Dream out loud

Dream out loud

czwartek, 27 lutego 2014

Rozdział 14

~ Hej! Bardzo was przepraszam, że tak okropnie długo czekaliście na ten rozdział ale "chwilowo" cierpiałam na brak motywacji i pomysłów co do dalszych losów bohaterów ;( Ale na szczęście problem (jak na razie) mamy z głowy ;D W ogóle to sukces ponad 1000 wejść! Nawet nie wiecie jak się ciesze, że ktoś to czyta ;p Także miłego czytania kochani ;)


Lizz:
Pierwszy dzień miesiąca. Czyli słodki czas wypłaty! W sumie to finansowo układało mi się jak na razie całkiem nieźle. No na pewno lepiej gdyby porównać sytuacje z przed kilku tygodni do teraz. A skoro już mam trochę kasy to mogę w końcu sobie na coś pozwolić. El wraca dziś wieczorem ale już nie będę jej męczyć, to zaproszę ją jutro na obiad albo kolacje czy coś takiego. A co tam zrewanżuję się, zaproszę wszystkich. Chłopaki też może coś ciekawego opowiedzą. W końcu w Waszyngtonie nie mogło być aż tak nudno żeby tylko siedzieli w hotelu i wychodzili w sprawach zawodowych. W ogóle marzec zapowiada się kwitnąco, w pracy bez spiny, studia jako tako lecą a praca do napisania jak leżała tak leży ale jest jeszcze trochę czasu, facet chce otworzyć galerię z moimi fotografiami, w drugiej pracy po prostu nie do opisania no kasa to płynie i jeszcze sama mam dostęp do najlepszych narkotyków jakie można sobie wymarzyć. No żyć nie umierać! A skoro o tym mowa to przydałoby się zaopatrzyć w co nowego. Ale najpierw zakupy, tak zakupy. Tak ale ze mnie to taka kuchareczka jak nie powiem co... O matko wiem! trzeba będzie wspomóc się kimś, a konkretnie najlepszym specem od jedzenia jakiego znam albo jedynego, którego znam czyli Tomo, o tak to będzie najlepsze rozwiązanie, żeby wszystkim smakowało i by nikogo nie otruć. No to dzwonię. Jeden sygnał, drugi, trzeci. Kurczę co z nim?
- Halo? - No w końcu odebrał łaskawie...
- Hej Tomo! Obudziłam cię czy coś?
- Można tak powiedzieć...
- Aaa... eee - kurka niezręcznie.
- Nie eeee, tylko mów co w trawie piszczy, o co chodzi i tak dalej...
- No bo jest sprawa...
- To już wiem, dalej Lizzy.
- Bo chciałam was zaprosić na jakąś kolacje obiad czy coś w tym stylu.
- "Was" czyli kogo?
- No ciebie, Vicky, Jared'a, Shannon'a, El, no wiesz taki tam wieczorek. Opowiedzieli by co tam się wydarzyło w wielkim świcie.
- O to bardzo miło z twojej strony, a na kiedy?
- Może jutro? Co ty na to? Bo też nie chciałam ich męczyć tak od razu po podróży.
- Wiem, wiem. Też bym nie chciał.
- Ale to nie koniec...
- Wiedziałem.
- No już nie zakładaj najgorszego.
- Dobra dobra, ty mi tu nie ściemniaj tylko kawa na ławę.
-  Pomożesz mi coś ugotować? Proooszę?
- No okej, ale mam warunki...
- Co tylko chcesz.
- Pomagasz, a nie stoisz i się patrzysz, jasne?
- Tak jest szefie!
- I taką współpracę to ja rozumiem!
- No a jak by inaczej.
- Napiszę ci listę zakupów, jak czegoś byś nie dostała to pisz ja dokupię.
- Nie ma sprawy, do zobaczenia jutro.
- Na razie, i dzięki!
No i po problemie. Tak, teraz tylko po jedzonko bo w lodówce to tylko pusty karton mleka, jakieś jajko i serek przyozdobiony światłem urządzenia. Mnie to nie urządza więc serio tyłek w drogę... Ooch nie mogę... jeszcze tylko odrobinka... oj daj spokój Lizz mały dodatek ci wcale nie zaszkodzi... No i nie dało się oprzeć trzeba było się "dokarmić" jeszcze odrobinkę i można iść. Momentalnie wszystko stało się jaśniejsze i wyraźniejsze, zupełnie co innego... Lało jak z cebra ale mi to nie przeszkadzało dla mnie była przepiękna pogoda. Właśnie dlatego tak podobało mi się zażywanie małych, białych przyjemności. Sklep nie był daleko i bardzo dobrze bo w tym stanie to teoretycznie nie powinnam wychodzić ale to tylko teoria, a ją zawsze można obalić. Co z resztą często zdarza mi się robić... Idąc powoli machałam do wszystkich dzieci jakie spotkałam, no kto by nie lubił takich ślicznych buziek. Weszłam do sklepu i wzięłam największy wózek jaki był po czym dałam się ponieść i jeździłam nim po sklepie jak jakaś wariatka. Aż tu nagle BUM! - Cholera... Wpadłam w stoisko z papierem toaletowym. Albo ręcznikami papierowymi... Tak ręcznikami. Ochroniarz zaczął iść w moją stronę. O matko. Szybko zaczęłam zbierać wszystko co poupadało i układać tak jak stało.
- Przepraszam, czy wszystko w porządku?
- O tak! W jak najlepszym proszę pana! - Zlustrował mnie wzrokiem od góry do dołu robiąc przy tym poważna minę.
- Powinna pani uważać, nie jeździ się wózkiem po sklepie...
- A tak, tak. bardzo przepraszam to się więcej nie powtórzy.
- Czy na pewno wszystko dobrze? Dziwnie pani się zachowuje...
- Tak jest psze pana! Po co te nerwy, ja tylko po zakupy.
- Do widzenia.
- Paaa - Odwrócił się i tylko pokręcił głową. A to palant.
Dobra skoro już rozwaliłam te papiery, to chociaż jeden wezmę, Tomo na pewno się jakiś przyda. Co mamy dalej na liście... Kurczę wszystko wiruję, dobra, jakoś sobie poradzę... O! Jajka. Tak na pewno jajka. Na poszukiwanie jajek! Dotarłam do nabiału wzięłam paczkę. O. MÓJ. BOŻE. Mleko czekoladowe. Wieki go nie piłam. Padłam na kolona i zaczęłam obracał w ręku opakowania smakowego mleka. Jakaś kobieta stała nieopodal z na oko dziesięcioletnim dzieckiem i coraz zerkały w moją stronę.
- Heej! Cześć! Lubisz mleko czekoladowe? - Nic mi nie odpowiedziało za to jego matka tylko szarpnięciem pociągnęła dziecko byle dalej ode mnie. Bynajmniej ja to tak odebrałam.
- No nie lubisz? Jak to? Ojej...
No dobrze, to jak oni nie lubią to ja wypije za nich, a co tam wezmę całą zgrzewkę. Będzie na zapas. Następnie wzięłam chyba z pięć rodzai serów. Jezu co on chce na tą kolację zrobić.Długo by wymieniać czego ten Chorwat nawymyślał w tej liście zakupów. No to ostatni punkt programu czyli kasa. Pani sprawnie przekładała produkty przez skaner, a ja tylko wkładałam i czasem zerkałam czy dużo zostało do zapakowania.
- Ładną mamy dziś pogodę prawda? - Spojrzała się na mnie i na okno.
- Co się komu podoba. Leje dziś jak z cebra więc dla mnie nie jest ładna.
- Jak to? Można tyle rzeczy robić w deszczu...
- Zapewne proszę pani...
Grzecznie się pożegnałam i wyszłam z zakupami idąc prosto do domu. Dlaczego ludzie nie lubią deszczu? Przecież to takie super. Oczywiście idąc po schodach do domu wywaliłam się. Na łokieć. Boli. W końcu jakoś się doczłapałam na górę, przekręciłam kluczyk w zamku i weszłam do domu. Szybko włożyłam wszystko do lodówki i do szafek. Nawet za bardzo nie interesowałam się tym czy dobrze rozmieszczam jedzenie ale kto by się tam przejmował. W ogóle to przydałoby się zaprosić ludzi na te kolacje, esemes będzie najlepszy nie mam ochoty dzwonić jeszcze by się kapnęli, że ze mną coś nie bardzo. Jezu jakie te zakupy męczące... Spać. Tak, spać...
- Lizz... - Matko, co się dzieje?
- Lizz... - Moja głowa...
- Elizabeth nie wiem czy masz drugie imię Gartner! - O matko Tomo!
- O. Tomo, hej. Jak tu wszedłeś?
- Przez komin wiesz? No przez drzwi, normalnie a jakby inaczej? - Tak wczoraj padłam, że zapomniałam zamknąć? Wow nie źle. Chyba trochę przesadziłam z dawką.
- Rozumiem. Okej nic się nie stało.
- Chyba nie źle wczoraj zabalowałaś. Kiepsko wyglądasz, na pewno chcesz robić tą kolacje? - O mój Boże no tak kolacja! Zapomniałam. A na samą myśl o jedzeniu to robi... robi mi się... niedobrze... Będę wymiotować. Jak rakieta wystrzeliłam do łazienki. Już mało brakowało i bym nie zdążyła. Zaraz za sobą słyszałam Tomo ale nie wiem co mówił skupiłam się bardziej na obecnej nieprzyjemnej czynności. Ale że chciał się na coś przydać to potrzymał mnie za włosy, chociaż tyle w tej sytuacji mógł zrobić. Siedzieliśmy w łazience z dziesięć minut. Nareszcie skończyłam i mogłam się ogarnąć.
- Wszystko dobrze, już ci lepiej?
- Tak, znacznie lepiej, dziękuję.
- Jesteś pewna, że chcesz robić tą kolacje?
- No tak tak, już skoro się tu pofatygowałeś to chciałabym się ze wszystkimi spotkać, pogadać. Dowiedzieć się co tam u nich i u ciebie z Vicky.
- Okej, no to bierzmy się do roboty! Vicky przyjdzie jakoś na osiemnastą dobrze? Tak trochę wcześniej wpadnie a pozostali na dziewiętnastą?
- Tak, zgadza się. No to mamy dużo czasu. Ja zacznę ogarniać w kuchni to co nam będzie potrzebne a tobie radziłbym wziął chłodny prysznic i... eee... może umyć zęby.
- No wiesz co dzięki! Nie no fakt przydałoby się.
- Dobra to ogarniaj się ja lecę gotować.
No i wyszedł zostawiając mnie trochę zażenowana tą całą sytuacją. Rany, ale dałam ciała... Dobra jakoś się to sprostuje. Tak facet ma raje, przydałoby się umyć. Piętnaście minut i gotowa. Matko ale głupia! W salonie mogły być narkotyki! Jezu szybko! Cholera miałam racje leżą. Tylko spokojnie Lizzy nic się nie dzieje, może nie zauważył. Może nie, oby... A co jeśli tak? No to masz przerąbane kobieto, po co się głupio pytasz i to jeszcze sama siebie! Boże nie wiem jak ale spraw żeby on tego nie zauważył. Szybko otworzyłam szufladę i wepchnęłam je najgłębiej jak się da. Muszę wymyślić lepszą skrytkę niż szuflada, taką żeby nikomu nie przyszło do głowy tam zaglądać nawet jeśli, odpukać w niemalowane, policja by kiedyś wparowała... To wtedy było by nie ciekawie.
- No i jak tam ci idzie?
- A bardzo dobrze, dziękuję. Chodź to mi pomożesz.
- Okej
- A jak tam u ciebie? Już w porządku?
- Tak zdecydowanie, ten prysznic postawił mnie na nogi, po prostu nowo narodzona!
- Wiedziałem, że to ci dobrze zrobi. Jeszcze obowiązkowo musisz zjeść śniadanie, teraz! Bierz się za jakąś kanapkę czy co ty tam masz w tych szafkach. - Ma racje umieram z głodu. Zaglądam do lodówki a tam cała półka w kartonikach mleka czekoladowego. Że co? Po co mi tyle mleka? Co ja wczoraj robiłam?! Usiadłam do stołu z miseczką płatków owsianych i powoli jedzą przyglądałam się jak Chorwat przygotowuje przepyszną kolacje.
- To co tam? Co wczoraj wieczorkiem robiłaś, że w takim stanie cię zastałem w południe następnego dnia?
- No wiesz, tak mnie poniosło, no może nie tyle że poniosło ale miałam ochotę na...wino i wiesz tak jakoś jedna lampka, druga lampka i jakoś poszła cała butelka, dobry film i się zasnęło. Wiesz jak to jest. - Tak alkohol będzie chyba najlepszym wyjaśnieniem.
- Aha. To nie źle cię wzięło. Masz słabą głowę?
- Czy ja wiem.
- No mi wyglądasz na ostrą zawodniczkę!
- Żartowniś się znalazł.
- Czyli wino mówisz?
- Wino, wytrawne, czerwone, jeszcze coś do wiadomości?
- Tak. Wino, film, czipsy, biały proszek, jedno dolarówka, mówi ci to coś? - Ja pierdole wie... - Nie chcesz mi czegoś powiedzieć?
- No wiesz...
- Teraz to już wiem. Jesteś uzależniona? - I co ja mam mu powiedzieć? Będę mu się spowiadać czego to ja nie robię ze swoim życiem. O na pewno nie.
- Nie, nie jestem uzależniona...
- Nie denerwuj się tylko spójrz na mnie, prosto w oczy mi powiedz, że się nie uzależniłaś.
- Nie. Jestem. Uzależniona.
- Ja mam nadzieję, jak wpadasz w to gówno, to ciężko się wyplątać.
- A ty skąd wiesz, jakieś własne doświadczenia?
- No całe szczęście nie miałem, ale znałem kilku co się wpakowało i z tego nie wyszło i źle skończyli.
- Tomo, to tylko jednorazowa akcja, chciałam zobaczyć jak to jest.
- Lizz już mi się nie tłumacz, tylko sobie odpowiedz, czy serio masz nad tym kontrole.
- Tylko proszę nie mów nikomu...
- Nie ma sprawy zachowam to dla siebie, chyba że zobaczę cię w takim stanie jeszcze raz i to z powodu tego świństwa to nie licz na moją dyskrecje.
- Ma się rozumieć.
- Świetnie, zjadłaś? To chodź mi pomóc. - Dalej już było świetnie jak zawsze z Tomo, czegokolwiek by nie powiedział to i tak było zabawnie, a zapach był nieziemski, zdecydowanie facet ma talent. Zanim się obejrzeliśmy wybiła siedemnasta po kilku minutach przyszła Vicky. Zostawiając ich na chwile samych poszłam się ubrać w coś stosowniejszego. Wygrzebałam z szafy sięgającą do połowy ud, na ramiączka, skromną fioletową sukienkę. Nawet trochę schudłam bo jakoś inaczej na mnie leży. Ale kto by się tam przejmował tym że zrzucił zbędne kilogramy. Same plusy. Przegadałyśmy z Vicky całe pół godziny w trakcie kiedy Tomo doglądał swoich dzieł. Naszą rozmowę przerwało pukanie do drzwi. To na pewno El.
- Hej Lizz! Matko ale się stęskniłam! - I padła mi ramiona żeby mnie wyściskać. Ale co było lepsze nie stawiła się sama bo przyszła od razu z Shannon'em co mnie trochę zdziwiło. Może spotkali się po drodze lub coś w tym stylu. Oj kto by się nad tym zastanawiał.
- No dobra to jeszcze czekamy na Jared'a i możemy wcinać.
- A to nie ty nie wiesz?
- Czego?
- Jared ci nie mówił?
- A wyglądam jakbym wiedziała o co chodzi?
- No to się popisał, nawet gospodarzowi nie powiedział, no bo Jay'a nie będzie.
- O. No dobrze, trudno. A dlaczego?
- Został w Waszyngtonie.
- Jak to? Myślałam, że wróciliście wczoraj?
- No teoretycznie tak ale on przesunął sobie pobyt o dwa albo trzy dni, sam nie wiem. I wraca dopiero jutro albo po jutrze.
- Nadal nie rozumiem, a po co został? - Spojrzał to na mnie to na Ellie to na swoje buty.
- Został bo poznał jakąś kobietę.
- Eee nic nowego. - Z odpowiedzią ubiegł mnie Tomo. I w sumie bardzo dobrze bo nie wiedziałam co powiedzieć. Niby mnie to nie ruszało ale zrobiło mi się gdzieś w głębi przykro myślałam że wszyscy się tu zbierzemy. A on został i Bóg wie co ona tam z tą laską wyprawia.
- Dobra w takim razie siadamy do stołu!
- Nareszcie! Takie zapachy się tu unoszą że nie da się oprzeć.
- To zasługa naszego Tomo, gdyby nie zgodził mi się pomóc to wcale by tak pysznie nie było.
- Wiem co mówię, ona nie ma pojęcia o gotowaniu. - Wszyscy wybuchli głośnym śmiechem, w sumie to sama z siebie się śmiałam bo El miała racje nie nadaje się na kucharza.
- Mnie to tam nie przeszkadza, ja jem wszystko co podsunie mi się pod nos.
- Fakt, przyznaje fakt. Shannon raz w trasie, nie pamiętam teraz kiedy i gdzie to było, ale robiłem w tourbusie jajecznice i trochę mi się przypaliła i już miałem ją wywalić aż tu nagle wparował Shann i tak po prostu ją zjadł!
- No co byłem głodny, wtedy to pożarłbym nawet Tomo w całości gdyby nie ta jajecznica. Się ciesz a nie się śmiejesz bo te usmażone jajka uratowały ten chorwacki tyłek! - To był genialny pomysł żeby ich tu zaprosić z tym towarzystwem śmieje się z byle czego. Tylko szkoda, że ten durny typ postanowił przedłużyć sobie wyjazd i nawet mi nie odpisać na esemesa. Są ludzie i ludziska, no bywa i trudno. Niech żałuję my się świetnie bez niego bawimy. Chłopak przeszedł samego siebie, takiej pysznej kolacji już dawno nie jadłam.
- Komuś może dokładki?
- Ja poproszę!
- Skąd ja to wiedziałam...
- No co... żałujesz mi?
- Nie no skąd, że już idę ci nałożyć. Komuś jeszcze? Nie? Okej. - Razem ze mną wstała Ellie, fajnie w końcu pogadamy. Niby to tak nie wiele ale czuje jakbym jej wieki nie widziała.
- El, kochana sto lat się nie widziałyśmy!
- Też się stęskniłam. Tak bardzo bardzo.
- Też może chcesz dokładkę?
- Nie dziękuję. Chciałam tylko tak z tobą pogadać.
- To opowiadaj jak tam było?
- Bardzo fajnie, tylko szkoda, że ciebie ze mną tam nie było.
- Mniejsza o mnie, co tam porabiałaś? - Zarumieniła się. Oho coś się święci.
- A wiesz takie tam, najpierw praca, trzeba było iść na ten pokaz mody i patrzeć a kolekcja to wcale taka...
- Do jasnej cholery El, nie interesuje mnie to. To znaczy interesuje mnie to co robisz w pracy, tylko widzę że się zbierasz żeby powiedzieć jakąś bombę więc mi powiedz bo zaraz sama eksploduję!
- Za dobrze mnie znasz...
- No nie owijaj!
- Jestem z Shannon'em!
- Co?! Że jak?!
- Dobrze wiesz co usłyszałaś...
- O mój Boże to świetnie!
- Na prawdę?
- A ty się cieszysz?
- Sama nie wiem, to takie nowe... Ale raczej tak.
- Więc ja też się cieszę z twojego szczęścia!
- Jesteś najlepsza.
- A jak to się stało? Opowiadaj!
- On mnie zaprosił, na kolacje. I dał mi marchewki zamiast kwiatów.
- Czekaj a tego triku to czasem w jakimś filmie nie było?
- No było ale i tak bardzo mnie zaskoczył i bardzo się z tego ucieszyłam.
- I co dalej?
- Całowaliśmy się...
- Nie no to gratuluję! Życzę szczęścia.
- Dzięki. Tylko proszę nie mów tego na razie nikomu.
- Nie ma sprawy.
-No Lizz ile można czekać na tę dokładkę?
- Już idę! Zapomniałam o tobie.
- Ja ci dam zapomniałam.
Tego wieczoru opróżniliśmy chyba ze trzy butelki wina i kilka innych trunków. Jednym słowem zabalowaliśmy. A skończyło się tak, że wszyscy poszli późno w nocy do swoich domów, co nie było takim złym wyjściem bo jutro rano do pracy. Efekt był taki, że nic nie rozumiałam co Mike do mnie mówił a swoją robotę to po prostu odwalałam jak tylko mogłam. Kiedy przyszła ta błoga dla mnie przerwa to tylko modliłam się żeby minuty leciały jak najwolniej. Nawet nie chciało mi się iść na lunch od wczoraj na jedzenie nawet nie mogę patrzeć bo mnie mdli. Fuj. A całe szczęście, że kanapa na zapleczu jest wygodna to można na niej trochę odpocząć a nawet po kryjomu coś zażyć...





5 komentarzy:

  1. Ojej!!! Wróciłaś!!! Mam nadzieję, że Jared nie pobędzie z Blondi. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. A tak w ogóle, to Tomo jest świetnym przyjacielem. Człowiek warty zaufania. Chociaż, że jego charakter jest przez Ciebie wyimaginowany, to wierzę, że naprawdę jest tak świetnym człowiekiem. (choć chyba można to wywnioskować z wywiadów 30STM. )

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam to samo zdanie co do jego charakteru ;) W wywiadach wygląda na mega pozytywnego człowieka, któremu mogłoby się wiele powierzyć.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nawet nie wiesz jak bardzo tęsknię...
    :) Zapraszam do mnie:
    http://benbarnesblogkill.blogspot.com/
    WRACAJ SZYBKO!!!! :*

    OdpowiedzUsuń