Dream out loud

Dream out loud

czwartek, 26 grudnia 2013

Rozdział 9

~ Hej! ;) Mam nadzieję, że święta minęły w miłej, domowej atmosferze i Mikołaj był bogaty w tym roku ;) O to kolejny rozdział, ciesze się, że ktoś to w ogóle jeszcze czyta rozdział wyszedł trochę krótki ale co tam, dobra dalej nie przedłużam. Dobrej lektury!

Dzisiejszego dnia było tak cudownie, zdjęcia zrobione, nowy śmieszny znajomy Tomo, dziwne pogadanki z Jared'em, więc dlaczego by sobie tego dnia jeszcze bardziej nie umilić? Bez dłuższego zastanawiania wyjęłam ze swojego całkiem pokaźnego zasobem schowka małą paczuszkę amfetaminy. Szef ze względu na to, że dobrze wypełniam robotę, daje mi całkiem spore zniżki, kto by nie skorzystał, dają to bierz! Pociągnęłam, nagły skok wszystkich zmysłów, istny natłok myśli i totalna euforia... coś pięknego. Wszystko dookoła stało się przejrzyste i takie proste. Po jakimś czasie w końcu trochę do siebie doszłam. Cóż, przydało by się jeszcze trochę... Druga porcja i jedziemy, chwyciłam za torbę i stwierdziłam, że mój własny dom jest dla mnie za ciasny i, że natychmiast muszę wyjść na świeże powietrze. Tak też zrobiłam, szłam gdzie mnie nogi niosły. Podziwiałam rozświetlone ulice miasta aniołów, no ile bym razy nie przechodziła tymi chodnikami, parkami i Bóg wie gdzie jeszcze, to i tak kocham to miasto, szczególnie gdy jestem w takim stanie. Bądź co bądź, stwierdziłam, że udam się do mojej drugiej pracy a właściwie klubu, w którym dokonywałam odbioru przesyłki by donieść ją do adresata. Ale nie dziś, no nie dałabym rady, zresztą Jake sam mi powiedział (po zbędnych oględzinach zdecydowaliśmy się mówić na ty), że mogę przychodzić w wolnych chwilach, kiedy tam tylko chcę, i jeżeli jestem w takim stanie to mogę sobie wybrać kanapę VIP i zawsze tam posiedzieć. Całkiem spoko, nie powiem, że nie.  Cały wieczór przegadałam ze znajomym mi barmanem oraz kilkoma innymi osobami, które też potajemnie robiły w tej branży, wiele mi doradzili jeśli o to chodzi i bardzo mi pomogli. Praca nas do siebie zbliżyła i świetnie się ze sobą bawiliśmy przez prawie, że całą noc.
Powoli się budziłam, a właściwie to te upierdliwe promienie słoneczne! Dlaczego ja nie zasuwam rolet na noc?! Czułam się całkiem wypoczęta, aczkolwiek na ten moment nie mam pojęcia co robiłam większość minionych godzin wstecz. Film mi się urwał, ale mam szczere nadzieje, że nie narobiłam sobie przypału. Kołdra jest jeszcze taka ciepła, ojej tak mi się nie chce wychodzić, leżałabym tak całą wieczność. No ale cóż, toaleta wzywa i trzeba jakoś spędzić produktywnie tą niedziele. Szybko się ogarnęłam i zjadłam śniadanie. Matko, nie pamiętam kiedy ostatnio byłam taka głodna. Te moje nocne wybryki wyzwalają u mnie nie mały apetyt. Moje nadzwyczaj powolne jedzenie jajecznicy przerwał dźwięk nadchodzącego sms'a.

"Co powiesz na wspólny niedzielny rodzinny obiad?"

"Brzmi nie źle ;) Gdzie i kiedy?"

"Zapraszam do siebie, co powiesz na 17:00? Shannon by po Ciebie przyjechał. Masz ochotę na coś specjalnego?"

"Jeśli o jedzenie chodzi to jestem wszystkożerna,zaskocz mnie. To do zobaczenia o piątej"

"Do zobaczenia ;)"

No to niedziela zaplanowana. Rodzinny obiad u Leto w domu. Rodzinny? A co on przez to rozumie? Nie no bez przesady pewnie chodziło bardziej o brata. Raczej by mnie nie zapraszał na jakąś rodzinną schadzkę z babciami i ciotkami.  Na samą myśl aż się śmieje sama z siebie, po co te nerwy, spokojnie. Wstałam od stołu jadalnego, uniosłam talerz i postanowiłam w końcu wziąć się za moje już dawno odwlekane zmywanie. Nienawidzę tego. Otworzyłam laptopa i włączyłam moją playlistę. No i teraz sprzątanie można nazwać frajdą. Poruszałam się w rytm lecącej w tle muzyki rozmyślając nie wiem czemu akurat teraz mi to do głowy przyszło o moje całkiem nie dawno spędzonej upojnej nocy z Jared'em budząc się w jego domu, w jego łóżku, w bardzo niezręcznej sytuacji. Spodziewałam się większych wyrzutów sumienia jeśli chodzi o tą scenę ale miło się pomyliłam. W ogólne jakoś nie zdarzyło mi się poruszyć tej kwestii razem z nim. I zamiast się unikać, to nasza znajomość zdaje się przechodzić na nieco inne tory. Zaczynamy się lepiej poznawać, co akurat bardzo mi się podoba bo zawsze mi brakowało znajomych, należałam do typu samotnika. Tylko z Ellie mi się udało zaznajomić na dosyć sporą ilość czasu. Niektórzy by mogli powiedzieć, że robię to tylko dlatego, że on jest sławny albo, że ma pieniądze. Przykre stwierdzenie, zabolało by mnie to. Jakoś po prostu tak wyszło, sama się, że akurat mi się coś takiego przydarzyło. Ciekawa przygoda. Dobra, przydałoby się wybrać coś na to wyjście. Migiem na oględziny do szafy, i jak zwykle nie ma się w co ubrać, no bądź co bądź ale nie zwykłam nosić często sukienek. Kurcze, skoro wpadło mi trochę kasy do portfela to może nie zaszkodziły by mi jakieś mini zakupy. Tak na pewno się w najbliższej przyszłości na nie wybiorę. Bo dłuższych przemyśleniach zdecydowałam się na zwyczajną, prostą niebieską sukienkę, sięgającą do połowy uda. W sam raz na obiad. Zaczęłam się w nią przebierać przy czym usłyszałam piknięcie dochodzące z mojego komputera, co oznaczało przyjście nowej wiadomości. Szybko narzuciłam na siebie materiał i podeszłam do stolika z danym urządzeniem.

" Witam.
Nazywam się Michael Bridge jestem koneserem sztuki oraz posiadam własną galerie, piszę gdyż poprzez mojego wspólnika dowiedziałem się, że studiuje Pani fotografie i robi wspaniałe zdjęcia, a jeśli on tak mówi to coś na prawdę w tym musi być. Liczę na to, że będę miał wkrótce okazje zobaczyć te wspaniałe fotografie. Jeśli jest Pani zainteresowana współpracą ze mną, proszę odpisać mi na tego maila i wspólnie ustalimy datę spotkania.

                                                                                                                              Pozdrawiam
                                                                                                                              M.Bridge"

Co to do jasnej cholery ma być?! Jaki wspólnik? Jakie zdjęcia? O co chodzi?! Musiałam się wczoraj nie źle zabawić. Dobra spokojnie, odtwórzmy wydarzenia z poprzedniego wieczora. Rozmawiałam ze znajomymi i jakoś wtedy zaczęło się urywać. Chociaż faktycznie no jak Boga kocham komuś dawałam aparat do rąk. Z kimś rozmawiałam.. Coś mi świta. Faktycznie ktoś się przyglądał tym zdjęciom ale co mówił to za Chiny sobie nie przypomnę. No dobra raz kozie śmierć.

"Witam.
Jestem Elizabeth Gartner, owszem studiuje fotografie. Skoro zostałam tak polecona takiej ważnej osobistości jak Pan, myślę, że spotkanie z Panem było by dobrym wyjściem. Rozumiem, że na spotkanie mam wziąć kilka zdjęć. Proszę powiedzieć kiedy Panu pasuję się spotkać.

                                                                                                                             Pozdrawiam
                                                                                                                             E.Gartner

Dziwna sytuacja, bardzo dziwna. No ale dobra, kto wie może coś z tego dobrego wyniknie. Kliknęłam "wyślij" i zamknęłam laptop. Szybko do łazienki się umalować, postanowiłam na naturalność, odrobina tuszu i błyszczyk na usta. Wyszłam z łazienki już praktycznie gotowa, ale w sumie to nie wypada iść tak z mordą na pączki, tak, przydało by się jakieś wino. Coś tam się powinno znaleźć. Nie znam się na winach, El dała mi jakieś na moje imieniny, mimo to, że ich w ogóle nie obchodzę. To chyba będzie odpowiednie, z drugiej strony nie wypada dawać komuś na prezent to co się dostało na prezent, ale ja sama pić nie lubię, więc zrobię przyjemność i sobie i gospodarzom. Dźwięk sms'a, pewnie od Jared'a.


"Shann będzie za jakieś 15 minut, szykuj się ;)"


"Okej"


Szybkie poprawki sukienki, makijażu, alkohol w rękę i w drogę. Jeju czym ja się tak denerwuję, to tylko obiad, matko. Powoli bez, pośpiechu zeszłam schodami na sam dół bloku. Shannon przyjechał najwidoczniej wcześniej ale z tego co widzę nie przyjechał po mnie sam, w samochodzie był ktoś jeszcze. Spokojnie podeszłam i otworzyłam sobie drzwi.
- Hej Lizzy!
- Cześć!
- To co jedziemy na te posiadówę. A żebyś się nie czułam samotna to wziąłem ci Ellie do towarzystwa.
- O Boże, El!
- No co, Tomo bierze Vicky, to i my postanowiliśmy kogoś zaprosić, więc Jared zaproponował tobie a ja El.
- Nie no bardzo fajnie, dzięki.
- Nie mnie dziękuj, Jared'a pomysł.
- W ogóle to mamy taką mini niespodziankę ale to dopiero po obiedzie, a właściwie to prawie, że kolacji.
Ale młody powiedział, że jeśli wam powiem to mam się bać co mi zrobi.
- Już się doczekać nie możemy!
Shannon przypominał mi w tej chwili małe dziecko, które niecierpliwie czeka na Świętego Mikołaja. Do ich domu mieliśmy około piętnastu minut drogi, zaczęliśmy rozmawiać, a szczególnie Ellie z Shannon'em, tak, im to się rozmowa kleiła. Już dawno nie widziałam El takiej roześmianej. Widać, że dobrzy z nich kumple będą. W tle leciało radio, zaczęła się jakaś stara piosenka Red Hot'ów. Rzaem z El doskonale znałyśmy niemal każdą ich piosenkę więc natychmiast zaczęłyśmy po cichu, każda sobie ją nucić, no ale nie Shann. Dopier teraz zrozumiałam, i odpowiedziałam sobie na nurtujące pytanie, dlaczego Zwierzak nie śpiewa z bratem w duecie czy coś. Teraz już wiem. Bo po prostu nie umie. Jego śpiew, to jakby zabijanie kurczaka na rosół, czy coś w podobie tego.
- Jezu, Shann! Błagam ucisz się! Tego się nie da słuchać.
- Ejj! Wy się po prostu nie znacie...
Udawał bardzo skruszonego, ale jednak mu to nie wychodziło tak jak by chciał. Tylko jeszcze bardziej nas rozśmieszył. Powoli dojeżdżaliśmy do ulicy, na której mieszkali bracia Leto. Od razu by to widać,  że nie mieszkają na jej ludzie z ulicy. Istny przepych. Auto się zatrzymało wjechaliśmy na podjazd.
- Nie tego szczerze spodziewałam się po waszym domu.
- Wyobrażałaś sobie czekających a ciebie lokai, złote ściany domu, idealnie przystrzyżona trawa, a w okół ciebie skaczących i tańczących baletmistrzów?
- Dokładnie tak. Tyle może wykluczając baletmistrzów.
- Humor jak zawsze się trzyma.
- A jakże by nie.
- Dobra, może w końcu wejdziemy do tej naszej "willi". Panie przodem.
Szybko podbiegł do drzwi, wpuszczając nas pierwsze, obdarzając szczerym uśmiechem. Już od samego progu do mojego nosa dobiegały przecudne zapachy, aż ślinka cieknie, ale zapach nie był jedynym co dochodziło gdzieś prawdopodobnie z kuchni.
- Tomo! Do jasnej cholery wypierdzielaj mi z tymi palcami!
- Oho, szef kuchni się zdenerwował. Lepiej chodźmy tak szybko bo jeszcze ktoś wyjdzie z tego bez palca.
Przemierzyliśmy dość spory korytarz, wkraczając do wielkiego, gustownego salonu. Szaro czerwone ściany, białe kanapy, płaski telewizor i jeszcze kilka dodatków jeszcze bardziej upiększających to wnętrze.
- Proszę, rozgośćcie się, czujcie się jak u siebie. Zaraz wracam, Jared! Jesteśmy. - I zniknął gdzieś za drzwiami.
- Szczerze, to jakby mi ktoś powiedział, że kiedyś będę na kolacji u braci Leto to bym w życiu nie uwierzyła.
- Ja chyba też nie. Dziwnie być znowu w tym domu.
- No bez przesady.
- No ty najwidoczniej nie miałaś tak upojnego wieczora jak ja...
- Że co proszę?! - Osz kurde ale gafa. Tak się składa, że nie powiedziałam El o tym co się stało tamtej nocy, jak mogłam taką informacje przeoczyć!
- No zdarzyło się, ale byliśmy oboje tacy schlani, że żadne z nas nic nie pamięta.
- To skoro żadne nic nie pamięta to skąd wiecie, że coś się w ogólne stało.
- El. Błagam. Nie każ mi tłumaczyć. Reagujesz jakbyś przyłapała na tym rodziców!
- Ale mogłaś się pochwalić. Najlepszej przyjaciółce byś nie powiedziała! A ktoś jeszcze się dowiedział?
- Powiedzieliśmy Kyle'owi. A w sumie to sam się domyślił bo jak to on - wszystko wie. I teraz dowiedziałaś się ty.
- Jak to tylko my wiemy?
- Stwierdziliśmy, że najlepiej będzie zapomnieć o całym wydarzeniu, a właściwie to jak [poprosiłam o takie zakończenie całej sytuacji.
- Aleś ty głupia... A mogłoby coś z tego wyjść!
- Jak zawsze El romantyczka... - Na całe szczęście do pokoju wparowali Tomo wraz z tego co wiem jego żoną - Vicky. Sprawiała wrażenie bardzo miłej kobiety, się okażę.
- Lizzy! Jak miło mi cię znowu widzieć!
- Mnie też ciebie bardzo miło znowu widać, Tomo. A teraz puść bo mnie zaraz udusisz!
- Oj przepraszam. Chciałem cię komuś przedstawić. Lizz, to jest moja najukochańsza żona Vicky. Vicky poznaj Lizz, nowa znajoma zespołu.
- Bardzo i miło, proszę mów mi Vicky. - Uśmiecha się tak samo wesoło jak i Tomo, to się dobrali.
- Mi też miło, Lizz jestem. A to jest moja najlepsza przyjaciółka Ellie...
- Już jestem! Przepraszam, że dopiero teraz ale musiałem wszystkiego... - Do salonu wbiegł Jared zasapany, pewnie zbiegał ze schodów. Zatrzymał się na samym środku, zaczął się usprawiedliwiać ale przerwał patrząc na mnie badając wzrokiem od dołu do góry. Wyraźnie czułam jak się na widoku wszystkich przeobrażam w chodzącego buraka.
- ...przypilnować, żeby tamten żarłok wszystkiego nie zeżarł.
- No bez przesady! JA wcale tak dużo nie jem...
- Chyba gdy śpisz. - To mu się żart udał, chociaż najwidoczniej Zwierzakowi się nie spodobał bo udawał nadąsanego.
- Lizz! Bardzo się cieszę, że przyszłaś. - Podszedł i delikatnie mnie uściskał. Przez jego ramie widziałam jak El szczerzy się do mnie z tym jej wyrażającym wszystko uśmieszkiem. Boże... kobieto...
- To ja dziękuję za zaproszenie.
- Moja przyjemność gościć tu ciebie.
- Ekhem...
- I was wszystkich... oczywiście.  - Lekko się chłopak zakłopotał ale szybko załagodził podając w końcu do stołu.
- Dobra koniec tych powitań! Głodny jestem!
- Jak zawsze Shann... jak zawsze. - Wszyscy znowu obśmieli biedaczka, ale byliśmy tak wszyscy głodni, że przyznaliśmy mu racje, podawaj! Przyznam, całkiem smacznie wszystko wyglądało. Na stole znajdował się półmisek z lasagne, trzy rodzaje sałatek, Tomo dbał by żaden kieliszek nie był pusty i napełniał go czerwonym, słodkim winem. Żeby nie było, że mi nie smakuje bo nie zjadłam zbyt dużo, wypadało by podziękować za posiłek jak to mnie mama nauczyła.
- Jared, nie powiedziałabym, że potrafisz tak gotować.
- Wiele rzeczy jeszcze o mnie nie wiesz - puścił dyskretne oczko w moją stronę - ale mam nadzieje, że smakowało.
- O tak bardzo...
- Shannon. Powiedziałeś o niespodziance?
- Nie. Dotrzymałem słowa.
- No w szoku jestem, że ci się udało.
- To ja może pójdę przygotowywać tą niespodziankę bo jeszcze chwila i oszaleje...
- Idź, idź. Zawołaj nas kiedy skończysz. - Odprowadził go śmiejącym się wzrokiem, widać było, że jest     w swoim żywiole, lubił dopiekać bratu, ale jestem pewna, że Shann też mu nie źle dopieka, tylko po prostu nie chce tego robić przy nas. Tomo cały czas robił za mistrza imprezy, wali żartami na prawo i lewo, na co pokładaliśmy się ze śmiechu, skąd ten człowiek czerpie tyle energii? Jared na chwile zniknął zerknął jak idzie Shannon'owi w przygotowaniu, po czym już po chwili wrócił zapraszając nas do ogrodu.

                                                              ***

W życiu bym nie pomyślała, że mają taki duży ogródek. A co ważniejsze, że urządzają w nim ogniska. To mi do nich w ogóle nie pasuje, to takie... słodkie. Gorące kiełbaski prosto z ognia albo pysze pianki! Sama poczułam się jak mała dziewczynka z tatą na biwaku. Ach... miłe wspomnienia. 
- Hej, co tak dumasz?
- Co? Ja? A nie, nic, tak sobie wspominam.
- A cóż takiego wspominasz?
- Wypady z moim tatem na biwaki, tez urządzaliśmy ogniska.
- Podoba ci się to?
- No jasne!
- To specjalnie dla takiej miny mogę takie ogniska robić.
- Haha dzięki...
- Proszę.
- Zadziwiasz mnie Leto.
- Dlaczego?
- Gotowanie, ogniska, pianki, jakoś mi to do ciebie nie pasuje.
- Jak już mówiłem, wielu rzeczy o mnie nie wiesz...
- A skąd wziął się ten pomysł na akurat taką niespodziankę?
- Jak z Shann'em byliśmy mali, mama często organizowała nam taką rozrywkę, i bardzo nam się to podobało. A, że poukładało się nam tak w życiu, że nie ma czasu na takowe rzeczy, to chwytamy chwile, no i proszę co wynikło. - Skończył zdanie wkładając sobie opieczoną piankę do ust.
- Faktycznie. W życiu nie powiem, wyszło wam. Gratuluję.
- Dziękuję.
- Jeśli chcesz to mogę pokazać ci coś jeszcze, co bardzo lubię robić z Shannon'em gdy jesteśmy akurat w Los Angeles w domu.
- Okej. - Wstaliśmy z krzeseł, opuszczając towarzystwo pochłoniętych rozmową między sobą rozmową Tomo z Vicky i Shann'a z El. Uuu no kto by pomyślał, że się tak zagadają, potem jej to na pewno wypomnę. A co.  Jak się okazało ogród jest jeszcze większy niż się wydawało, zobaczyłam odkryty, podświetlony basen, do którego aż się chciało wskoczyć. Nieopodal stała altanka z ławeczkami o stolikiem. Minęliśmy klomby kolorowych schowanych już kwiatów gdy w końcu doszliśmy do miejsca gdzie rosło kilka drzew.
- No i proszę, o to najlepsza rozrywka na gwieździste wieczory takie jak dzisiejszy. - Szliśmy dalej przed siebie gdy znaleźliśmy się przy dwóch czerwonych hamakach. Jared usiadł na jednym pierwszy po czym zachęcił mnie ruchem ręki bym położyła się na drugim. Niebo faktycznie było bardzo gwieździste. Coś pięknego. 
- I jak?
- Robi wrażenie. Już nie pamiętam kiedy ostatnio patrzyłam w niebo.
- Ja robię to gdy tylko jest w miarę ciepło na dworze. A znasz jakieś konstelację?
- Potrafię pokazać mały wóz.
- Czyli nie znasz. Mogę z kilka pokazać, dzisiaj idealnie widać. - zaczął wymieniać mniej więcej kojarzące mi się nazwy. Miło posłuchać, że interesuję go coś takiego.
- Znowu zadziwiasz Leto.
- Takie hobby. To może dla odmiany ty mi powiesz co lubisz robić?
- Hmm... No na przykład lubię ciepłe swetry, dobre książki albo filmy oraz najlepsze na wszystko - gorące kakao... O tak.
- Oj masz racje. Kakao i pianki mmm to jest to...
- Widzę, że podzielasz moje zainteresowania.
- A kto nie lubi dobrego filmu i kakaa?
- Nie mam pojęcia.
- No właśnie. - Przegadaliśmy tak Bóg wie ile czasu. Bardzo fajnie się nam rozmawiało, chociaż gdy zrobiliśmy sobie kilkuminutową cisze by popatrzeć w skupieniu w niebo przyznam trochę mi się przysnęło, to cała zasługa tego słodkiego wina, ach Tomo... Obudziło mnie gdy poczułam, że ktoś mnie podnosi, ale byłam taka zmęczona, że nawet nie miałam siły nic powiedzieć tylko stać mnie było na jakieś ciche mruknięcia.
- Ćśśś, śpij. - Po chwili już byłam w łóżku przykryta kocem po samą szyję, chciałam się poruszyć ale moje oczy były takie ciężkie...





czwartek, 19 grudnia 2013

Rozdział 8

~  Jeszcze raz strasznie was przepraszam, że w zeszłym tygodniu nie było rozdziału, mi samej jest z tym źle, już zdążyłam się przyzwyczaić do tej miłej rutyny pisania ;) Niedługo zostanie zmieniona muzyka na bardziej nastrojową - czyli świąteczną. Chciałam wam odrobinę przybliżyć atmosferę Świąt Bożego Narodzenia ponieważ sama nie za ją bardzo czuję no ale w każdym razie chciałem życzyć wszystkim, którzy tutaj zaglądają wesołych i radosnych świąt! :D Miłego czytania.


Minął miesiąc, zleciało jak z bicza strzelił. Prawie, że zapomniałam już o wszystkich przykrych wydarzeniach. Byłam dosyć zajęta więc nie było nawet czasu kiedy o tym myśleć. Praca w sklepie, studia, jogging z Ellie, szukanie najlepszych zdjęć, kawa albo sałatki z Jared'em  no i oczywiście moja druga praca. O dziwo jeszcze nikt się o niej nie dowiedział z czego jestem bardzo zadowolona. Praca ta nie była jakaś super, ale dawała wystarczająco dużo pieniędzy by opłacić wszystkie rachunki, czesne na studia i parę innych rzeczy niezbędnych do życia. To był plus tejże roboty ale jak każda praca ma też ona swoje minusy a mianowicie, uzależniłam się. Tak przyznaję, dałam się. Chociaż szczerze mówiąc nie przeszkadzało mi to jakoś szczególnie. Czułam się odprężona. Już prawie zapomniałam co to znaczy. Kyle dostał zakaz zbliżania się więc mogłam być spokojna, bo na prawdę nawet nie próbował się ze mną kontaktować. Tak, można powiedzieć, że wszystko się zaczynało układać. Z uśmiechem twarzy, chwyciłam za torbę z aparatem telefon w kieszeń i wyszłam z domu na spotkanie z Ellie. Obydwie byłyśmy bardzo pochłonięte naszymi sprawami, nie tylko ja ostatnio byłam dość zajęta, mojej przyjaciółce też się ostatnio zdarzało nie mieć czasu żeby się ze mną spotkać, ale cóż nie moja sprawa więc nie wnikałam w to. Kierowała się prosto w stronę umówionego miejsca czyli jak zawsze do naszego ulubionego, największego parku w Los Angeles. Najlepsze miejsce na spotkanie. Dlaczego najlepsze? Każdy tam zajmował się swoimi sprawami, każdy miał te swoje odrobinę prywatności pomimo spacerujących ludzi gdzieś w pobliżu. Ellie już siedziała na ławce w głębi parku.
- Cześć Lizzy!
- Hej!
- Co tam u ciebie? Wszystko dobrze?
- Tak wszystko jest okej, nie musisz się martwić, jak coś będzie źle to dam znać, przecież wiesz.
- No ja myślę, że dasz znać, ale mniejsza. Takie małe pytanko, po jaką cholerę ci teraz aparat?
- A bo wiesz odkąd mam tą prace ze studiów do wykonania, zabieram ze sobą wszędzie aparat żeby w razie jakiegoś nagłego przypływu natchnienia lub okazji szybko cyknąć jakieś dobre zdjęcie, jak na razie nie idzie mi z tym najlepiej lecz czekam cierpliwie na tą garstkę fotek, które wykorzystam.
- Rozumiem, mam nadzieję, że się uda.
- Dzięki. A teraz dosyć o mnie, opowiadaj co u ciebie, rozmawiamy ze sobą coraz rzadziej i bardzo mi to przeszkadza.
- Wiem, wiem, mi też. Obydwie stałyśmy się ostatnio bardzo zajęte.
- Na serio, tylko praca, studia, dom i tak w kółko czasem się jeszcze spotkam z tobą i to w sumie wszystko.
- Jesteś pewna, że wszystko?
- No tak, a co jeszcze, nie mam czasu żeby się w nos podrapać a mam robić inne rzeczy. - O mój Boże, Ellie się dowiedziała. Ale jak?! Przecież nikomu o tym nie mówiłam, a chodziłam do klubu najbardziej krętymi ścieżkami od mojego domu, więc jak?! Dobra spokojnie, wybrniesz z tego. Nie panikuj.
- No nie wiem, nie wiem.
- Oj Ellie nie wymyślaj.
- Kochana okłamujesz mnie. Coś mi mówi, że nie spotykasz się tylko ze mną.
- Co?
- No próbuję ci powiedzieć, że widziałam cię z Jared'em. - Kamień spadł mi z serca, czyli jednak nie wie.
- O rany Ellie, nie masz już na co się patrzeć.
- Nie no ja nic przecież nie mówię. Bardzo ładnie razem wyglądacie, tak w ogóle.
- Ellie!!
- Oj no co?
- My nie jesteśmy parą.
- Jeszcze... - Natychmiast zjechałam ją morderczym, świdrującym wnętrzności wzorkiem, ta się na to tylko zaśmiała.
- Ojejku tylko sobie żartuje, bardzo się cieszę, że w końcu obracasz się w trochę innym towarzystwie niż taki typ jak Kyle.
- Tak, tez się ciesze, że mogę normalnie gdzieś wyjść, nikt nie zadaje pytań gdzie byłam, z kim, po co, i takie tam.
- Bo widzisz, trzeba robić coś, żeby nie zmarnować tego życia. Nikt życia za ciebie nie przeżyje kochana.
- Racja. Wracając do tematu, to co ty właściwie robisz na ogół w tygodniu.
- A wiesz takie tam, chodzę czasem do redakcji, odwiedzę rodziców i siostrę, zakupy, istna rutyna.
- Taa rutyna, wiem że jest coś jeszcze, ale okej nie chcesz nie mów i tak się kiedyś dowiem.
Przegadałyśmy tak sporo czasu, byłyśmy na lodach, jak zawsze śmiałyśmy się w swoim towarzystwie dosłownie ze wszystkiego. Robiłam nam obydwu zdjęcia przy czym również był nie zły ubaw bo co jak co ale fotogeniczne to my raczej nie jesteśmy, a raczej tylko ja bo cokolwiek i jakkolwiek bym na tym zdjęciu się nie uśmiechnęła to wyjdę okropnie...  I właśnie dlatego to ja wole być fotografem a nie być fotografowaną. W pewnym momencie El musiała lecieć na jakieś spotkanie bo się już ze mną i tak wystarczająco nagadała, co twierdzę nie było prawdą bo ostatnio coś się nie zgrywa żeby się spotkać, byłyśmy obydwie zajęte, El redakcją a ja swoją nową bardzo dochodową pracą. Chociaż nie tylko z powodu pracy cierpiałam na brak czasu dla najlepszej kumpeli, wolałam po dniu spędzonym w sklepie, poleżeć sobie w zaciszu mojego własnego domowego ogniska wraz z małymi prezencikami w postaci białego proszku. Ale gdy tylko wiedziałam, że idę na spotkanie z Ellie doprowadzałam się do ładu, ostatnią rzeczą na Ziemi jest to by ona się dowiedziała o moich kłopotach, zaraz by zrobiła zamieszanie wokół mojej osoby, czego bardzo ale to bardzo nie cierpię. Jest to najlepsza dziewczyna jaką kiedykolwiek poznałam i poznam, ale jest czasami za bardzo nadopiekuńcza. Dziś jest wyjątkowo piękny dzień, więc postanowiłam zrobić coś praktycznego, a skoro miałam ze sobą mój aparat to czemu by nie po pstrykać sobie. Jak pomyślałam tak też zrobiłam, ale nie co widziałam nie było godne uwagi, i tak krążyłam zamyślona ścieżkami niedaleko pobliskiego jeziorka. Postanowiłam do niego bliżej podejść, Jeju, że ja nigdy tego miejsca nie odwiedziłam, dobra może przechodziłam ale nigdy nie przyszło mi na myśl, że może tutaj być tak pięknie.
- Widzę, że tobie też się to miejsce spodobało. - Głos dobiegał zza moich pleców, aż się lekko wzdrygnęłam, bo nie lubię gdy ktoś w ten sposób do mnie mówi, czuję się ograniczona w pewien sposób. Odwróciłam się, a za mną stał nie kto inny jak Jared.
- Oo cześć! Miła niespodzianka. Bardzo dawno cię nie widziałam.
- A wiesz bywa się trochę tu trochę tam, musiałem polecieć do Nowego Jorku dać kilka wywiadów i przy okazji dać koncert. Sama rozumiesz, praca...
- Tak wiem , praca.
- A właściwie to co tutaj robisz?
- Spotkałam się z przyjaciółką no i tak w sumie to sobie spacerowałam, starałam się zrobić jakieś zdjęcia ale coś nie wychodzi mi dzisiaj za dobrze, i jakoś tak wyszło, że doszłam tutaj, i tak stoję już tu trochę czasu, to jest jedno z piękniejszych miejsc, które widziałam w ostatnim czasie.
- Tak, mi też się strasznie podoba. - Szeroko się przy tym uśmiechnął, pokazując przy tym swój nienaganny hollywoodzki uśmiech i jeszcze ogarniał wzrokiem ten cały obszar jak dziecko, które dostało właśnie nową zabawkę i nie może się na nią napatrzeć. Mój wzrok zatrzymał się na chwilę na jego oczach. Teraz spokojnie mogę powiedzieć, że jest kolejny widok, który należy do piękniejszych jakie widziałam. Jego oczy. Niebieskie, ale nie niebieskie, jak jakiś zwykły niebieski albo jakiś tam zwykły błękit nieba, to był odcień kojarzący się z ciepłymi wodami morza. Tak wiem, to takie banalne zakochać się czyichś oczach, brzmię pewnie jak jakaś nieogarnięta nastolatka, ale akurat to był widok godny podziwu.
- Lizz?
- Co?
- Gapisz się na mnie...
- Wcale się nie gapię.
- Gapisz się.
- Przecież mówię ci, że sobie coś ubzdurałeś.
- No chyba widzę, że mnie świdrujesz wzorkiem. - Poczułam jak policzki mi różowieją, a ja kompletnie nie mam pojęcia co odpowiedzieć. A żeby było śmieszniej to ten się tylko patrzył i się ze mnie perfidnie śmiał i patrzył się na moją bezradność w danym momencie.
- Dobra już nie ważne, a co właściwie ty tutaj robisz? - O tak zmiana tematu najlepszym wyjściem.
- Przychodzę tutaj zawsze kiedy się z kimś posprzeczam, albo gdy chce pobyć sam i coś przemyśleć, albo czasami tak jak dzisiaj na przykład traktuje to jak część rytuału przed koncertem. Dużo się w moim życiu dzieje i czasem potrzebuję takiej chwili wytchnienia, pewnie wiesz co mam na myśli. - O tak wiem co masz na myśli, tylko, że ja praktykuje to w nieco inny, mniej legalny sposób...
- Doskonale wiem co masz na myśli, też ostatnio mam niezły bajzel w głowie jak i w życiu, a to praca, dom , i te cholerne zdjęcia na studia, kompletnie nie wiem gdzie szukać takich momentów. Gdzie ja ci znajdę człowieka bezgranicznie szczęśliwego i żeby wyszło z tego dobre zdjęcie na dodatek?
- Jeśli na prawdę masz z tym problem, to mogę ci w tym trochę pomóc.
- Nie gadaj, na serio?
- No pewnie, nie raz już widziałem, ludzi tak szczęśliwych, że płakali ze szczęścia, bądź ich całe ciało było nabuzowane pozytywną energią.
- Była bym ci wdzięczna, ale no sama nie wiem, chyba powinnam sama wymyślić gdzie i jak zrobię te zdjęcia.
- Oj weź przestań, to tylko mała przysługa.
- To chyba ja tobie powinnam się odwdzięczyć, jeszcze się nie spłaciła z poprzedniej twojej przysługi.
- Uwierz mi będzie jeszcze co do tego okazja.
- Skoro tak mówisz, to niech ci będzie.
- Świetnie, to ja wpadnę dzisiaj po ciebie o 19:00, masz być gotowa, żadnych spóźnień, punkt siódma na dole.
- Tak jest szefie! - Z ogromnym śmiechem zasalutowałam, za co tylko dostało mi się z łokcia w brzuch. Rzuciliśmy ostatni raz okiem na piękny widok i musieliśmy się zbierać bo dziewiętnasta zbliżała się wielkimi krokami. Właściwie to nie wiem gdzie mnie zabiera, ale miejsce musi być nie byle jakie skoro pokaże mi to na czym mi najbardziej zależy by zrobić zdjęcia. Szliśmy przez park w ciszy, w ogóle się do siebie nie odzywając.
- Zaczekaj chwilę. - I podszedł do stojącego obok nas stojaka na rowery, co mnie zaskoczyło, a to ci nowość Jared Leto na rowerze, tego się po nim nie spodziewałam.
- Podwiozę cię.
- Na czym? Bagażnika widzę, że nie masz.
- To wezmę cię na kierownik.
- Jasne, jeszcze czego. Pozabijasz nas.
- Zaufaj mi. Nic się nie stanie.
- Sama nie wiem.
- Obiecuję, że wszystko będzie okej. - Po czym dał znak żebym wsiadł na kierownik jego roweru. Co miałam zrobić, no zgodziłam się, najwyżej zginę w tragicznym wypadku pod kołami jakiegoś samochodu albo lepiej samego roweru, ale kto tam by się tym przejmował. Podeszłam do roweru, Jared podał mi rękę by pomóc dostać się na kierownik, stanęłam na oponie jedną nogą, lekki podskok i siedzę. Nie było tak trudno jak by się wydawało. Siedział jak na szpilkach, strasznie się bałam upadku, że zaraz się zbiegną ludzie i będzie zamieszanie "wszystko w porządku?", " Nic ci nie jest?!" a po co to komu, co ważniejsze, że przy sobie miałam aparat, a to już niezwykle ważna rzecz w tym momencie. Jared widocznie zauważył moje spięcie, tylko się lekko zaśmiał.
- Oprzyj się o mnie, będzie ci wygodniej, i będę lepiej widział. - Delikatnie odchyliłam się do tyłu, czując jak moja głowa dotyka jego szyi. Spojrzał na mnie upewniając się, że może jechać. Kiwnęłam głową i ruszyliśmy, cały strach odleciał gdyż jazda wcale nie była straszna, wręcz przeciwnie jechało się bardzo przyjemnie. W umiarkowanym tępię przemierzaliśmy spokojnie ścieżki dla rowerzystów, mijając ludzi, którzy uśmiechali się gdy napotkali nas na swojej drodze. Całą trasę nie zamieniliśmy ze sobą słowa, ale to może dlatego, że Jared próbował zapanować nad pojazdem a ja po prostu cieszyłam się trwającą chwilą. Jazda nie trwała długo bo od parku do mojego bloku nie było wcale daleko, równie dobrze mogłam iść na piechotę ale skoro już zaoferowano mi podwózkę to dlaczego by nie skorzystać.
- To do zobaczenia o 19:00.
- Oczywiście. - Uśmiechnął się do mnie szczerze, pomachał ręką i ruszył w przeciwną stronę.
- Jared, dziękuję za podwózkę! - Zdążyłam się tylko szybko odwrócić i podziękować, na co on obdarował mnie spojrzeniem swoich przepięknych niebieskich oczu oraz lekkim skinieniem głowy na znak, że nie ma za co. Pobiegłam szybko na górę, by przygotować się do wyjścia. Aczkolwiek nie mam pojęcia nawet jak mam się ubrać. bo nie wiem gdzie szanowny Pan Leto mnie zabiera. Koniec końców mojego całego szykowania wybrałam idealnie dopasowaną marynarkę, ładną miętową koszulę oraz ciemnoszare, bardzo obcisłe rurki a do tego zwykłe trampki. Wyszło nie źle, bardzo neutralnie. Spojrzała na zegarek, było za trzy siódma co oznaczało, że trzeba się zbierać na dół, wzięłam torebkę, telefon i aparat i zeszłam schodami w dół przed samo wejście do budynku. Co jak co ale skubany był punktualny, punkt siódma stał swoim czarnym sportowym autem centralnie przed blokiem. Wyszedł ubrany całkiem na luzie, dżinsy, T-shirt i czerwona koszula w kratkę. Przywitał się ze mną lekkim uściskiem po czym jak prawdziwy gentleman otworzył mi drzwi. Zajęłam miejsce pasażera,za chwilę Jared zajął miejsce po stronie kierowcy.
- Pasy.
- Okej, okej. - Kliknął guzik, po czym po wnętrzu luksusowego samochodu rozniosły się dźwięki radia. Leciało Future is now - Offspring. Dobra piosenka, która z resztą znajdowała wysokie miejsce na mojej play liście. Mruczałam sobie pod nosem słowa po czym gdy piosenka zastąpiła inną, przypomniało mi się, że ja kompletnie nie wiem gdzie jadę.
- Słuchaj a tak na marginesie to gdzie mnie zabierasz?
- Niespodzianka, zobaczysz jak dojedziemy. Aczkolwiek myślę, że odpowiedź jest niemalże oczywista. - Spojrzałam na niego pytającym wzorkiem, ale na nic to się nie zdało, był nieugięty. Trudno pożyjemy zobaczymy. Po kilku minutach bezczynnego siedzenia w samochodzie. Kierowca dał mi znać, że już odjeżdżamy. Ale ja durna, no, że ja wcześniej an to nie wpadłam! Miejsce do, którego jechaliśmy to oddalona o kilkanaście kilometrów od centrum Los Angeles ogromna hala koncertowa. Tylko nie wiem czy akurat tutaj złapie okazje do zrobienia swojej pracy. Owszem bywałam na koncertach i wiem jak to wszystko wygląda ale jakoś nigdy specjalnie nie widziałam żeby ludzie byli naturalnie szczęśliwi, dla mnie to było sztucznie wymuszane żeby gwiazda zwróciła uwagę na daną osobę - żenada. Wzięłam aparat i torebkę i eleganckim krokiem wyszłam z samochodu. Zanim weszliśmy Jared podarował mi jeszcze specjalną plakietkę bym swobodnie mogła poruszać się za kulisami. Przekroczyliśmy drzwi obstawione przez postawnego ochroniarza i zmierzaliśmy do jak się zaraz okazało pokoju VIP. W środku siedzieli już Shannon i Tomo. Z Shannon'em już zdążyłam się zaznajomić, ale nie było okazji poznać słynnego Tomislaw'a.
- Lizz! Jak miło cię widzieć! - Natychmiast wstał i mocno mnie uściskał. Chyba miał dzisiaj dobry humor. - O rzesz! Gdzie moje maniery, Tomo to jest nasza nowa znajoma Elizabeth Gartner, Lizz Tomo Miličević.
- Miło poznać.
- Mnie również. - Na sam początek znajomości po prostu zbombardował mnie swoim entuzjazmem. Aż biło od niego pozytywną energią.
- Tomo, jak być mógł, to pokaż Lizz gdzie będzie mogła stać podczas koncertu żeby robić zdjęcia.
- Spoko, za mną wycieczka! - Wszyscy tylko pokręcili głową, i wrócili do wykonywanych czynności.
- A chłopaki z nami nie idą?
- Chyba żartujesz.
- Dlaczego?
- Zostało około półtorej godziny do koncertu.
- I co z tego?
- To z tego, że cały rytuał się zaczyna.
- Jezu, słyszałam coś o tym ale myślałam, że to po prostu wymysł fanów.
- Niemożliwe? A jednak! Nie no a tak na serio, to cały rytuał polega na tym żeby przez około godziny siedzi się w ciszy i ćwiczy oddech i takiego typu sprawy.
- Hmm ciekawe...
- Wcale nie, uwierz próbowałem, nuuuda. - Pewnie dla niego to musiała być żenada i nuda, bo od razu po nim, było widać, że aż rozpiera go energia. Doszliśmy do wąskiego korytarzyka, który prowadził do ścieżki tuż przed sceną gdzie stali ochroniarze przy bramkach pilnując by ktoś czasem nie przeskoczył.
- No, to tam właśnie będziesz stać, możesz zejść lub wejść kiedykolwiek będziesz chciała, masz plakietkę więc spoko. Gdy już skończysz możesz wejść do naszego pokoju. Jest tam woda, owoce, alkohol jesli masz ochotę. - Na słowo alkohol puścił zajączki brwiami na co tylko odpowiedziałam śmiechem, ten człowiek mnie rozbrajał, a znałam go dopiero kilkanaście minut. Pokręciliśmy się jeszcze dosyć sporo czasu po hali, a ściślej mówiąc to po korytarzach i nie było co innego do roboty. W końcu nadeszła godzina koncertu Tomo, musiał mnie opuścić i udać się razem z chłopakami na scenę. No cóż, na mnie też pora, do roboty. Weszłam w wąską alejkę pomiędzy sceną a bramkami i czekałam aż zacznie się show. Długo czekać nie musiałam, na samo ich wejście, powitał ich pisk rozentuzjazmowanego tłumu, a ja sprytna tylko wychwytywałam chwilę i robiłam dobre zdjęcia, ale nie jakieś zwykłe dobre, one były na prawdę zdjęcia pierwsza klasa, dokładnie o to mi chodziło! Po godzinie miałam już dosyć materiału ale postanowiłam zostać przy scenie jeszcze trochę, by popatrzeć jak moi znajomi sprawują się na scenie. Widać po nich było, że kochają to co robię, wkładali w to całe serce. I ja to zauważam dopiero teraz, a już byłam na ich koncercie, dobre sobie. Koncert powoli dobiegał ku końcowi, więc postanowiłam udać się w stronę pokoju VIP, gdzie siedziałam już z chłopakami wcześniej ale grzecznie zostałam z niego wyproszona. Weszłam tam ponownie i przyjrzałam się nieco dokładniej pomieszczeniu. Luksusowo, nie powiem. Białe, duże kanapy, ogromny stół z owocami, i napojami różnego rodzaju w tym jak Tomo wspomniał - alkohol. Na samo wspomnienie zajączków chciało mi się śmiać. Co jeszcze, ściany obwieszone antyramami i jeszcze kilka detali, które dodawały ekstrawagancji wnętrzu. Po chwili weszli spoceni, pozytywnie zmęczeni rockmani. Na ich twarzach aż tryskała energia.
- Jak było?
- Jak zawsze odjazdowo! - Odpowiedział mi Tomo z wielkim zacieszem na twarzy. Pozostali tylko dopowiedzieli coś typu tego jak poprzednik to opisał, ale nie chciałam ich więcej męczyć bop widziałam, że taka praca cieszy ale i wykańcza.
- A jak tobie wyszły zdjęcia?
- Bardzo dobrze! Najlepszy materiał jaki sobie mogłam wymarzyć! Dziękuję Jared.
- Nie masz za co, tylko drobna pomoc.
- Drobna, dobre sobie.
- Oj daj spokój.
- Dobra, ja już wam nie chcę przeszkadzać, więc myślę, że powinnam się już zbierać.
- Wcale nie przeszkadzasz, zostań.
- Nie, na prawdę powinnam już iść.
- Skoro nalegasz, to chociaż cię odwiozę. - Przytaknęłam na tę propozycję, bo nie uśmiechało mi się na samotnym wracaniu po nocy do domu. Jechaliśmy niemalże tylko samo czasu co jechaliśmy w przeciwna stronę, tym razem to Jared opowiadał o koncertach, gdzie je dawali, jak wspaniali są ludzie, których spotkali. To była wymarzona robota dla niego. Był do tego stworzony. Byliśmy już pod blokiem, ponownie otworzył mi drzwi.
- Jeszcze raz dziękuję, za to co dla mnie zrobiłeś, wyświadczyłeś mi na prawdę ogromną przysługę.
-Nie ma za co, i to ja cię dziękuję, że mogłem spędzić z tobą trochę czasu. - Spojrzał się na mnie tymi niebieskimi ślipiami i pocałował mnie w policzek czego w ogóle bym się nie spodziewała, trochę się speszyłam, nie wiedziałam co mam zrobić w tej sytuacji. Uśmiechnęłam się, on tylko odwzajemnił i powoli odszedł to samochodu, ostatni raz pomachałam mu na pożegnanie, i weszłam do środka. Nie wiedziałam co mam myśleć, ale czułam się dziwnie, lecz w bardzo dobrym sensie dziwnie, to był interesujący wieczór.

środa, 4 grudnia 2013

Rozdział 7

~ Heeej! Ktoś to w ogóle czyta jeszcze? Gdzieś tam w głębi mnie mam nadzieje że tak ;) Myślę, że oddajecie głosy na 30 Seconds To Mars na mtv.pl/stars ? :D  I taka mała informacja, że kolejny rozdział może pojawić się z opóźnieniem bo nie będę miała za bardzo w przyszłym tygodniu laptopa do dyspozycji, więc albo w przyszły czwartek nie będzie nowego rozdziału albo zepnę poślady i dam rade napisać to nowy rozdział pojawi się jeszcze w te sobotę. Po raz kolejny życzę miłego czytania :)



Lizz:
Zaczął się nowy miesiąc, a co za tym idzie w parze? Oczywiście wypłata. Wyszłam z pracy gdy tylko na zegarze wybiła godzina 18:00. Włożyłam słuchawki do uszu i szłam prosto w stronę najbliższego bankomatu. Przyznaje szczerze przed samą sobą, nie układa mi się ostatnio. Ciągle zalegam z opłatami przez co właściciel lokalu bywał ostatnio u mnie stałym gościem by po marudzić jak to jest nie źle opóźniać się z zapłatą. Wypłaciłam całą swoją miesięczną należność, nie było co czekać więc po drodze wstąpiłam na pocztę opłacić dłużne należności za prąd gaz itd między innymi również za to cholerne mieszkanie... Następnie zakupy i można wracać do domu. Gdy tylko przekroczyłam próg domu zrzuciłam z siebie torbę i buty. Po kolejnym ciężkim dniu pracy marzyłam tylko by położyć się na mojej najwygodniejszej w świecie kanapie a, jak to mówią marzenia trzeba spełniać. Po chwili było już tylko słychać odgłos zapadającej się sofy pod moim ciężarem. Już nie czułam takiego bólu, siniaki zaczęły zanikać, czego niestety nie mogę powiedzieć o problemach otaczających mnie niemal z każdej strony. Tak tym mogłam się szczycić. Kyle, który mnie pobił, Mike czepiający się mojego, własnego życia, nowo poznany Jared, któremu właściwie nie wiem o co chodzi, właściwie to z tym jednym problemem się pożegnałam bo ostatnio się do mnie nie odzywał, może dlatego że zbyt bardzo na niego naskoczyłam? Nie wiem, może faktycznie trochę przesadziłam. Dołączyć do tego jeszcze totalny brak funduszy na życie tworzy mieszankę wybuchową. Wiele razy się nad tym zastanawiałam i chyba czas najwyższym wziąć to na poważnie. Czas podjąć się jeszcze jednej pracy, zbliżała się w końcu kolejna rata do zapłacenia na czesne. Wzięłam mojego już zużytego laptopa i zaczęłam szukać jakich ofert pracy. Wezmę dosłownie wszystko do czego będę się nadawała, jestem w takim kryzysowym położeniu, że na prawdę nie wiem już co począć. Miałam w komputerze juz gotowy plik, wystarczyło doklepać coś "w gratisie" w miare wiarygodnego i gotowe. Wysyłałam już chyba moje setne CV, pozostaje już tylko czekać na odpowiedź. Minęło kilka dni, a w mojej skrzynce mejlowej jak nic nie było tak nic nie ma nadal. Po prostu świetnie. Jak tak dalej pójdzie to skończę pod najbliższym mostem. Dlaczego wszystko musi się tak walić!!! Żeby to jeszcze jedno po drugim ale nie, bo całe zło świata musi przyjść w tym samym czasie by tylko jak wrócisz spokojnie domu dostać załamania nerwowego. Już dłużej nie wytrzymam sama w tym domu. Chwyciłam za bluzę i wyszłam. Właściwie to nie wiedziałam gdzie idę, chciałam po prostu się gdzieś powłóczyć, może poprzez to odciąć od problemów. Było coraz chłodniej, a że mój nastrój dzisiejszego dnia tak czy siak był rozstrojony to weszłam do najbliższego klubu, który napotkałam. Pierwszy jest zawsze najlepszym wyborem, tak też było tym razem, wystrój był niczego sobie, muzyka tak samo, brakowało tylko jednego czynnika by ten dzień stał się chociaż odrobinę lepszym, a mianowicie alkohol. Nie namyślając się, kierowałam się prosto w stronę baru.
- Co podać?
- Coś na doła, brak kasy i ogółem walące się życie. Masz coś takiego?
- Uuu ciężko będzie, ale na początek dam ci coś zwyczajnie mocnego. - Tak jak sobie zażyczyłam dostałam wypełniony bo brzegi kieliszek z nie do końca znaną mi zawartością, ale co ja tam się będę przejmować gorzej niż jest nie będzie.
- To opowiedz mi co się takiego dzieje że "życie ci się wali"? - zapytał tak jak to na barmana przystało, dociekać problemów innych ludzi, a mi o dziwo wcale nie przeszkadzało chwilowe wylanie żalu na zupełnie obcą mi osobę.
- A wiesz taki standard, zazdrosny chłopak, czepliwy szef, brak pieniędzy na cokolwiek, takie tam standardy.
- Skąd ja znam te gadki, nie ty pierwsza tu siedzisz z taką opowieścią.
- Życie barmana mówisz?
- Oj tak. Mówiłaś że nie masz pracy, prawda?
- Znaczy prace mam, ale zarabiam za mało nie starcza mi na wszystko.
- A masz coś konkretnego na oku?
- Właśnie nie, wzięłabym cokolwiek, ale na żadne z moich zgłoszeń do pracy nie odpowiedzieli tak jak bym sobie tego życzyła...
- To powiem ci ciekawą rzecz, że znalazłbym coś dla ciebie.
- No co ty? Na serio?! Człowieku życie byś mi uratował!
- Tylko, że ta praca nie jest taka zwyczajna jakby się wydawało...
- Co masz na myśli?
- Zaczekaj tu... - Odszedł od baru i poszedł gdzieś na jego tyły. Co on ma na myśli, o jaką pracę mu konkretnie chodzi, że aż tak się przejął? Trochę się przeraziłam, ale tak jak powiedziałam jestem na krawędzi więc nie ma drogi odwrotu, wezmę cokolwiek zaproponują. Odwróciłam się w stronę tłumu. wszyscy się świetnie bawili. Widziałam tańczących, pijanych ludzi, nie wiem nawet czy się znali ale wyraźnie było widać, że wszyscy bawią się w najlepsze. Co to były za dobre czasy kiedy chodziło się na imprezy w każdy weekend. Zdecydowanie za szybko stałam się samowystarczalna, ale nie miałam innego wyjścia, życie mnie do tego zmusiło. Odrobinę humor mi się poprawił, poddałam się muzyce, palcami zaczęłam wystukiwać rytm. Trwało to niestety krótko gdyż barman wrócił z nieco mrocznym, tajemniczym mężczyzną, był ubrany cały na czarno, na jego czole widać było małą strużkę potu, ale mimo to mężczyzna wyglądał na pewnego siebie.
- Jeśli nadal twierdzisz że weźmiesz każdą robotę, to pogadaj z nim, tak się składa że on kogoś takiego szuka...
- Witaj, jestem Jake Martin, miło mi cię poznać.
- Witam jestem Elizabeth Gartner.
- Słyszałem, że szukasz pracy.
- Jeszcze jak...
- Czyli widzę że świetnie trafiłem.
- Tak, wezmę dosłownie wszystko, po prostu potrzebuje pieniędzy.
- Jestem w stanie przyjąć cię od zaraz, ale musisz koniecznie spełnić jeden warunek.
- Jaki?
- W tej pracy, wymagana jest całkowita dyskrecja.
- To nie problem, tylko właściwie na czym ona będzie polegała.
- Będziesz doręczycielem.
- Doręczycielem? I to wszystko?
- Właściwie to tak. Tylko powinnaś w zasadzie wiedzieć, co będzie towarem...
- Mianowicie?
- Narkotyki. - Teraz wszystko układało się w całość, od początku ten koleś wydawał się dziwny to zachowanie, pocił się cały czas, ta tajemniczość. Był narkomanem. A ja miałam dla niego dostarczać narkotyki. Nie wycofam się teraz, potrzebuje tych pieniędzy...
- To jak będzie? Zgadzasz się? Oczywiście rozumiem jeśli odmówisz, to nie będzie łatwe zadanie.
- Zgadzam się.
- W związku z tym witam w branży panno Elizabeth.
-  Taaak, też się ciesze... To kiedy zaczynam?
- Będziesz tu przychodzić co wieczór, jeśli nie będziesz mogła przyjść to po prostu napisz, zadzwoń czy coś,  nic takiego się nie stanie jak się spóźnisz bądź czasem nie przyjdziesz, to bardzo elastyczna robota.
- Tym lepiej dla mnie.
- A to taki mały prezent ode mnie na dobry początek i na odwagę a uwierz dla początkującego się przyda. - Poczułam jak jego ręka sięga to kieszeni mojej bluzy i zaraz po tym coś w nią wpada. Chciałam od razu sięgnąć i zobaczyć co to jest ale ruchem ręki pokazał mi żebym odłożyła to na później. Postanowiłam zamienić z moim pracodawcą jeszcze kilka słów właśnie na temat mojej nowej pracy, jak mam się zachowywać przy klientach, co przy nich mówić, takie tam standardowe kwestie. Zamówiłam sobie jeszcze jedną kolejkę i zdecydowałam się powoli zbierać się do domu, albo w każdym razie gdziekolwiek byle wyjść. Przekroczyłam próg klubu i od razu uderzyła we mnie przyjemna fala chłodu. Pomyślałam, że nie chce jeszcze wracać a wcale nie jest tak strasznie zimno, więc mały spacer mi nie zaszkodzi. Powoli spacerując, doszłam aż do samej plaży. Zawsze uwielbiałam ten widok rozbijających się fal o brzeg. Zdjęłam buty i zaczęłam spacerować po wilgotnym piachu wzdłuż piaszczystej plaży. Byłam w o wiele lepszym nastroju niż dzisiaj rano, udało mi się znaleźć źródło dochodów. Mniejsza z tym, że jest ono najlepszej jakości ale zawsze coś. Jedno jest pewne,że nie chciałabym aby ktokolwiek z moich znajomych się dowiedział w co się pakuję, źle to by się mogło skończyć. Mike zaraz by mi dał kazanie na temat życia, jakie to ono jest cenne i co ja sobie wyobrażam, a w najgorszym wypadku to by mnie po prostu zwolnił, bo ma do tego prawo. Ellie w sumie to nie wiem co by zrobiła, też za pewne usłyszałabym od niej ochrzan. O a to to już w ogóle ciekawostka co by na to powiedział mój nowy znajomy Jared. Pewnie jak przy ostatnim razie strzelił by focha, że go po ludzku spławiłam, chociaż sama do tej pory nie wiem czy słusznie zrobiłam, faktycznie on się tylko pytał a ja, jak to w moje naturze bywa olałam go. Sumienie zaczynało dawać się we znaki, a jeśli ono już się odezwało to musiałam na prawdę popełnić błąd bo zawsze milczało we wszystkich innym sprawach. Trzeba będzie to jakoś załatwić... Moje głębsze rozmyślania przerwała dziwna, mała rzecz znajdująca się w kieszeni mojej bluzy. Przypomniałam sobie jak niespełna dwie godziny temu mój szef wrzucił mi coś do niej. To była mała działka kokainy lub amfetaminy nie byłam pewna. Tak przyznaje nie było mi to obce, jak byłam nieco młodsza zdarzało mi się sięgać po tego typu używki, ale to bardziej w celu towarzyskim niż dla nałogu. A w tym wypadku, była by to idealna forma ucieczki od problemów i pomoc w wykonywaniu nowego "zawodu".  Nie tracąc czasu, delikatnie otworzyłam pakunek i wciągnęłam niewielką ilość substancji. Na efekt nie musiałam czekać długo. Tak, brakowało mi tego, przypomniały mi się dawne, lepsze czasy, gdy życie tak nie doskwierało. Usiadłam na piasku by uniknąć wywrotki, odzwyczaiłam się i trochę zakręciło mi się w głowie. Morze wydawało się jeszcze piękniejsze niż przed chwilą, szum fal grał jak najprawdziwsza muzyka. Tak zdecydowanie tego mi było trzeba. Tylko ja i piasek. Siedziałam tam jeszcze około pół godziny i zaczęłam podnosić, czas najwyższy wracać do domu. Szłam spokojnie rozświetlonymi ulicami miasta, podziwiając wyostrzone widoki. Zapomniałam jakie po tym są piękne widoki. Powoli już dochodziłam pod blok, w którym mieszkałam i pod samymi drzwiami zobaczyłam dwie postacie. W sumie nic dziwnego ale zbliżałam się coraz bardziej i zobaczyłam, że stoją tam nie kto inny jak Kyle wraz Jared'em. I żeby to jeszcze stali, jeden drugiego zaczął popychać, z daleka można było usłyszeć serie ładnych wyzwisk i przekleństw. Podbiegłam i natychmiast stanęłam między nimi bo doskonale czułam czy to się może zaraz skończyć.
- Ty sukinsynie przeleciałeś mi dziewczynę!
- Człowieku, nie znam cię i nawet nie wiem o co ci chodzi!
- O serio?! A to z mojego domu wychodziła na zdjęciu?
- Hej! Przestańcie!
- O patrzcie kto przyszedł, może ty co powiesz na ten temat. No proszę, przyznaj się tu i teraz jaka z ciebie niewierna dziwka.
- Jak śmiesz tak się do niej odzywać?!  - Zrobił lekki krok do przodu dając po sobie znać że jeszcze chwila i puszczą mu nerwy i zaatakuje. W tej chwili dłonie Kyle'a znalazły się na moich ramionach odpychając mnie mocno gdzieś w bok. Nie przejęłam się tym tylko od razu podeszłam do nich.
- Przestańcie! - Stanęli w niewielkiej odległości od siebie patrząc się na mnie wyczekując co zrobię dalej. Spojrzałam na poirytowanego Kyle'a i następnie na zezłoszczonego Jared'a. W końcu stanęłam centralnie przed Kyle'em. Mam już tego serdecznie dość, w tej chwili miałam wszystko głęboko w dupie co będzie dalej, niech się dzieje wola nieba. Obejrzałam się jeszcze raz na wyczekującego całej sytuacji Jared'a, który spojrzał się na mnie pytającym wzrokiem, i próbował odgadnąć co mam zamiar zrobić. Głęboki wdech i jedziemy.
- Tak masz racje Kyle, masz całkowitą racje. Przespałam się z Jared'em! Mów sobie co chcesz, ja już mam tego wszystkiego dość! Nie będę więcej przez ciebie cierpiała! - Przed oczami stanęła mi ciemność. Kiedy kolejny raz otworzyłam powieki zobaczyłam małe, niebieskie, migoczące światła. Zaczęło do mnie wszystko powoli docierać. Ktoś do mnie mówił ale nic nie rozumiałam, wszystko była jak pod wodą, istny bełkot. Zamrugałam kilka razy, obraz zaczął mi się powoli wyostrzać. Przede mną siedział Jared i to najwyraźniej on próbował do mnie mówić.
- Lizz, słyszysz mnie?! Boże Lizz ocknęłaś się! Powiedz już lepiej? Wzywać pogotowie? - Nie mogłam wydusić z siebie słowa więc zdołałam tylko pokiwać głową, że jest dobrze, i nie wymagam takiej specjalistycznej pomocy. Po czym dostałam od niego chusteczkę higieniczną do rąk i dostałam instrukcje by trzymać ją przy nosie. Oczywiście nie sprzeciwiając się zrobiłam to co mi kazał i już po chwili zobaczyłam, że chustka jest cała czerwona od cieknącej mi ciurkiem z nosa krwi. Zdołałam się przekręcić na ławce, na której mnie usadowiono po czym zobaczyłam, że za mną stoi radiowóz policyjny, a w nim siedzi nie kto inny jak Kyle zabezpieczony w kajdanki. Jared jeszcze chwilę rozmawiał z funkcjonariuszem i podszedł w moją stronę.
- Chodź, już po wszystkim. Zaprowadzę cię do domu. Dasz rade iść?
- Tak, jasne. - odpowiedziałam zmęczonym głosem, i powoli podniosłam się z ławeczki. Szłam obok Jared'a powolnym krokiem, lecz nie powiem że nie sprawiało mi to trudności. Już po chwili poczułam jak Jared bierze mnie na ręce.
- "Dam radę iść sama", ta jasne. - zaśmiał się i szedł przed siebie prosto do drzwi bloku. - To, które mieszkanie?
- 38.
- Okej... - I tak jakby nie sprawiało mu to żadnego wysiłku wniósł mnie na pierwsze piętro. Otworzył drzwi i położył mnie na łóżku w mojej sypialni. Opatulił mnie szczelnie kocami, bo cała się trzęsłam, już nie wiem czy z emocji czy z zimna.
- Jared, ja ci to...
- Nic nie mów, jutro mi opowiesz. - Spojrzał na mnie z poważną miną i skierował się do drzwi sypialni.
- Jared?
- Hmm?
- Dziękuję... Za wszystko. - Na jego twarz wkradł się lekki uśmiech ale znikł wraz z jego właścicielem. Nie wiem co ja mu jutro powiem, ale już się tym tak nie martwiłam, byłam zbyt zmęczona dzisiejszymi wydarzeniami. Nawet nie zauważyłam kiedy zasnęłam.
Następnego dnia, gdy tylko się obudziłam czułam nie wielki ucisk w okolicach nosa. Widocznie Kyle musiał akurat w niego celować. Wyszłam z pokoju kierując się w stronę kuchni, ale zanim do niej dotarłam zobaczyłam śpiącego na kanapie Jared'a, nie przeczę widok był co najmniej dla mnie dziwny, no proszę was Jared Leto śpiący w moim domu, na mojej kanapie, dobre sobie. Postanowiłam jeszcze go nie budzić. Poszłam prosto po butelkę wody. Opróżniłam chyba połowę na raz.
- Mogę trochę?
- Jasne. - Widocznie musiał usłyszeć jak się przemieszczałam. Podałam mu butelkę wody. Między czasie spojrzałam na zegarek, była 10:12... ŻE CO?! Powinnam być w pracy jakieś wie godziny temu!!
Zerwałam się jak strzała, co nie umknęło uwadze mojemu gościowi.
- Co ty wyprawiasz?
- Strasznie cię przepraszam ale muszę wyjść, i tak już jestem spóźniona do pracy.
- Zadzwoniłem, i powiedziałem że cię nie będzie.
- Jak to?
- Znam ten sklep, gdy któryś ze sprzętów zacznie szwankować oddajemy go do was, a numer miałem w telefonie więc nie ma problemu.
- O dzięki, ratujesz mi skórę...
- A pro po ratowania skóry, to może mi opowiesz co to za akcja z tym kolesiem, i w ogóle co to za typ? - No dobra, weź się w garść, teraz to już musisz mu powiedzieć, nie ma odwrotu w końcu sam bardzo ryzykował więc wypadało by mu co nieco wyjaśnić. Nie panikuj. Nie poddawaj się. No dalej.
- No... A więc ten typ, z którym wczoraj mieliśmy małe porachunki to Kyle. W tej chwili mój były. Nie chce gościa już na oczy widzieć. A jak dobrze pamiętasz to gdy wychodziliśmy ostatnio z twojego domu, otoczyli nas fotoreporterzy. No i niestety na moje nieszczęście nasze zdjęcie wpadło do gazety i znowu na moje nieszczęście Kyle musiał je następnego dnia zobaczyć. A, że on jest bardzo władczym człowiekiem, i nie lubi kiedy coś wymyka się spod jego kontroli, co ja w tym wypadku zrobiłam. Musiał się na kimś zemścić, wyżyć, wyładować emocje itp to padło na mnie. - Patrzył na mnie zszokowany. Nie wiedział co ma kompletnie powiedzieć.
- A sporo już cudem udało mi się to powiedzieć, to chciałam cię tez przeprosić za to, że tak na ciebie naskoczyłam wtedy w sklepie... Ja nie chciałam, ja po prostu taka już jestem, że nie łatwo mi się przed kimkolwiek otwiera, nawet Ellie takich rzeczy nie mówię... Po prostu mam problem z otwieraniem się na ludzi...
- Ale mi wszystko powiedziałaś.
- Tak wiem to głupie, ale stwierdziłam, że tobie się należą wyjaśnienia...
- Doceniam to.
- A skoro to tym wszystkim mowa, to co ty tam robiłeś, no wiesz wczoraj przed blokiem?
- Też chciałem z tobą to wszystko wyjaśnić, że źle mnie zrozumiałaś.
- Nie musiałeś, ja zawiniłam.
- Jednak cieszę się, że przyszedłem. Kto wie co by ten popapraniec zrobił.
- Dziękuję ci jeszcze raz.
- Nie masz za co.
- A ty jesteś cały? Nic ci nie zrobił?
- Zdążył mnie uderzyć ale byłem sprytniejszy, jak to ja oczywiście, i opanowałem sytuacje.
- Nie no skromność to podstawa.
- To moje motto. - Atmosfera się rozluźniła, wszystko było już w porządku. Przegadaliśmy całkiem sporo czasu. Miło się rozmawiało, nawet temat Kyle'a nie wydawał się już taki ciężki. Dawno z nikim tak mi się nie rozmawiało. Po kilku godzinach niestety Jared musiał się zbierać, gwiazda rock'a wiadomo też ma pracę i musi do niej wracać, pożegnał się i wyszedł. Na co ja też zaczęłam się szykować, nie do sklepu muzycznego ale do nowej pracy, w dodatku nie zbyt bezpiecznej. Wzięłam szybki prysznic, przebrałam się i udałam się prosto w stronę umówionego miejsca z moim szefem Mike'iem. Weszłam do środka i zajęłam jedno z miejsc przy barze, znajomy mi już barman pokazał w która stronę mam pójść. Wskazał mi jeden ze stolików nieco oddalonych od parkietu, gdzie już siedział mój nowy szef.
- I jak? Zdenerwowana?
- No może trochę...
- To masz, tak na odpędzenie nerwów bo po co to komu, tak na dobry początek znajomości taki mały prezent od firmy. - Po tych słowach uformował mi niewielką kreskę białego proszku. Nie zastanawiając się wciągnęłam wszystko. Potem tylko dostałam niewielka paczkę z wiadomą mi już zawartością oraz adres i do dzieła...