Dream out loud

Dream out loud

czwartek, 31 października 2013

Rozdział 2

~ Ten rozdział dedykuje Pati i Izie które bardzo gorąco namawiały mnie do założenia tego bloga z opowiadaniem, i to właśnie dzięki nim się przemogłam ;D Jeszcze raz wielkie dzięki dziewczyny!
Mam nadzieje że rozdział się spodoba, przepraszam za jakiekolwiek błędy i bardzo ale to bardzo serdecznie PROSZĘ O KOMENTARZE! Są one dla mnie bardzo ważne gdyż, dzięki nim wiem czy się spisuje w swojej robocie, z góry dziękuję i życzę miłego czytania ;)        
czytam = komentuje

Jared:
Następny dzień, Na szczęście już bez żadnych koncertów, wywiadów czy innych zawodowych spraw. Nie mówię że nie lubię koncertowania, bo to kocham od zawsze to było częścią mnie i od zawsze to we mnie siedziało więc teraz spełniam swoje marzenia, ale bądź co bądź po dłuższym okresie czasu bez przerw na prywatne, przyziemne sprawy trochę to męczy psychikę. W końcu po tych kilku minutach po przebudzeniu beztroskiego wylegiwania się udałem się pod prysznic. Po wszystkich wykonanych czynnościach w łazience, poszedłem do kuchni, skąd już było słychać dźwięki stukania kubków czy innych rzeczy potrzebnych do śniadania, których najprawdopodobniej potrzebowali moi towarzysze tras koncertowych a mianowicie Tomo i Shannon. Gdy tylko przekroczyłem próg salonu, poczułem jakiś smakowity zapach dobiegający z kuchni. Łatwo się było domyślić że jedzą jakieś dziwne, nie zdrowe rzeczy, które właściwie nie można było nawet nazwać śniadaniem według mnie, no ale cóż, jak to mawiają starego psa nowych sztuczek nie nauczysz... i to jak najbardziej odnosiło się do tej reguły.W kuchni Shannon już siedział i coś pałaszował, oglądając przy tym jakiś program z telewizją śniadaniową, a Tomo siedział z telefonem w ręku zapewne odpisując na pytania na Twitterze. Po chwili przyglądania się im postanowiłem sam podejść do lodówki i wybrać  z niej coś w miarę zjadliwego, bo mój żołądek zaczynał dawać mi się we znaki, ale koniec końców tak jak się spodziewałem z jakiejkolwiek sałatki nici, w sumie to nie ma się czemu dziwić od czasu gdy podróżujemy niemalże po całym świecie, rzadko bywamy w domu, co za tym idzie brak czegokolwiek do skonsumowania. No cóż byłem skazany na wodę z cytryną i miętą a po jedzenie muszę się wybrać do miasta i przy okazji może na jakieś zakupy. Po dłuższym kręceniu się w kuchni w celu przygotowania mojego napoju, w końcu zdołali się spostrzec że jestem i już nie śpię.
- O nareszcie wstałeś.- odpowiedział, z nagłym olśnieniem w oczach po czym wrócił do oglądania telewizji.
- Miło że zauważyłeś w końcu.
- Dobra, dobra. To co dziś robimy?
- "My" nic, ja mam zamiar iść na miasto, zrobić jakieś zakupy, po pałętać się po jakiejś galerii, może kino, czy coś w tym stylu.
- Ejj no weź, nie bądź taki , pójdziemy z Tobą!
- A czy po tygodniach spędzonych ze mną w jednym busie koncertowym, jeżdżąc niemalże wszędzie, nie masz mnie czasem dość?
- No może ciut ciut.- złączył razem palce by pokazać jak bardzo ma mnie dość
- No widzisz, oby dwu to dobrze zrobi, a tym czasem rób co chcesz masz wolny dom do wieczora.
- Dobrze tato.- spojrzał na mnie z wyrazem miny sześcioletniego dziecka by sobie ze mnie zakpić, więc jak zawsze to robię, postanowiłem ciągnąc tę grę.
- Tylko domu nam nie spal, mój ty dziadziu najukochańszy!
- Co? Ja dziadek?!- I się zaczęło, tak samo jak w dzieciństwie, zaczęliśmy się lać poduszkami, ganiać naokoło blatu kuchennego przy którym siedział siedział Tomo popijając swoją kawę i od czasu do czasu śmiał się z nas. Starszy brat bardzo ale to bardzo nie lubił wytykania mu tego że jest o ten jeden rok starszy. W takich właśnie chwilach przypominały się nam beztroskie chwile dzieciństwa do których czasami chcielibyśmy się cofnąć chociaż na moment. W końcu padliśmy roześmiani na kanapę w salonie.
- Jeszce raz wypomnij mi ile mam lat, to nie skończy się na zabawie w berka.
- Dobrze staruszku.- puściłem mu oczko, i potargałem włosy, a następnie wstałem z kanapy wszedłem do kuchni by dokończyć pić moją miętową lemoniadę i pogawędzić z Tomislavem jak tam u jego dziewczyny i ogólnie porozmawiać na temat ubiegłych koncertów, co dało by się poprawić, ulepszyć albo w czym zawaliliśmy. Gdy skończyłem sączyć mój zbyt kwaśny napój, postanowiłem, że w końcu trzeba się wybrać na to miasto i się odstresować jakimiś zakupami lub po prostu oglądaniem manekinów za szybami sklepów.Po dojechaniu na miejsce, w sumie to sam nie wiedziałem gdzie jadę konkretnie, po prostu miałem ochotę pobyć gdzieś sam ale wśród ludzi, więc zaparkowałem w pobliżu całkiem sporego centrum handlowego, po czym udałem się w stronę mojego ulubionego baru sałatkowego i zamówiłem moje stałe zamówienie. Nie musiałem długo czekać na zamówienie, miałem z personelem bardzo dobre kontakty, ponieważ byłem u nich stałych klientem, gdy tylko byłem w Los Angeles, a ostatnimi czasy to zdarzało się bardzo rzadko, zawsze chodziłem tam, takich sałatek i kawy nie ma nigdzie indziej na świecie. Po zjedzonym śniadaniu, a właściwie to już lunchu pozwoliłem sobie na małe szaleństwo zakupowe wcale nie patrząc na ceny kupowałem wszystko co stwierdziłem że mi się podoba, bo kto bogatemu zabroni. Po tak intensywnym pomykaniu po sklepach zamówiłem sobie kolejną kawę, która jak zawsze poprawiała mi humor. Gdy tak szedłem zastanawiałem się co zrobić dalej odwiedziłem już w sumie większość moich ulubionych sklepów, aż tu nagle poczułem że zawartość kubka z kawą ląduje na ziemi tworząc sporą kałużę, torby z zakupami wypadają z rąk a sam ląduje na ziemi. Już miałem zakląć głośno na idiotę, który najwyraźniej nie potrafi chodzić i patrzeć przed siebie przy okazji, ale coś mnie tknęło, w prawdzie nie widziałem twarzy, ale zdążyłem zauważyć że owa postać wydaje mi się bardzo znajoma, mianowicie krótkie asymetrycznie obcięte włosy, blondynka, nie wysoka, chuda...I nagle mnie olśniło, to była Lizz którą na jednym z ostatnich koncertów wziąłem na scenę, a ta z tego co pamiętam nie emanowała zbytnio pozytywnymi emocjami przy tamtym spotkaniu. Podobnie miało być i teraz.
- Powinnaś bardziej uważać jak chodzisz. - zagadnąłem do niej, gdy jeszcze nie zorientowała się kto przed nią stoi.
-Ja powinnam uważać? No chyba racz...-zakłopotanie wdarło się na jej twarz, zupełnie nie wiedziała co ma powiedzieć.
- No chyba raczej pan powinien uważać jak chodzi i patrzeć gdzie wylewa swoją kawę.- odparła z pewnością siebie na twarzy i pokazując przy tym swoją zaplamioną bluzkę.
W sumie to chyba oboje byliśmy w lekkim szoku że się spotkaliśmy ponownie, dla każdego z nas było to dosyć dziwne, ale cóż, bywa, więc postanowiłem załagodzić jakoś sytuacje i zrekompensować cały ten incydent z poplamioną bluzką, chociaż wina leżała po stronie obojga, nie chciałem widzieć później zdjęć w pierwszym lepszym brukowcu "Jared Leto kłóci się ze swoją dziewczyną", albo "Jared Leto napastuje fankę!", to by było nieco śmieszne...
-Dobra mniejsza oboje winni, pasuje?
-Nie, bo to pańska wina.- uparta dziewczyna, i swoją drogą dawno nikt do mnie nie mówił na per pan, dziwna sytuacja.
-Dobra niech Ci będzie, moja wina przepraszam. To w ramach rekompensaty, zapraszam na kawę, ja stawiam.
-Wybaczam, a kawa to zbyteczna.-już chciała się odwrócić i iść w przeciwnym kierunku ale nie dawałem za wygraną.
-No nie daj się prosić, bo będę Cię mieć na sumieniu. A po za tym Jared jestem, a nie jakiś "Pan"-uśmiechnąłem się do niej przyjaźnie i podałem jej dłoń. Popatrzyła się to na mnie to na moją dłoń, najwidoczniej analizowała co powinna zrobić, więc nawet nie czekając, wziąłem ją pod ramię i zacząłem iść w stronę najbliższej kawiarni. Patrzyła na mnie skonsternowana całą to sytuacją aż w końcu się przemogła.
-Lizz...
-Słucham?
-Mam na imię Lizz Gartner.- i tak samo jak ja z wymuszonej grzeczności podała mi rękę na powitanie.Popatrzyłem na nią, i aż wyczuwalne było to że to nie był wzrok normalnej osoby tylko osoby, która aż nie mogła znieść swojej obecności w moim towarzystwie.Odebrałem dwie kawy i usiadłem z Lizz przy stoliku w głębi lokalu.
-A więc Lizz, może wytłumaczysz mi na początek, dlaczego mam wrażenie że nie za bardzo przepadasz za moją osobą? - Spojrzała się na mnie tymi swoimi wielkimi niebieskimi oczami, i się uśmiechnęła.
-Hmmm... Niech pomyśle...Nieznajomy człowiek oblewa mnie kawą, w samym środku centrum handlowego zalewając przy tym moją ulubiona bluzkę z motywem James'a Dean'a, a potem jeszcze nachalnie zaciąga na kawę, chyba dlatego.
-Przeprosiłem przecież, bardzo mi przykro z powodu bluzki,nie wiedziałem że jest dla Ciebie taka ważna, gdybym wiedział, to na pewno wylał bym tą kawę innego dnia kiedy miała byś inną bluzkę na sobie.-Lekko się zaśmiała w szybkim tępię wypiła swoją kawę i ruszyła w stronę wyjścia, popatrzyła ostatni raz w moją stronę znowu się zaśmiała z wyrazu mojej miny zakłopotania, pokręciła głową i wyszła. A ja zostałem tak sam z moją kawą w nie małym zakłopotaniu tej całej sytuacji.

niedziela, 27 października 2013

Rozdział 1

- Dzięki kochani, jesteście najlepsi!
 Wypowiedziałem te słowa po raz setny a i tak reakcja mojej najwspanialszej rodziny jaką mógłbym sobie wymarzyć ucieszyła mnie swoimi okrzykami radości i zadowolenia. Znikając za sceną razem z moją całą ekipą koncertową oddając cały sprzęt odetchnęliśmy ze zmęczenia, ale zawsze to zmęczenie przynosiło upragnioną satysfakcje z udanego show. Byliśmy padnięci, marzyliśmy tylko o swoich łóżkach, ale i tak w ciągu kilku najbliższych dni miało być dokładnie to samo.
Następna noc, kolejne przemyślenia przed koncertem. Na scenie już gra Shannon na swojej ukochanej perkusji. Bardzo podziwiam jego determinacje do niemal wszystkiego zachowuje zimną krew, wszystkie sprawy doprowadza do końca z nieskazitelną perfekcją i dystansem. Tomo bardzo podobnie, właśnie zaczął grać, a ja motywowany i nakręcany przez okrzyki Echelonu nie mogęsię już doczekać na swoje wejście na scenę. W końcu staję na niewielką platformę pod sceną, która zaraz ma mnie wysunąć na środek sceny.     W końcu upragnione słowa wszystkich zebranych na arenie.
- "Time to escape..."
Te słowa niby bardzo proste, a jednak stwarzają dla wielu z nas tyle problemów, próbujemy uciec od naszych problemów, ja sam czekam na taką chwile uwolnienia się od rzeczywistości, by w moim życiu stało się coś przełomowego. Jednymi z tych chwil są właśnie te kiedy wychodzę na scenę i robię to co innych uszczęśliwia. Z każdym dniem powoli traciłem nadzieje że kiedykolwiek mi się coś takiego spontanicznego wydarzy, ale myślę że wielu z nas ma właśnie takie przemyślenia.
- Jak się bawicie? Świetnie? Nie wiecie nawet jak te słowa mnie nakręcają, jesteście dla mnie najważniejsi, i zawsze będziecie!
Po czym zacząłem kolejną piosenkę. Po następnych kawałkach z płyty, jak zawsze dla fanu postanowiłem zaprosić kogoś na scenę do krótkiej pogadanki o wszystkim i o niczym. Wziąłem na scenę kilka osób, które zaciekawiły mnie swoim wyglądem, typu cyklamenowe mohawki, czy tatuaże lub inne rzeczy. Każdy z nich pałał ogromną energią i ekscytacją, że to właśnie oni zostali zaproszeni na scenę i spełnili swoje marzenie. Do każdego z nich zapodałem jakieś pytanie, odpowiadali bardzo spontanicznie, i właśnie o to w tym chodziło, by wyrazić siebie spośród wszystkich innych takich samych stereotypowych osób. W końcu z pośród szczęściarzy, którzy znaleźli się na scenie wyłoniła się bardzo ładna, nie wysoka, blondynka o krótkich włosach, z ogromnym uśmiechem przylepionym  na twarzy, którym zarażała wszystkich dookoła. Pewnie nie jednemu zdążyła namącić w głowie tymi ogromnymi niebieskimi jak morze oczami, które zdawały się przewiercać ci duszę. W końcu przyszedł czas zbajerowanie kolejnej dziewczyny, przecież raz się żyje a ją spotkać to raczej okazja się nie przydarzy...
- Hej śliczna! Jak się bawisz?
- Znakomicie, dzięki!
Odpowiedziała mi niby miło, ale tak jakby w ogóle nie cieszył ją koncert, tak jakby przyszła tu z przymusu czy coś w tym stylu. Ale jak już to wszyscy wiedzą, próbuję dalej.
- A może zdradzisz mi swoje imię?
Patrzyła raz to na mnie, raz na tłum ludzi, tak jakby się nie mogła zdecydować czy podzielić tą informacją ze światem, ale w końcu odpowiedziała.
- Lizzy.
- Bardzo ładne imię, tak jak i właścicielka!
Po tej wymianie zdań pocałowałem Lizzy w policzek, po czym wszyscy zebrani na sali zaczęli klaskać i piszczeć. I jak gdyby nigdy nic zapowiedziałem kolejną piosenkę, zresztą już ostatnią tej nocy, która zleciała nie wiadomo kiedy. Po skończonej piosence pożegnałem się jak zawsze i szybkim krokiem udałem się za scenę. Kiedy już wszyscy znaleźliśmy się za kulisami, odpoczywając na kanapach i pijąc wodę, obgadywaliśmy z chłopakami cały dzisiejszy występ, i zresztą jak zwykle musieliśmy się z czegoś ponabijać, tym razem musiało paść na mnie.
-  No powiem Ci Jared, że tym razem podryw na buziaczka coś nie wypalił!
Spojrzałem się na nich piorunującym wzrokiem, a Ci nic sobie tego nie robili tylko przybili sobie piątki na oznakę udanego tekstu co do mojej osoby.
- Ha. Ha. Ha. bardzo śmieszne, no padam ...
- Ej no weź, tak sobie jaja robimy, ale powiem Ci że gust to ty masz, bo brzydka to ona nie była!
Już miałem coś powiedzieć, ale do pokoju weszła Emma z wiadomością że bus na nas czeka i że możemy się zbierać w końcu do hotelu. Nareszcie do własnego łóżka w ciszy i spokoju, tylko tego mi brakowało tej nocy, ale przy głębszych przemyśleniach zaczęło mi coś doskwierać. Shannon poruszył temat tej dziewczyny ze sceny, co specjalnie dawał mi się we znaki, chociaż wcale nie wiem czemu.



***
No i oto jest mój pierwszy post, mam nadzieje że nie wyszedł jakość specjalnie źle, z góry przepraszam że taki krótki, na kolejne rozdziały myśle że nie trzeba będzie długo czekać ;) Bardzo proszę o pozostawienie KOMENTARZY, bardzo mi na tym zależy, a to wcale nie kosztuje dużo roboty : D
~ Hausex

INFO

Witam, jak się pewnie domyślacie, będą tu zamieszczane opowiadania o 30 seconds to mars. Opowiadania są tylko i wyłącznie wymysłem mojej pokręconej wyobraźni, chciałabym  żebyście po przeczytaniu komentowali moje posty, będzie mnie to motywować do działania, lub dawać informacje że coś jest nie tak. Pierwszy post zostanie opublikowany nie długo, więc nie będziecie musieli czekać długo.
~ Hausex ; )