak zobaczysz. - zamówiliśmy kolejną kolejkę tequili i wróciłem do wypatrywania Lizz. A może olała zaproszenie, nie przemyślałem tego, fakt faktem że po co by miała przyjmować zaproszenie, nie jestem z nią w jakichś bliskich kontaktach więc spokojnie mogła zdecydować się robić coś innego w jej wolny wieczór. Ale zaraz.... Jest. A jednak przyszła, siedziała przy barze z ta samą dziewczyną, która czekała na nią pod uczelnią i obydwie sączyły jakieś kolorowe drinki. Obie wyglądały pięknie. Postanowiłem pójść po nie żeby usiadły razem z nami.
- Widzę że zdecydowałaś się przyjść. - Lekko zdezorientowana odwróciła się i uśmiechnęła.
- Jared, hej! No nie było nic lepszego do roboty to postanowiłam przyjść. O właśnie! Poznaj Ellie to jest Jared, Jared to jest Ellie, no to już się znacie. - Przywitała się ze mną z widoczną radością na twarzy, miła odmiana po ostatnich spięciach. Przy okazji przedstawiła mi swoją przyjaciółkę, która z twarzy tak samo jak Lizz wyglądała na bardzo miłą dziewczynę oraz odchodząc od tematu również była bardzo ładna...Będąc już przy barze zamówiłem coś mocnego dla mnie i Shannon'a i zaprowadziłem dziewczyny prosto do naszego stolika w strefie V.I.P, który pozwalał na trochę prywatności no i oczywiście można było w miarę normalnie porozmawiać.
- Proszę, proszę... Kogo to moje oczy widzą. Gdy mówiłeś "niespodzianka" nie myślałem że aż tak mnie zaskoczysz.
- A jednak, no mniejsza. Shannon to jest Lizz, którą widziałeś już na koncercie, a to jest Ellie, jej przyjaciółka. - Shannon niczym prawdziwy gentleman, wstał i ucałował w dłoń obydwie przed chwilą przedstawione mu osoby, oczywiście dla popisu a jakby inaczej. Po czym usiedliśmy na kanapach i zaczęliśmy rozmawiać w sumie to o wszystkim o czym się dało, razem z moim bratem chcieliśmy jakoś bliżej je poznać. Zamówiliśmy od razu całą butelkę wysokoprocentowego trunku, tak na rozwiązanie języka i na rozluźnienie. Nie trzeba było długo czekać na efekty, bo już po parunastu minutach wszyscy ruszyliśmy na parkiet, bawiliśmy się świetnie, zero wstydu, pełen luz. Muzyka była dosyć szybka, zmęczyliśmy i już po kilku kawałkach udaliśmy się w stronę naszego stolika by kontynuować naszą nocną libacje przeplataną rozmowami trochę o nas trochę o naszych towarzyszkach. Na prawdę dawno tak dobrze się nie bawiłem w nowo poznanym towarzystwie, ale jak to niestety bywa na takich posiedzeniach bogatych w alkohol.... pyk i film się urywa, o wszystkim się zapomina i nie kontroluje się tego co przyjdzie do głowy automatycznie robi się wszystko, nawet te najgłupsze i niedorzeczne rzeczy, których normalnie by się nie zrobiło...
Miłego czytania.
Lizz:
Nareszcie, nadeszła upragniona sobota. Mój ulubiony dzień tygodnia, dlaczego odpowiedź jest prosta, nie musiałam iść do pracy. Odkąd Mike zdecydował się na zatrudnienie praktykantki, miałam całe weekend'y wolne dla siebie i bardzo mi się to podobało. Jedyne to co robiłam w te dni to sprzątałam mieszkanie, czytałam książki, nawet zaczęłam uprawiać jogging co jest w ogólne do mnie lenia patentowanego nie podobne ale przy dłuższych zachętach mojej najlepszej przyjaciółki w końcu się jakoś przemogłam i przyznam że była to świetna decyzja, kondycje mam lepszą, schudłam nawet, i najważniejsze pozwala mi to o wszystkim zapomnieć, czasami każdemu się przydaje, no i oczywiście najważniejsze studia, tak studiuje zaocznie fotografię, jestem już na trzecim roku (w opowiadaniu te studia trwają tylko trzy lata) co oznacza że czas najwyższy wziąć się za prace magisterską, w prawdzie temat nie jest super ciężki ale jak chce się zaliczyć to trzeba się przyłożyć i włożyć w te fotki trochę serca, co oczywiście zawsze robiłam bo robienie zdjęć to moja druga miłość zaraz po pracy w sklepie, naprawianie instrumentów, czy sama pomoc zagubionym jeszcze w świecie muzyki ludziom w doborze sprzętu zgodnie z ich osobowościami. Tak to są rzeczy, które na prawdę w życiu mnie uszczęśliwiają. Dzisiejszy dzień był raczej spokojny, bezstresowy, słońce świeci, dobra muzyka w tle, herbatka, ciepły kocyk, Kyle się obraził i był zły więc raczej tego nie zakłóci... tak ogólnie mówiąc to żyć nie umierać! Kocham te słodkie chwile lenistwa, zresztą chyba jak każdy. Gdy tu nagle, jak na złość,co się dzieje? No oczywiście ktoś się musi dobijać do mojej osoby drogą telefoniczną, po jaką cholerę wymyślono telefony...
- Halo? - Zapytałam dosyć podirytowana że ktoś mi zakłóca spokój sobotniego popołudnia.
- Heej Lizz! - Ach no oczywiście, że też nie wpadłam na to, dzwoniła oczywiście Ellie.
- Hej hej, co tam ciekawego?
- A w sumie to dawno cię na oczy nie widziałam, może się spotkamy?
- Okej, też się stęskniłam, i mam sporo do opowiedzenia.
- To świetnie, bardzo się ciesze...
- Coś nie tak?
- A nie, nie... tylko wiesz nawiązując tego naszego spotkania....
- Mów, nie owijaj!
- Bo ja to już tak sobie siedzę parę ładnych minut w parku, tak w tym parku, w którym od jakiegoś czasu, w soboty umówione jesteśmy na spalanie tych małych, tycich, upierdliwych kalorii, które bezlitośnie włażą w dupę, czyli krócej bieganie! - Patrzyłam się jak opętana przed siebie w przestrzeń, zapominając że rozmawiam przed telefon.
- Boże zapomniałam!!!
- Wiem, wiem. Dlatego zbieraj te mizerne cztery litery i zapraszam na totalny work out, mamy dziś długi dystans do pokonania. - Nawet nie odpowiedziałam bo pobiegłam do sypialni po moje ulubione czarne dresy oraz odrobinę za duża koszulkę do biegania. zawiązałam szybko już nieco powycierane buty do biegów długo dystansowych i pognałam w stronę umówionego miejsca. Dobiegłam w ciągu 10 minut. Miałyśmy razem z Ellie już dość dobra kondycję by w czasie biegu móc rozmawiać ze sobą, więc nie marnując czasu Ellie opowiedziała mi co się działo u niej w przeciągu tygodnia, gdyż tyle się z nią nie widziałam, a potem ja ze szczegółami opowiedziałam co się działo u mnie, niczego nie mogłam pominąć, bądź co bądź moja najlepsza przyjaciółka była strasznie wścibska, ale już zdążyłam się przyzwyczaić. Przyznam czasami ta dziewczyna doprowadzała mnie do istnej furii, miała swoje humorki, i wścibiała nos dosłownie wszędzie. Co jeszcze o niej, pochodzi z całkiem zamożnej rodziny, niczego w jej życiu nie brakowało, do pracy chodziła żeby się nie zanudzić na śmierć w jej ogromnym mieszkaniu. No ale cóż ostatnio mam ciężki okres w moim życiu, a ona starała się mnie pocieszyć z pomocą Kyle'a i była przy mnie, dziwne że tyle wytrzymała, zwykle ludzie nie pałają chęcią nawiązania ze mną dłuższych znajomości. Po tym wnioskuję że warto mieć taką osobę w zanadrzu. Mimo wszystko bardzo ją lubię.
- Tak, tak, dalej to sobie wmawiaj że to był "wypadek" - wymawiając słowo wypadek zakreśliła w powietrzu cudzysłów.
- Oj weź skończ z tymi swoimi gadkami że "przeznaczenie" i inne takie bla bla bla, które robią ci wodę z mózgu. Musisz przestać czytać te durne romansidła czy co ty tam pochłaniasz...
- Sama powinnaś dać popis swojej wyobraźni, mogę ci nawet pożyczyć jedną świetną książkę, to zobaczysz o co mi chodzi.
- Weź przestań, sama się kiedyś przejedziesz na takim gadaniu, że istnieje ten jedyny, będziecie mieć dwójkę uroczych dzieci oraz na sam koniec będziecie wygrzewać stare tyłki na kanapie popijając ziółka i ogólnie to happy ever after. A jeśli ktoś złamie ci serce?
- A na to też jest rozwiązanie, zresztą jak na wszystko inne.
- Niby jakie?
- Kiedy ktoś ci złamie serce, daj mu z liścia, na serio, a potem idź na lody.
- I tyle? Lody?
- A co sobie wyobrażałaś? Super glue tutaj nie pomoże skarbie.
- Dobra jeśli kiedyś ktoś mi złamie serce to gwarantuję ci że pierwsze co zrobię pójdę na lody. - Powiedziałam to bardzo poważnie, a Ellie tylko spojrzała na mnie z miną zwycięzcy że w końcu udało mi się coś wpoić.
- A słuchaj, jakiś konkretny smak do tej twojej teorii? Bo wiesz jeszcze źle wybiorę i szlak wszystko trafi!
- Lizzy...raz byś mi zrobiła przyjemność i chociaż mogła udawać że wierzysz w to wszystko...
- Nie ma opcji, ja nie wierze w takie pierdoły... - Przebiegłyśmy całkiem spory kawałek, nie wiem dokładnie ile ale zaczynałyśmy się męczyć, więc najwyższy czas na powrót, po za tym zajęcia na uczelni zaczynały się nie długo. Po długich pogaduchach z Ellie, pożegnałam się z nią i przyspieszyłam w kierunki mojego bloku. Kiedy byłam na miejscu postanowiłam wziąć szybki, chłodny prysznic. Nie ma nic lepszego jak miły, przeszywający chłód zmęczone ciało. Wyszłam z łazienki ubierając się w czarne rurki i czerwony T-shirt a na to czarna koszula. zapinając guziki, zadzwonił telefon.
- Matko jeszcze się nie nagadałaś Ellie? - Usłyszałam szczery śmiech w słuchawce, nie było by to w ogóle dziwne gdyby to nie był męski śmiech, bardzo zbiło mnie to z tropu.
- Mam na imię Jared jeśli jeszcze pamiętasz, ale w ostateczności jeżeli prościej jest dla ciebie Ellie to nie ma żadnego problemu... - Kolejna salwa śmiechu z jego strony. W przeciwieństwie do niego, ja paliłam się ze wstydu, matko ale wtopa.
- O matko... kurcze, no wtopa, przepraszam nie spojrzałam na wyświetlacz zanim odebrałam... Jared. - Dodałam szybko, by nie wyszło jeszcze durniej niż jest.
- Nie no wiesz, na serio jak masz z tym problem, to nazywaj mnie jak ci wygodnie.
- Dobra, dobra. Już wyśmiane. - Sama zaczęłam się śmiać bo już nie wiedziałam jak się zachować.
- Dzwonie w jednej konkretnej sprawię.
- Jakiej?
- Masz ochotę na jakąś kawę czy coś w ten deseń?
- Jasne, a kiedy? - Odpowiedziałam bez wahania.
- No nawet za 10 minut.
- Uuuu...Nie bardzo...
- Dlaczego?
- Idę na uczelnię.
- Studiujesz? Super! A mogę się zapytać co?
- Fotografię. - Zapadła chwilowa cisza.
- Hmmm. A to się dobrze składa.
- Niby czemu?
- A nie, już nic. Nie ważne, dowiesz się niedługo. Dobra muszę już kończyć. Do zobaczenia Lizz!
- Okeeeejjj. Nie wiem o co ci chodzi, ale do zobaczenia!
O co mu chodziło? A kto by miał czas zgadywać, temu gościowi po głowie mogło chodzić dosłownie wszystko... Spojrzałam na zegarek, za chwilę miałam autobus. Wzięłam torbę a w niej aparat fotograficzny, telefon, słuchawki jak zawsze, jabłko, portfel, i mogłam ruszać. Od mojego mieszkania do uczelni było około 40 minut drogi. W tym czasie słuchałam muzyki na cały regulator telefonu, co z tego że bębenki mi pękały, ale niektórych piosenek nie da się po prostu słuchać po cichu. Kiedy dotarłam do celu, przekroczyłam, duże drewniane drzwi i skierowałam się do sali zajęć. Czułam lekki stres, bo to dokładnie dzisiaj miałam się dowiedzieć jaki otrzymam temat pracy magisterskiej. Matko, a jeśli wylosuję coś okropnie trudnego... No nie dam rady, z moim szczęściem to dostanę coś wręcz niewykonalnego. Ale cóż jak to mama mawiała trzeba wziąć byka za rogi. Oj tak... trzeba było.Weszłam do sali spokojnym krokiem, zajęłam miejsce gdzie prawie przy końcu. po chwili na salę wszedł profesor, przywitał się ze studentami i zaczął opowiadać co nieco czego od nas wymaga. Następnie wziął do rąk przezroczystą kulę, w której znajdowały się różnego koloru kartki. Kazał nam podejść i wziąć jedną z nich. Moi znajomi przede mną byli zadowoleni ze swoich tematów, widać to było po ich minach, ale byli tez tacy co pod nosem wyklinali dzień, w którym wybrali ten kierunek studiów.Moja kolej, cóż... co będzie to będzie.Wzięłam kartkę koloru zielonego a na niej było napisane:
"Prawdziwa radość w obiektywie"
Pierwsza myśl, kurcze łatwo nie będzie. Ale jak by się dłużej zastanowić... w sumie do zrobienia. Jakoś to będzie, i ponownie zajęłam miejsce na tyłach sali. Profesor wrócił do prowadzenia zajęć i wyjaśnił nam czego dokładnie wymaga by praca zawierała.
- Właśnie wylosowaliście swoje tematy prac, mam nadzieje że im podołacie, a nie sądzę by były jakieś większe problemy. No ale, tak czy inaczej, zaprosiłem tutaj gościa specjalnego, by specjalnie dla was opowiedział co nieco o tematach prac, bo po nie kąt większość łączy się ze sobą. Jest to mój stary, dobry znajomy, który zna się na fotografii i wie co zrobić by wyciągnąć na zdjęciu to co powinno wyjść Później możecie zadawać pytania. Zapraszam! - Krzyknął wykładowca, a do sali weszła ostatnia osoba, której bym się tutaj spodziewała... Jared, tak ten Jared Leto. I w tym momencie olśniło mnie o czym mówił "A to się dobrze składa", podstępny typ. Wszedł na sale, przywitał się z nami, zamienił kilka słów na osobności z naszym opiekunem i można było dostrzec że biega wzrokiem po studentach, nagle jego wzrok spotkał się z moim. Od razu szeroko się uśmiechnął, na co tylko bez warunkowo odpowiedziałam lekkim uśmiechem. Następnie Jared zajął miejsce na krześle, siedząc twarzą skierowaną w naszą stronę, i zaczął opowiadać jak on to widzi. Ja jak już przywykłam na zajęciach, wyciągnęłam notatnik, ołówek i zaczęłam coś w nim kreślić. Łatwiej w taki sposób było mi się skupić słuchając takich wykładów. Ale widać niektórzy jeszcze za mało o mnie wiedzą...
- Tak chciałem tylko przypomnieć, że jeżeli komuś się nudzi, lub nie podoba mu się to o czym ja mówię, to śmiało, droga wolna, ja tu nikogo nie trzymam. - Gdy to powiedział zorientowałam się że chodzi o moją osobę, podniosłam wzrok znam kartki, a jego spojrzenie było skierowane centralnie na mnie, błąd, wszyscy się na mnie gapili. To było dla mnie dość niezręczny moment więc odłożyłam notatnik i pokręciłam głową na tą całą sytuację. Postanowiłam do końca wykładu siedzieć oparta o krzesło udawając że jestem niezmiernie zainteresowana. Gdy Jared skończył, wszyscy zaczęli zadawać pytania, bardziej po to by zabłysnąć panu sławnemu Leto niż pytać bo na prawdę tego potrzebują. W końcu było już po wszystkim, można było spokojnie wyjść z sali czułam się skonsternowana tą sytuacją. Szłam właśnie przez korytarz zmierzająć do wyjścia, gdy wiadomo kto za mną krzyknął.
- Lizz, czekaj! - Zatrzymałam się zgodnie z prośbą i spojrzałam na niego z obojętnym wyrazem twarzy.
- Czego chcesz?
- Coś się stało?
- Czepiasz się po prostu.
- Oj weź przestań, przepraszam. Chciałem żebyś coś z tego wyniosła, zamiast jakichś bazgrołów w zeszycie.
- Jeeeju dzięki za troskę.
- Zawsze do usług. - Dodał zadowolony. Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, przed budynkiem czekała na mnie Ellie samochodem, jak zawsze zresztą by pojechać do niej do domu.
- To co jakaś kawa?
- Wiesz nie bardzo przyjaciółka na mnie czeka. - Wskazałam na Ellie opierającą się o samochód.
- Aaa... rozumiem. No tak czy siak, to może chciałabyś skoczyć z koleżanką na imprezę dziś wieczorem? Będzie fajnie, poznam cię z moim bratem jeśli chcesz, pogadamy w końcu trochę dłużej...
- No może wpadniemy...
- Świetnie! Namiary podam sms'em
Pożegnałam się z Jared'em i poszłam w stronę przyjaciółki. Ellie nie interesowała się zespołami takimi właśnie jak 30 Seconds To Mars, to był raczej typ dziewczyny czytającej Glamour lubiącą zakupy itp.
- Rany, co to za facet?
- To ten od koszulki.
- Serio?! Matko, i co tam nowego?
- Zostałyśmy zaproszone na imprezę dziś wieczór i się tak właśnie zas...
- Idziemy.
- Nawet nie dałaś mi skończyć.
- Nie ważne, idziemy.
- Skoro tak ci na tym zależy...
Dojechałyśmy do mieszkania Ellie. Nie chciało się już wracać nam do mojego więc, pożyczyła mi jedną z miliona swoich pięknych sukienek, nie lubię sukienek ale akurat jej były śliczne, miały tak jakby swój charakter, wszystkie z nich idealnie pasowały do ich właścicielki a niektóre nawet do mnie. Międzyczasie Jared podesłał mi namiar klubu. A my kończyłyśmy układać włosy i robić makijaż. Szybko się ogarnęłyśmy i pojechałyśmy na wskazane mi miejsce w wiadomości. Klub na szczęście nie był aż tak daleko, dotarłyśmy na miejsce bez problemów. Wstęp był wolny, więc weszłyśmy wolnym krokiem do środka. Ciemne klimaty, takie jak lubię, gdzieniegdzie neonowe dodatki oraz dobrze oświetlony i wyposażony bar. Nie marnując czasu zamówiłyśmy razem z moją towarzyszką pierwszego drinka na rozluźnienie.
Jared:
- Kogo tam tak szukasz?
- Mówiłeś coś?
- Pytam się ciebie, kogo tak uporczywie szukasz w tym tłumie, to zaczyna się robić irytujące...
- A to niespodzianka, się zdziwisz jak zobaczysz. - zamówiliśmy kolejną kolejkę tequili i wróciłem do wypatrywania Lizz. A może olała zaproszenie, nie przemyślałem tego, fakt faktem że po co by miała przyjmować zaproszenie, nie jestem z nią w jakichś bliskich kontaktach więc spokojnie mogła zdecydować się robić coś innego w jej wolny wieczór. Ale zaraz.... Jest. A jednak przyszła, siedziała przy barze z ta samą dziewczyną, która czekała na nią pod uczelnią i obydwie sączyły jakieś kolorowe drinki. Obie wyglądały pięknie. Postanowiłem pójść po nie żeby usiadły razem z nami.
- Widzę że zdecydowałaś się przyjść. - Lekko zdezorientowana odwróciła się i uśmiechnęła.
- Jared, hej! No nie było nic lepszego do roboty to postanowiłam przyjść. O właśnie! Poznaj Ellie to jest Jared, Jared to jest Ellie, no to już się znacie. - Przywitała się ze mną z widoczną radością na twarzy, miła odmiana po ostatnich spięciach. Przy okazji przedstawiła mi swoją przyjaciółkę, która z twarzy tak samo jak Lizz wyglądała na bardzo miłą dziewczynę oraz odchodząc od tematu również była bardzo ładna...Będąc już przy barze zamówiłem coś mocnego dla mnie i Shannon'a i zaprowadziłem dziewczyny prosto do naszego stolika w strefie V.I.P, który pozwalał na trochę prywatności no i oczywiście można było w miarę normalnie porozmawiać.
- Proszę, proszę... Kogo to moje oczy widzą. Gdy mówiłeś "niespodzianka" nie myślałem że aż tak mnie zaskoczysz.
- A jednak, no mniejsza. Shannon to jest Lizz, którą widziałeś już na koncercie, a to jest Ellie, jej przyjaciółka. - Shannon niczym prawdziwy gentleman, wstał i ucałował w dłoń obydwie przed chwilą przedstawione mu osoby, oczywiście dla popisu a jakby inaczej. Po czym usiedliśmy na kanapach i zaczęliśmy rozmawiać w sumie to o wszystkim o czym się dało, razem z moim bratem chcieliśmy jakoś bliżej je poznać. Zamówiliśmy od razu całą butelkę wysokoprocentowego trunku, tak na rozwiązanie języka i na rozluźnienie. Nie trzeba było długo czekać na efekty, bo już po parunastu minutach wszyscy ruszyliśmy na parkiet, bawiliśmy się świetnie, zero wstydu, pełen luz. Muzyka była dosyć szybka, zmęczyliśmy i już po kilku kawałkach udaliśmy się w stronę naszego stolika by kontynuować naszą nocną libacje przeplataną rozmowami trochę o nas trochę o naszych towarzyszkach. Na prawdę dawno tak dobrze się nie bawiłem w nowo poznanym towarzystwie, ale jak to niestety bywa na takich posiedzeniach bogatych w alkohol.... pyk i film się urywa, o wszystkim się zapomina i nie kontroluje się tego co przyjdzie do głowy automatycznie robi się wszystko, nawet te najgłupsze i niedorzeczne rzeczy, których normalnie by się nie zrobiło...
czwartek, 14 listopada 2013
Rozdział 4
~ Heeej! Oto kolejna partia moich wypocin, przyznam że ten rozdział szedł mi jakoś opornie i wyszło jak wyszło, myślę że nie ma jakiejś wielkiej masakry, sami ocenicie ;) Upomnę się po raz kolejny o mile widziany komentarz. Miłego czytania! :D
Lizz:
Wróciłam do domu zmęczona jakbym przebiegła 20-kilometrowy maraton, ale to było bardzo pozytywne zmęczenie, już dawno nie miałam takiego ciekawego dnia jak dzisiejszy. Przez pryzmat dzisiejszego dobrego humoru postanowiłam jeszcze przygotować jakąś kolację i ogarnąć ten chaos panujący w moim mieszkaniu, a raczej dziurze bo mieszkaniem to ciężko było nazwać, lecz jak to mówią ciasne ale własne. Przy tych jakże codziennych czynnościach nie mogło zabraknąć muzyki, przy niej jakoś wszystko szybciej szło i od razu lepiej się czułam, zapominałam o wszystkim i po prostu się jej oddawałam, jedyne źródło ucieczki od rzeczywistości, która czasami dawała popalić. Gdy już kończyłam sprzątać zaczęłam szperać w pustych jak i mój żołądek szafkach i szufladach w mojej kuchni, znalazłam jedynie makaron do spaghetti i ostatki warzyw, więc nie pozostało mi nic innego jak zrobić makaron z warzywami. Kiedy już wstawiłam makaron na ogień usłyszałam dzwonek do drzwi, bardzo dobrze wiedziałam kto stoi za nimi, a był to Kyle - mój chłopak, aczkolwiek coraz częściej zastanawiałam się czy jeszcze powinnam go tak nazywać, chociaż pomimo tego wszystkiego co robił, zawsze żałował i mnie przepraszał za te wszystkie siniaki i rany wyrządzone przez niego, a ja mu zawsze wybaczałam z nadzieją że kiedyś będzie inaczej i się zmieni. Jednak jak dotąd to jeszcze nie nastąpiło i za każdym razem gdy coś było nie po jego myśli ręka, noga wszystko czym dało się zadać ból wchodziło w ruch i to zawsze dostawałam ja, byłam po części jego workiem treningowym. No ale cóż poradzić, tylko on mi został, a ja nie chciałam być sama, po za tym też często mi pomagał i pożyczał pieniądze gdy zabrakło mi do rachunków. Teraz stał on przede mną z jedną czerwoną różą i patrzył na mnie ze skruchą, jak to zawsze po naszej kłótni kończącej się wiadomo z jakim końcem, starał się załagodzić swój występek.
- Lizz... Nawet nie wiesz jak jest mi głupio przez tą całą sytuację. Proszę wybacz mi...- wypowiedział wszystko na jednym wydechu i spuścił wzrok. Już sama nie wiedziałam co robić, to już był kolejny raz kiedy mnie skrzywdził, ale ja chyba byłam za bardzo do niego przywiązana, nie było mnie stać na to żeby go odtrącić więc tylko się do niego przytuliłam. Natychmiast chwycił mnie mocno i odwzajemnił uścisk.
- Wybaczasz mi?
- Na to wychodzi, tylko proszę nie rób tego więcej...a teraz chodź, przygotowałam kolację.- Od razu wszystko poszło w zapomnienie i rozmawialiśmy jak za zawsze o wszystkim i o niczym przy przygotowanym przeze mnie posiłku.
- Lizzy, a dlaczego masz poplamioną koszulkę?- Przez to całe oporządzanie bałaganu i gotowanie, całkiem zapomniałam o przebraniu się w czyste ciuchy.
- A taki tam mały wypadek.
- Jaki wypadek?
- Szłam na lunch i taki koleś wpadł na mnie z kubkiem kawy.
- Palant chodzić nie umie, trzeba mu było powiedzieć to i owo.
-Oj nie przesadzaj to był tylko mały wypadek, po za tym się zrekompensował.
- O naprawdę? A w jaki sposób?
- Wziął mnie na kawę.
- Nie no super, fajnie że się szlajasz z jakimiś pierwszymi lepszymi facetami, to może ja tez zacznę wylewać kawę na pierwsze lepsze laski i się z nimi umawiać za twoimi plecami co?- Widać było że znowu zaczyna wychodzić z siebie ale ja jak zawsze z moim charakterem nie dawałam za wygraną i drążyłam temat zamiast po prostu to zostawić i choć raz zadbać o własny tyłek by w końcu wyjść z tego bez szwanku.
- Weź nie przesadzaj to była tylko kawa, a po za tym skąd mam wiedzieć że tego nie robić gdy nie widzę?
Po tych słowach wstał z krzesła rzucił talerzem w podłogę, podszedł do mnie złapał mnie za ramię i pociągnął w swoją stronę na co ja nie złapałam równowagi i upadłam na ziemie, dla niego to nie stanowiło problemu podniósł mnie i przyparł do ściany, zaczął na mnie wrzeszczeć przy czym mocno ściskając za ramiona, aż czułam że krew mi nie dopływa, mówił jaka to ja jestem nie wdzięczna że za tyle co on dla mnie zrobił ja jeszcze miałam czelność mu coś takiego wypominać. W końcu puścił, zabrał płaszcz i wyszedł zostawiając mnie samą z przerażeniem w oczach i kolejnymi siniakami robiącymi się na moich ramionach. A ten dzień mógł się skończyć tak pięknie... Wstałam tylko z obojętną miną i poszłam wziąć gorący prysznic by zmyć z siebie cały stres ostatnich chwil, niestety nie zbyt pomogło. Pożyłam się na swoim dwuosobowym łóżku o dziwo jak na takie warunki mieszkalne bardzo wygodnym i nie wiedząc kiedy spokojnie zasnęłam.
Obudziłam się jak na mnie o bardzo wczesnej porze bo wyrobiłam się przed budzikiem do pracy. Powoli zwlokłam się do łóżka i udałam się do łazienki w celu odbycia codziennego rytuału makijaż itp. Nawet rano zdążyłam zjeść śniadanie, co już w ogóle nie było do mnie podobne. Zerknęłam na zegarek, mam jeszcze 10 minut do autobusu, wzięłam moją czarną, już lekko po przedzieraną torbę, włożyłam do niej telefon, słuchawki bo nigdzie się bez nich nie ruszałam, oraz portfel i wyszłam spokojnym krokiem na przystanek autobusowy. Autobus jak zwykle przyjechał o czasie, wsiadłam i zajęłam jedno z miejsc. Kiedy tak siedziałam moje siniaki zaczynały dawać mi się we znaki, ale z moim podejściem to tylko na nie spojrzałam i cóż poboli, kiedyś przestanie i zniknie. Kiedy dojechałam na miejsce, wolnym krokiem, jak zawsze podeszłam do tylnych drzwi budynku, pokazałam identyfikator i weszłam od tyłu za zaplecze sklepu. Jak tylko Mike mnie zobaczył spojrzał na mnie z ogromnym zdziwieniem.
- Jezu, Lizz! Co to się stało że tak wcześnie? Masz jeszcze około 10 minut. Już cię dawno nie widziałem o odpowiedniej porze w pracy.
- Raz na jakiś czas wypadało by wykazać się punktualnością prawda?- zapytałam ze szczerym uśmiechem.
- No jasne, jasne. A teraz do roboty!
- Tak jest szefie!- zasalutowałam mu na oznakę rozpoczęcia nowego dnia pełnego roboty. I zaraz po tym wzięłam się za układanie nowego towaru na pułkach.Właśnie przywieziono nowe gitary elektryczne, które musiałam zawiesić na specjalnym wieszaku zaczepionym prawie że pod sufitem, żeby umieścić je tam trzeba było się nie źle nagimnastykować zaczęłam wyciągać ręce ku górze by dosięgnąć uchwytu, za chwile podszedł do mnie Mike, kazał mi na chwile przerwać pracę.
- Lizz, znowu.
- Co znowu?- wziął mnie za rękę i pokazał fioletowe miejsce na moich ramionach i nadgarstkach.
- Znowu przychodzisz cała posiniaczona. Co się dzieje? Ktoś cię biję? Mogę ci jakoś pomóc? - spojrzał się na mnie z troską w oczach.
- Nic się nie dzieje, małe spięcie, takie tam błahe problemy, nic wielkiego...
- Maltretowanie kogoś to "błahe problemy"? Czy ty siebie słyszysz?! Kobieto przecież to ewidentnie widać że coś jest nie halo! Kyle cię znowu pobił?
- Oj daj spokój nic się nie stało, wszystko jest w porządku.
- Nic nie jest w porządku, jeżeli jedna osoba w związku jest traktowana jak śmieć to nie wiem czy w ogóle to można nazwać "związkiem"
- Daj spokój z dramatami.
- Lizz, proszę zrób coś z tym, zerwij z nim, znajdzie się lepszy, które będzie cie szanował...
- Nie potrzebuje księcia na białym koniu, może być dres na ośle. Ważne żeby mnie kochał, a Kyle mnie kocha.
- Nie wiem jak interpretujesz miłość, ale jak dla mnie takie zachowanie całkowicie jej zaprzecza!
- Dobra skończ, klienci czekają.- Starałam się znaleźć jakąkolwiek wymówkę byle tylko się odczepił, on tego nie rozumie, to nie jest takie proste jak by się wydawało. Owszem są złe chwile, które mam z Kyle'em dość często, ale po burzy zawsze wychodzi słońce i prędzej czy później się godzimy i jest dobrze. A z drugiej strony to nie wiem jak on by zareagował na wieść że już nie chce z nim być. Właśnie ta kwestia chyba najbardziej mnie przerażała i zarazem blokowała do podejmowania racjonalnych decyzji, które zapewne były by dla mnie o wiele lepsze. Dlatego byłam taka zamknięta na nowe znajomości, bałam się że potem mi się za to oberwie. Powinnam to zmienić. Po dłuższym rozmyślaniu opuściłam rękawy bluzy żeby nikt więcej nie pytał, bo im więcej razy powtarzałam formułkę że wszystko jest okej, stawało się to coraz bardziej bolesne. Zostało mi jeszcze sporo do zrobienia więc wróciłam do wykonywanej czynności. Kiedy skończyłam, udałam się na chwilę na zaplecze. Mijając ladę z kasą fiskalną, zobaczyłam niewielkie, kremowe pudełko, obwiązane bordową wstążką.
- Mike, jakaś poczta do ciebie czy coś.
- Co?
- Na ladzie leży jakieś pudełeczko.
- A tak, to dla ciebie.
- Jak to dla mnie?
- Normalnie, jakieś parę minut temu był tu jakiś klient, powiedział że cię zna i kazał ci to przekazać.- Zdziwiona całą to sytuacją, wzięłam pudełeczko i usiadłam na niewielkiej kanapie w pokoju dla personelu, po czym pociągnęłam za wstążkę i chwyciłam za wieczko.To co zobaczyłam w środku mile mnie zaskoczyło, na dnie była nowa koszulka, niemal taka sama jaką miałam wczoraj, która nie fortunnie została zachlapana kawą, oraz liścik.
"Chciałem Cię jeszcze raz przeprosić za wczoraj. Mam nadzieję że nowa bluzka się podoba i odpokutowałem ;) Chciałbym Cię jeszcze kiedyś spotkać, jeśli masz ochotę to w porze lunch'u w barze sałatkowym "Salad World".
- Co to za chłopak? - Usłyszałam za sobą głos Mike'a.
- Świnia! Ja twojej korespondencji nie czytam.- Udałam obrażoną.
- Moim zdaniem powinnaś iść.
- Mówisz?
- No jasne, czemu nie.
- Sama nie wiem.- I właśnie sobie uświadomiłam, że włączyła się moja "blokada" na ludzi, i że tak dalej nie może być, że jeśli jestem z Kyle'em to nie mogę już się widywać z innymi ludźmi.
- A co tam, raz się żyje!
- No nareszcie to zrozumiałaś.
Pora lunch'u zbliżała się wielkimi krokami, więc postanowiłam się zbierać. Powiedziałam szefowi że wychodzę, i poszłam w stronę umówionego miejsca. Gdy już byłam na miejscu, zaczęłam się rozglądać za konkretną osobą. Nie było go, ale ze mnie idiotka, tak mi wyszło to otwieranie się na nowe znajomości, no cóż mówi się trudno, skoro już tu jestem to zdecydowałam się jednak coś zamówić podeszłam do lady i poprosiłam o sałatkę wegetariańską.
- Dla mnie to samo. - Usłyszałam za mną głos po czym zobaczyłam jak przy kasie ktoś wystawia dłoń a w niej trzyma banknot. Od razu stwierdziłam że to on po tatuażu, który znajdował się na nadgarstku. Odwróciłam się żeby się upewnić, a on tylko się uśmiechnął, wziął nasze zamówienie i zaprowadził do stolika po czym jak prawdziwy gentlemen odsunął mi krzesło, dawno mnie tak nikt nie traktował.
- Hej. - Przywitał się ze mną i znów się do mnie miło uśmiechnął, od razu odwzajemniłam gest.
- Cześć.
- Widzę że dzisiaj jesteś w lepszym nastroju niż wczoraj, miałem małe obawy czy przyjdziesz na ten lunch.
- Można tak powiedzieć że w lepszym. A dlaczego miałabym nie przyjść, zawsze to lepiej pogadać z kimś niż siedzieć samemu.
- Masz rację, dlatego postanowiłem cię zaprosić, jedzenie z własnym bratem wcale nie jest fajne. A po za tym przepraszam za spóźnienie, Echelon jest wszędzie.
- Nic nie szkodzi, rozumiem, życie gwiazdy rock'a pewnie wcale nie jest usłane różami.
- A żebyś wiedziała że nie.
- A propos pracy, skąd wiedziałeś gdzie ja pracuje?
- Szczerze? Po tym jak wyszłaś, poszedłem za Tobą.
- Śledziłeś mnie?
- Tak jakby... Ale w słusznym celu.
- To była tylko bluzka, nie musiałeś jej odkupywać.
- Chciałem się z tobą spotkać ponownie.
- Dlaczego?
- Bo chciałem cię rozgryźć.
- Nie rozumiem.
- Dawno nie spotkałem takiej osoby jak ty.
- Czyli jakiej?
- Tajemniczej, pewnej siebie, z charakterem, z sekretami, dużo by wymieniać.
- Naprawdę jestem warta marnowania ci popołudnia?
- Myślę że można to przedyskutować. O i jeszcze jedno, nawiązując do pierwszego spotkania, co się stało, że byłaś taka, hmm... zła, naburmuszona, sam nie wiem jak to określić. Zazwyczaj wszyscy pałają szczęściem i radością.
- Ja nie jestem wszyscy, może właśnie się cieszyłam? Tylko na swój własny sposób?
- W takim razie dziwnie okazujesz szczęście.
- Nie no po prostu zwykłe problemy.
- Mam nadzieję że już zażegnane.
- Mniej więcej.
Rozmawialiśmy jeszcze sporo czasu. Jak się okazało, Jared wcale nie był taki zły, był bardzo miły, umiał mnie rozśmieszyć, a co ostatnimi czasy było bardzo trudne. Gadało się naprawdę miło, postanowiliśmy się wymienić numerami telefonów, co potem wydało mi się głupie bo wyglądało to niczym scena z komedii romantycznej, ludzie się poznają i od razu wymieniają numerami telefonów. Gdy spojrzałam na zegarek okazało się że muszę natychmiast wracać.
- Jeju! Nie wiedziałam że tak długo tu siedzimy. Bardzo fajnie się gadało, ale muszę już lecieć.
- Mi też było bardzo miło, mam nadzieje się jeszcze z tobą spotkać.
- Ja też ale naprawdę muszę już iść, do zobaczenia! - Pomachałam mu na pożegnanie i szybko pobiegłam w stronę sklepu. Pozostałe godziny pracy zleciały mi bardzo szybko i miło, aż Mike był zadowolony z moich efektów pracy. Sama nie byłam pewna czy ja to ja, już dawno z nikim się tak dobrze nie rozmawiało.
Lizz:
Wróciłam do domu zmęczona jakbym przebiegła 20-kilometrowy maraton, ale to było bardzo pozytywne zmęczenie, już dawno nie miałam takiego ciekawego dnia jak dzisiejszy. Przez pryzmat dzisiejszego dobrego humoru postanowiłam jeszcze przygotować jakąś kolację i ogarnąć ten chaos panujący w moim mieszkaniu, a raczej dziurze bo mieszkaniem to ciężko było nazwać, lecz jak to mówią ciasne ale własne. Przy tych jakże codziennych czynnościach nie mogło zabraknąć muzyki, przy niej jakoś wszystko szybciej szło i od razu lepiej się czułam, zapominałam o wszystkim i po prostu się jej oddawałam, jedyne źródło ucieczki od rzeczywistości, która czasami dawała popalić. Gdy już kończyłam sprzątać zaczęłam szperać w pustych jak i mój żołądek szafkach i szufladach w mojej kuchni, znalazłam jedynie makaron do spaghetti i ostatki warzyw, więc nie pozostało mi nic innego jak zrobić makaron z warzywami. Kiedy już wstawiłam makaron na ogień usłyszałam dzwonek do drzwi, bardzo dobrze wiedziałam kto stoi za nimi, a był to Kyle - mój chłopak, aczkolwiek coraz częściej zastanawiałam się czy jeszcze powinnam go tak nazywać, chociaż pomimo tego wszystkiego co robił, zawsze żałował i mnie przepraszał za te wszystkie siniaki i rany wyrządzone przez niego, a ja mu zawsze wybaczałam z nadzieją że kiedyś będzie inaczej i się zmieni. Jednak jak dotąd to jeszcze nie nastąpiło i za każdym razem gdy coś było nie po jego myśli ręka, noga wszystko czym dało się zadać ból wchodziło w ruch i to zawsze dostawałam ja, byłam po części jego workiem treningowym. No ale cóż poradzić, tylko on mi został, a ja nie chciałam być sama, po za tym też często mi pomagał i pożyczał pieniądze gdy zabrakło mi do rachunków. Teraz stał on przede mną z jedną czerwoną różą i patrzył na mnie ze skruchą, jak to zawsze po naszej kłótni kończącej się wiadomo z jakim końcem, starał się załagodzić swój występek.
- Lizz... Nawet nie wiesz jak jest mi głupio przez tą całą sytuację. Proszę wybacz mi...- wypowiedział wszystko na jednym wydechu i spuścił wzrok. Już sama nie wiedziałam co robić, to już był kolejny raz kiedy mnie skrzywdził, ale ja chyba byłam za bardzo do niego przywiązana, nie było mnie stać na to żeby go odtrącić więc tylko się do niego przytuliłam. Natychmiast chwycił mnie mocno i odwzajemnił uścisk.
- Wybaczasz mi?
- Na to wychodzi, tylko proszę nie rób tego więcej...a teraz chodź, przygotowałam kolację.- Od razu wszystko poszło w zapomnienie i rozmawialiśmy jak za zawsze o wszystkim i o niczym przy przygotowanym przeze mnie posiłku.
- Lizzy, a dlaczego masz poplamioną koszulkę?- Przez to całe oporządzanie bałaganu i gotowanie, całkiem zapomniałam o przebraniu się w czyste ciuchy.
- A taki tam mały wypadek.
- Jaki wypadek?
- Szłam na lunch i taki koleś wpadł na mnie z kubkiem kawy.
- Palant chodzić nie umie, trzeba mu było powiedzieć to i owo.
-Oj nie przesadzaj to był tylko mały wypadek, po za tym się zrekompensował.
- O naprawdę? A w jaki sposób?
- Wziął mnie na kawę.
- Nie no super, fajnie że się szlajasz z jakimiś pierwszymi lepszymi facetami, to może ja tez zacznę wylewać kawę na pierwsze lepsze laski i się z nimi umawiać za twoimi plecami co?- Widać było że znowu zaczyna wychodzić z siebie ale ja jak zawsze z moim charakterem nie dawałam za wygraną i drążyłam temat zamiast po prostu to zostawić i choć raz zadbać o własny tyłek by w końcu wyjść z tego bez szwanku.
- Weź nie przesadzaj to była tylko kawa, a po za tym skąd mam wiedzieć że tego nie robić gdy nie widzę?
Po tych słowach wstał z krzesła rzucił talerzem w podłogę, podszedł do mnie złapał mnie za ramię i pociągnął w swoją stronę na co ja nie złapałam równowagi i upadłam na ziemie, dla niego to nie stanowiło problemu podniósł mnie i przyparł do ściany, zaczął na mnie wrzeszczeć przy czym mocno ściskając za ramiona, aż czułam że krew mi nie dopływa, mówił jaka to ja jestem nie wdzięczna że za tyle co on dla mnie zrobił ja jeszcze miałam czelność mu coś takiego wypominać. W końcu puścił, zabrał płaszcz i wyszedł zostawiając mnie samą z przerażeniem w oczach i kolejnymi siniakami robiącymi się na moich ramionach. A ten dzień mógł się skończyć tak pięknie... Wstałam tylko z obojętną miną i poszłam wziąć gorący prysznic by zmyć z siebie cały stres ostatnich chwil, niestety nie zbyt pomogło. Pożyłam się na swoim dwuosobowym łóżku o dziwo jak na takie warunki mieszkalne bardzo wygodnym i nie wiedząc kiedy spokojnie zasnęłam.
Obudziłam się jak na mnie o bardzo wczesnej porze bo wyrobiłam się przed budzikiem do pracy. Powoli zwlokłam się do łóżka i udałam się do łazienki w celu odbycia codziennego rytuału makijaż itp. Nawet rano zdążyłam zjeść śniadanie, co już w ogóle nie było do mnie podobne. Zerknęłam na zegarek, mam jeszcze 10 minut do autobusu, wzięłam moją czarną, już lekko po przedzieraną torbę, włożyłam do niej telefon, słuchawki bo nigdzie się bez nich nie ruszałam, oraz portfel i wyszłam spokojnym krokiem na przystanek autobusowy. Autobus jak zwykle przyjechał o czasie, wsiadłam i zajęłam jedno z miejsc. Kiedy tak siedziałam moje siniaki zaczynały dawać mi się we znaki, ale z moim podejściem to tylko na nie spojrzałam i cóż poboli, kiedyś przestanie i zniknie. Kiedy dojechałam na miejsce, wolnym krokiem, jak zawsze podeszłam do tylnych drzwi budynku, pokazałam identyfikator i weszłam od tyłu za zaplecze sklepu. Jak tylko Mike mnie zobaczył spojrzał na mnie z ogromnym zdziwieniem.
- Jezu, Lizz! Co to się stało że tak wcześnie? Masz jeszcze około 10 minut. Już cię dawno nie widziałem o odpowiedniej porze w pracy.
- Raz na jakiś czas wypadało by wykazać się punktualnością prawda?- zapytałam ze szczerym uśmiechem.
- No jasne, jasne. A teraz do roboty!
- Tak jest szefie!- zasalutowałam mu na oznakę rozpoczęcia nowego dnia pełnego roboty. I zaraz po tym wzięłam się za układanie nowego towaru na pułkach.Właśnie przywieziono nowe gitary elektryczne, które musiałam zawiesić na specjalnym wieszaku zaczepionym prawie że pod sufitem, żeby umieścić je tam trzeba było się nie źle nagimnastykować zaczęłam wyciągać ręce ku górze by dosięgnąć uchwytu, za chwile podszedł do mnie Mike, kazał mi na chwile przerwać pracę.
- Lizz, znowu.
- Co znowu?- wziął mnie za rękę i pokazał fioletowe miejsce na moich ramionach i nadgarstkach.
- Znowu przychodzisz cała posiniaczona. Co się dzieje? Ktoś cię biję? Mogę ci jakoś pomóc? - spojrzał się na mnie z troską w oczach.
- Nic się nie dzieje, małe spięcie, takie tam błahe problemy, nic wielkiego...
- Maltretowanie kogoś to "błahe problemy"? Czy ty siebie słyszysz?! Kobieto przecież to ewidentnie widać że coś jest nie halo! Kyle cię znowu pobił?
- Oj daj spokój nic się nie stało, wszystko jest w porządku.
- Nic nie jest w porządku, jeżeli jedna osoba w związku jest traktowana jak śmieć to nie wiem czy w ogóle to można nazwać "związkiem"
- Daj spokój z dramatami.
- Lizz, proszę zrób coś z tym, zerwij z nim, znajdzie się lepszy, które będzie cie szanował...
- Nie potrzebuje księcia na białym koniu, może być dres na ośle. Ważne żeby mnie kochał, a Kyle mnie kocha.
- Nie wiem jak interpretujesz miłość, ale jak dla mnie takie zachowanie całkowicie jej zaprzecza!
- Dobra skończ, klienci czekają.- Starałam się znaleźć jakąkolwiek wymówkę byle tylko się odczepił, on tego nie rozumie, to nie jest takie proste jak by się wydawało. Owszem są złe chwile, które mam z Kyle'em dość często, ale po burzy zawsze wychodzi słońce i prędzej czy później się godzimy i jest dobrze. A z drugiej strony to nie wiem jak on by zareagował na wieść że już nie chce z nim być. Właśnie ta kwestia chyba najbardziej mnie przerażała i zarazem blokowała do podejmowania racjonalnych decyzji, które zapewne były by dla mnie o wiele lepsze. Dlatego byłam taka zamknięta na nowe znajomości, bałam się że potem mi się za to oberwie. Powinnam to zmienić. Po dłuższym rozmyślaniu opuściłam rękawy bluzy żeby nikt więcej nie pytał, bo im więcej razy powtarzałam formułkę że wszystko jest okej, stawało się to coraz bardziej bolesne. Zostało mi jeszcze sporo do zrobienia więc wróciłam do wykonywanej czynności. Kiedy skończyłam, udałam się na chwilę na zaplecze. Mijając ladę z kasą fiskalną, zobaczyłam niewielkie, kremowe pudełko, obwiązane bordową wstążką.
- Mike, jakaś poczta do ciebie czy coś.
- Co?
- Na ladzie leży jakieś pudełeczko.
- A tak, to dla ciebie.
- Jak to dla mnie?
- Normalnie, jakieś parę minut temu był tu jakiś klient, powiedział że cię zna i kazał ci to przekazać.- Zdziwiona całą to sytuacją, wzięłam pudełeczko i usiadłam na niewielkiej kanapie w pokoju dla personelu, po czym pociągnęłam za wstążkę i chwyciłam za wieczko.To co zobaczyłam w środku mile mnie zaskoczyło, na dnie była nowa koszulka, niemal taka sama jaką miałam wczoraj, która nie fortunnie została zachlapana kawą, oraz liścik.
"Chciałem Cię jeszcze raz przeprosić za wczoraj. Mam nadzieję że nowa bluzka się podoba i odpokutowałem ;) Chciałbym Cię jeszcze kiedyś spotkać, jeśli masz ochotę to w porze lunch'u w barze sałatkowym "Salad World".
- Co to za chłopak? - Usłyszałam za sobą głos Mike'a.
- Świnia! Ja twojej korespondencji nie czytam.- Udałam obrażoną.
- Moim zdaniem powinnaś iść.
- Mówisz?
- No jasne, czemu nie.
- Sama nie wiem.- I właśnie sobie uświadomiłam, że włączyła się moja "blokada" na ludzi, i że tak dalej nie może być, że jeśli jestem z Kyle'em to nie mogę już się widywać z innymi ludźmi.
- A co tam, raz się żyje!
- No nareszcie to zrozumiałaś.
Pora lunch'u zbliżała się wielkimi krokami, więc postanowiłam się zbierać. Powiedziałam szefowi że wychodzę, i poszłam w stronę umówionego miejsca. Gdy już byłam na miejscu, zaczęłam się rozglądać za konkretną osobą. Nie było go, ale ze mnie idiotka, tak mi wyszło to otwieranie się na nowe znajomości, no cóż mówi się trudno, skoro już tu jestem to zdecydowałam się jednak coś zamówić podeszłam do lady i poprosiłam o sałatkę wegetariańską.
- Dla mnie to samo. - Usłyszałam za mną głos po czym zobaczyłam jak przy kasie ktoś wystawia dłoń a w niej trzyma banknot. Od razu stwierdziłam że to on po tatuażu, który znajdował się na nadgarstku. Odwróciłam się żeby się upewnić, a on tylko się uśmiechnął, wziął nasze zamówienie i zaprowadził do stolika po czym jak prawdziwy gentlemen odsunął mi krzesło, dawno mnie tak nikt nie traktował.
- Hej. - Przywitał się ze mną i znów się do mnie miło uśmiechnął, od razu odwzajemniłam gest.
- Cześć.
- Widzę że dzisiaj jesteś w lepszym nastroju niż wczoraj, miałem małe obawy czy przyjdziesz na ten lunch.
- Można tak powiedzieć że w lepszym. A dlaczego miałabym nie przyjść, zawsze to lepiej pogadać z kimś niż siedzieć samemu.
- Masz rację, dlatego postanowiłem cię zaprosić, jedzenie z własnym bratem wcale nie jest fajne. A po za tym przepraszam za spóźnienie, Echelon jest wszędzie.
- Nic nie szkodzi, rozumiem, życie gwiazdy rock'a pewnie wcale nie jest usłane różami.
- A żebyś wiedziała że nie.
- A propos pracy, skąd wiedziałeś gdzie ja pracuje?
- Szczerze? Po tym jak wyszłaś, poszedłem za Tobą.
- Śledziłeś mnie?
- Tak jakby... Ale w słusznym celu.
- To była tylko bluzka, nie musiałeś jej odkupywać.
- Chciałem się z tobą spotkać ponownie.
- Dlaczego?
- Bo chciałem cię rozgryźć.
- Nie rozumiem.
- Dawno nie spotkałem takiej osoby jak ty.
- Czyli jakiej?
- Tajemniczej, pewnej siebie, z charakterem, z sekretami, dużo by wymieniać.
- Naprawdę jestem warta marnowania ci popołudnia?
- Myślę że można to przedyskutować. O i jeszcze jedno, nawiązując do pierwszego spotkania, co się stało, że byłaś taka, hmm... zła, naburmuszona, sam nie wiem jak to określić. Zazwyczaj wszyscy pałają szczęściem i radością.
- Ja nie jestem wszyscy, może właśnie się cieszyłam? Tylko na swój własny sposób?
- W takim razie dziwnie okazujesz szczęście.
- Nie no po prostu zwykłe problemy.
- Mam nadzieję że już zażegnane.
- Mniej więcej.
Rozmawialiśmy jeszcze sporo czasu. Jak się okazało, Jared wcale nie był taki zły, był bardzo miły, umiał mnie rozśmieszyć, a co ostatnimi czasy było bardzo trudne. Gadało się naprawdę miło, postanowiliśmy się wymienić numerami telefonów, co potem wydało mi się głupie bo wyglądało to niczym scena z komedii romantycznej, ludzie się poznają i od razu wymieniają numerami telefonów. Gdy spojrzałam na zegarek okazało się że muszę natychmiast wracać.
- Jeju! Nie wiedziałam że tak długo tu siedzimy. Bardzo fajnie się gadało, ale muszę już lecieć.
- Mi też było bardzo miło, mam nadzieje się jeszcze z tobą spotkać.
- Ja też ale naprawdę muszę już iść, do zobaczenia! - Pomachałam mu na pożegnanie i szybko pobiegłam w stronę sklepu. Pozostałe godziny pracy zleciały mi bardzo szybko i miło, aż Mike był zadowolony z moich efektów pracy. Sama nie byłam pewna czy ja to ja, już dawno z nikim się tak dobrze nie rozmawiało.
czwartek, 7 listopada 2013
Rozdział 3
~ Witam, witam. Myślę że nie musieliście czekać długo na ten rozdział, tak na margiesie to będę się starała dodawać rozdział co każdy czwartek. Mam w sumie taką małą prośbę, jeśli ktoś się nudzi lub po prostu miałby ochotę zaprojektować dla mnie jakieś lepsze tło albo baner ze zdjęciem związanym z tą tematyką i z napisem "Dream out loud" , to jestem otwarta na propozycję. W sumie to co zawsze proszę o pozostawienie komentarza, i miłego czytania. Hope you'll like it ! :D.
Lizz:
Zapowiadał się całkiem fajny dzień. Miałam tonę roboty, co w moim przypadku było zbawieniem by odciągnąć się od wszystkich dręczących mnie już od kilku dni myśli. Stwarzałam po prostu dobrą minę do złej gry byle tylko uniknąć tych wszystkich pytań, których z każdym kolejnym razem trudniej było uniknąć a zamiast ubywać to tylko przybywało. Zwlokłam się szybko z łóżka bo już i tak byłam prawie spóźniona do pracy zresztą jak zawsze, także nic nowego, jak zawsze ten sam pośpiech. Wskoczyłam pod prysznic by zmyć z siebie ostatki zmęczenia, potem szybko się ubrać i pędem na autobus do najlepszej pracy na świecie. Bo faktycznie była najlepsza, wprost stworzona dla mnie a mianowicie praca w sklepie muzycznym. Nic na świecie mnie tak nie odprężało jak dźwięki gitar albo rozładowanie emocji na perkusji, to było coś... Sama się nawet uczyłam grać na gitarze ale nie za bardzo mi to wychodziło, prawdę mówiąc to kiepski ze mnie samouk, a na prywatne lekcje mnie nawet nie stać, ledwo co nadążam z czynszem za mieszkanie. Wiele razy myślałam o zmianie pracy na lepszą, z lepszymi zarobkami, ale za każdym razem sobie myślałam " po co robić coś czego nie cierpimy?", a każda praca wiązała się z czymś czego wprost nienawidziłam, typu : księgowa, kasjerka, hostessa, itp... W końcu gdy dotelepałam się autobusem do ogromnej galerii handlowej gdzie znajdował się mój zakład pracy szybko wygrzebałam mój identyfikator z torby by ochroniarz przy tylnym wejściu dla pracowników mógł mnie wpuścić i wbiegłam niczym rakieta wystrzelona w kosmos w kierunku sklepu muzycznego "Just Music". Szef gdy tylko mnie zobaczył z pobłażaniem machnął ręką żebym szybko brała się do pracy bo klienci czekają na pomoc w doborze instrumentu lub innej porady fachowca. Mój szef - Mike pomimo to że był moim pracodawcą był moim bardzo dobrym znajomym, znałam go sporo czasu bo pracuje w tym sklepie niemal od samego założenia, i żal mu nawet na mnie krzyczeć jeśli się spóźnię bo dobrze wie że mam dużo problemów osobistych wykluczając te nowo powstałe ale prędzej czy później i tak czy siak to zauważy i podstępem wyciągnie jak to on ma to w naturze robić. Mogłam mu powiedzieć o wszystkim, on zawsze miał czas żeby mnie wysłuchać czy tez doradzić w trudnych decyzjach bądź też być dla mnie poduszką do wypłakania w trudnych dla mnie chwilach, był dla mnie po prostu jak najlepszy przyjaciel. Był ze mną nawet wtedy gdy moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym, wtedy to już całkowicie zostałam sama a jednak on przy mnie był pocieszał mnie, ale i dał niezłego kopa żebym się ogarnęła bo nie żyję się samymi złymi rzeczami, są też te dobre, do których sami musimy dążyć by je odkryć i znaleźć własne szczęście. Zawsze mi to powtarzał gdy łapałam doła przez moje problemy, za co byłam mu niezmiernie wdzięczna. Dzień w sklepie przebiegał dosyć sprawnie bez żadnych awantur ze strony klientów, co było bardzo miłe, nawet udało się sprzedać dwa całkiem okazałe i drogie akustyki z czego byliśmy razem z Mike'iem bardzo zadowoleni. Bądź co bądź ale z tego całego pośpiechu zapomniałam zjeść śniadania przez co zawsze wręcz głodowałam podczas wczesnych godzin pracy, ale zawsze wytrzymywałam do lunch'u, lecz tym razem po prostu nie dawałam już rady.
- Mike słuchaj bo jest sprawa...
- No, co tam?
- Mike słuchaj bo jest sprawa...
- No, co tam?
- Bo widzisz, tak się spieszyłam do pracy żeby zdążyć na autobus, że nawet nie zdążyłam wypić kawy, a nic nie mówiąc już o śniadaniu, więc...
- Jeju, człowieku! Ile razy Ci mówiłem, że nie można tak do pracy przychodzić? Już wolę żebyś się spóźniała z 15 minut więcej niż mi tu mdlała z głodu! A teraz idź masz wcześniejszą przerwę na lunch, a po a tym i tak na chwilę muszę zamknąć sklep bo mam ważną sprawę do załatwienia w biurze.
- Okej dzięki to ja będę za pół godziny!
-Okej, tylko się nie spóźnij! - Puścił mi oko i pożegnał się ze mną machnięciem ręki. A ja poszłam w stronę obiektów gastronomicznych by w końcu zjeść moje śniadanie, a właściwie to o tej porze już lunch. Właśnie byłam w trakcie zastanawiania się gdzie i co by tu zjeść żeby było w miarę szybko, już właśnie dochodziłam do jednego z lepszych barów kanapkowych, gdy nagle poczułam jakieś dziwne ciepło na tułowiu w okolicach brzucha a po chwili znalazłam się na podłodze, nieco oszołomiona całym zajściem postanowiłam się pozbierać z podłogi i wyjaśnić sytuację, ale nim zdążyłam coś powiedzieć, ktoś już zaczął to za mnie mówić.
- Powinnaś bardziej uważać jak chodzisz.- No myślałam że mnie szlak mnie jasny trafi, gościu sam na mnie wpadł i jeszcze mi prawi kazanie że to ja chodzić nie umiem a nie na odwrót.
- Ja powinnam uważać? No chyba racz...- i w tej chwili spojrzałam kto stoi przede mną, nie powiem byłam bardzo ale to bardzo zdziwiona, bo takie spotkanie to było prawdopodobne jak jeden do miliarda no ale jak widać można? - można. Nie chciałam wyglądać jak jakaś idiotka, która spotyka znanego aktora i zapomina języka w gębie, więc postanowiłam jak to ja odpowiedzieć w miarę "grzecznie" i przyjaźnie.
- No chyba to pan powinien uważać jak chodzi i patrzeć gdzie wylewa swoją kawę. - przy okazji pokazałam swoje poszkodowanie, a poszkodowanie było dosyć spore, gdyż jak się po chwili spostrzegłam że mam na sobie jedną z moich ulubionych koszulek z motywem James'a Dean'a. Widać było że o czymś myśli ale w końcu przemógł się na banalne rozwiązanie sprawy.
- Dobra mniejsza, oboje winni, pasuje?
-Nie, bo to Pańska wina.- jak zwykle ja uparta, postanowiłam nie dać za wygraną.
- Dobra niech Ci będzie, moja wina przepraszam. To w ramach rekompensaty, zapraszam na kawę, ja stawiam.
-Wybaczam, a kawa to zbyteczna.- szłam w sumie na lunch więc sama mogłam się kawy napić,więc miałam się już odwracać w przeciwną stronę, gdy się odezwał.
- No nie daj się prosić, bo będę Cię mieć na sumieniu. A po za tym Jared jestem, a nie jakiś "Pan" - popatrzył się na mnie tymi swoimi pięknymi niebieskimi oczami i podał mi rękę na znak zgody. Patrzyłam się to na niego to na jego rękę rozważając co ja mam robić czy podać i iść z nim na te kawę, czy olać, odwrócić się i nigdy nie spotkać. Najwyraźniej zauważył moją rozterkę i natychmiast wziął mnie pod ramię i zaczął prowadzić do jakieś kawiarenki blisko nas. Już sama nie wiedziałam co mam robić, więc stwierdziłam że i tak już nic w swoim życiu do stracenia nie mam i tak czy siak niedługo się wszystko skończy, więc czemu nie.
- Lizz...-popatrzyłam na mnie nie wiedząc o co chodzi.
- Słucham?
- Mam na imię Lizz Gartner.- spojrzałam na niego, z trochę wymuszonym uśmiechem na twarzy. W sumie to sama nie wiem czemu jakoś tak negatywnie na niego reagowałam, może to po prostu przez wydarzenia ostatnich dni. Chwile potem odebrał dwie kawy i zaprowadził mnie do stolika na samym końcu kafejki.
- A więc Lizz, może wytłumaczysz mi na początek, dlaczego mam wrażenie że nie za bardzo przepadasz za moją osobą? - spojrzałam na niego zza kubka kawy, i chwile aż sama się nad tym zastanawiałam, i doszłam do wniosku że prawdy mu nie powiem bo co będę się zwierzać jakie to ja mam wielkie problemy życiowe osobie, z którą nawet się nie znam tylko wymieniłam kilka zdań? Oczywiste było to że muszę jakoś z tego wybrnąć i wypadałoby skłamać.
-Hmmm... Niech pomyśle...Nieznajomy człowiek oblewa mnie kawą, na samym środku centrum handlowego zalewając przy tym moją ulubiona bluzkę z motywem James'a Dean'a, a potem jeszcze nachalnie zaciąga na kawę, chyba dlatego.- bądź co bądź ale zawsze miałam talent do kłamania na ostatnia chwile, więc i teraz udało się coś szybko wymyślić
- Przeprosiłem przecież, bardzo mi przykro z powodu bluzki, nie wiedziałem że jest dla Ciebie taka ważna, gdybym wiedział, to na pewno wylał bym tą kawę innego dnia kiedy miała byś inną bluzkę na sobie.- Wywołało to u mnie lekki śmiech, ten to jednak umie wynaleźć wyjście z każdej niezręcznej mu sytuacji. Ale cóż wszystko co miłe kiedyś się kończy, wzięłam swój napój, wstałam i udałam się do wyjścia. Popatrzyłam ostatni raz na mojego towarzysza, a ten siedział tylko ze zdezorientowaną miną i patrzył się na mnie nie wiedząc co ma powiedzieć. Ja tylko się uśmiechnęłam i udałam się w stronę baru sałatkowego, w którym szybko zamówiłam sobie moją ulubioną sałatkę z kurczakiem i udałam się szybkim krokiem z powrotem do sklepu. Prace skończyłam o 18:00 dzień był udany bo bardzo dochodowy dla sklepu, ale też z powodu incydentu z bluzką, mimo wszystko jakoś to wspomnienie było całkiem miłe, jak dla mnie to aż trochę śmieszne, bo co za ironia spotkać osobę co kilka dni temu było się na koncercie zespołu, w którym jest wokalistą, nieprawdopodobne. Przynajmniej ten jeden dzień pozwolił mi zapomnieć w szarej, a jakże bolesnej rzeczywistości mojego życia.
- Jeju, człowieku! Ile razy Ci mówiłem, że nie można tak do pracy przychodzić? Już wolę żebyś się spóźniała z 15 minut więcej niż mi tu mdlała z głodu! A teraz idź masz wcześniejszą przerwę na lunch, a po a tym i tak na chwilę muszę zamknąć sklep bo mam ważną sprawę do załatwienia w biurze.
- Okej dzięki to ja będę za pół godziny!
-Okej, tylko się nie spóźnij! - Puścił mi oko i pożegnał się ze mną machnięciem ręki. A ja poszłam w stronę obiektów gastronomicznych by w końcu zjeść moje śniadanie, a właściwie to o tej porze już lunch. Właśnie byłam w trakcie zastanawiania się gdzie i co by tu zjeść żeby było w miarę szybko, już właśnie dochodziłam do jednego z lepszych barów kanapkowych, gdy nagle poczułam jakieś dziwne ciepło na tułowiu w okolicach brzucha a po chwili znalazłam się na podłodze, nieco oszołomiona całym zajściem postanowiłam się pozbierać z podłogi i wyjaśnić sytuację, ale nim zdążyłam coś powiedzieć, ktoś już zaczął to za mnie mówić.
- Powinnaś bardziej uważać jak chodzisz.- No myślałam że mnie szlak mnie jasny trafi, gościu sam na mnie wpadł i jeszcze mi prawi kazanie że to ja chodzić nie umiem a nie na odwrót.
- Ja powinnam uważać? No chyba racz...- i w tej chwili spojrzałam kto stoi przede mną, nie powiem byłam bardzo ale to bardzo zdziwiona, bo takie spotkanie to było prawdopodobne jak jeden do miliarda no ale jak widać można? - można. Nie chciałam wyglądać jak jakaś idiotka, która spotyka znanego aktora i zapomina języka w gębie, więc postanowiłam jak to ja odpowiedzieć w miarę "grzecznie" i przyjaźnie.
- No chyba to pan powinien uważać jak chodzi i patrzeć gdzie wylewa swoją kawę. - przy okazji pokazałam swoje poszkodowanie, a poszkodowanie było dosyć spore, gdyż jak się po chwili spostrzegłam że mam na sobie jedną z moich ulubionych koszulek z motywem James'a Dean'a. Widać było że o czymś myśli ale w końcu przemógł się na banalne rozwiązanie sprawy.
- Dobra mniejsza, oboje winni, pasuje?
-Nie, bo to Pańska wina.- jak zwykle ja uparta, postanowiłam nie dać za wygraną.
- Dobra niech Ci będzie, moja wina przepraszam. To w ramach rekompensaty, zapraszam na kawę, ja stawiam.
-Wybaczam, a kawa to zbyteczna.- szłam w sumie na lunch więc sama mogłam się kawy napić,więc miałam się już odwracać w przeciwną stronę, gdy się odezwał.
- No nie daj się prosić, bo będę Cię mieć na sumieniu. A po za tym Jared jestem, a nie jakiś "Pan" - popatrzył się na mnie tymi swoimi pięknymi niebieskimi oczami i podał mi rękę na znak zgody. Patrzyłam się to na niego to na jego rękę rozważając co ja mam robić czy podać i iść z nim na te kawę, czy olać, odwrócić się i nigdy nie spotkać. Najwyraźniej zauważył moją rozterkę i natychmiast wziął mnie pod ramię i zaczął prowadzić do jakieś kawiarenki blisko nas. Już sama nie wiedziałam co mam robić, więc stwierdziłam że i tak już nic w swoim życiu do stracenia nie mam i tak czy siak niedługo się wszystko skończy, więc czemu nie.
- Lizz...-popatrzyłam na mnie nie wiedząc o co chodzi.
- Słucham?
- Mam na imię Lizz Gartner.- spojrzałam na niego, z trochę wymuszonym uśmiechem na twarzy. W sumie to sama nie wiem czemu jakoś tak negatywnie na niego reagowałam, może to po prostu przez wydarzenia ostatnich dni. Chwile potem odebrał dwie kawy i zaprowadził mnie do stolika na samym końcu kafejki.
- A więc Lizz, może wytłumaczysz mi na początek, dlaczego mam wrażenie że nie za bardzo przepadasz za moją osobą? - spojrzałam na niego zza kubka kawy, i chwile aż sama się nad tym zastanawiałam, i doszłam do wniosku że prawdy mu nie powiem bo co będę się zwierzać jakie to ja mam wielkie problemy życiowe osobie, z którą nawet się nie znam tylko wymieniłam kilka zdań? Oczywiste było to że muszę jakoś z tego wybrnąć i wypadałoby skłamać.
-Hmmm... Niech pomyśle...Nieznajomy człowiek oblewa mnie kawą, na samym środku centrum handlowego zalewając przy tym moją ulubiona bluzkę z motywem James'a Dean'a, a potem jeszcze nachalnie zaciąga na kawę, chyba dlatego.- bądź co bądź ale zawsze miałam talent do kłamania na ostatnia chwile, więc i teraz udało się coś szybko wymyślić
- Przeprosiłem przecież, bardzo mi przykro z powodu bluzki, nie wiedziałem że jest dla Ciebie taka ważna, gdybym wiedział, to na pewno wylał bym tą kawę innego dnia kiedy miała byś inną bluzkę na sobie.- Wywołało to u mnie lekki śmiech, ten to jednak umie wynaleźć wyjście z każdej niezręcznej mu sytuacji. Ale cóż wszystko co miłe kiedyś się kończy, wzięłam swój napój, wstałam i udałam się do wyjścia. Popatrzyłam ostatni raz na mojego towarzysza, a ten siedział tylko ze zdezorientowaną miną i patrzył się na mnie nie wiedząc co ma powiedzieć. Ja tylko się uśmiechnęłam i udałam się w stronę baru sałatkowego, w którym szybko zamówiłam sobie moją ulubioną sałatkę z kurczakiem i udałam się szybkim krokiem z powrotem do sklepu. Prace skończyłam o 18:00 dzień był udany bo bardzo dochodowy dla sklepu, ale też z powodu incydentu z bluzką, mimo wszystko jakoś to wspomnienie było całkiem miłe, jak dla mnie to aż trochę śmieszne, bo co za ironia spotkać osobę co kilka dni temu było się na koncercie zespołu, w którym jest wokalistą, nieprawdopodobne. Przynajmniej ten jeden dzień pozwolił mi zapomnieć w szarej, a jakże bolesnej rzeczywistości mojego życia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)