Dream out loud

Dream out loud

czwartek, 26 grudnia 2013

Rozdział 9

~ Hej! ;) Mam nadzieję, że święta minęły w miłej, domowej atmosferze i Mikołaj był bogaty w tym roku ;) O to kolejny rozdział, ciesze się, że ktoś to w ogóle jeszcze czyta rozdział wyszedł trochę krótki ale co tam, dobra dalej nie przedłużam. Dobrej lektury!

Dzisiejszego dnia było tak cudownie, zdjęcia zrobione, nowy śmieszny znajomy Tomo, dziwne pogadanki z Jared'em, więc dlaczego by sobie tego dnia jeszcze bardziej nie umilić? Bez dłuższego zastanawiania wyjęłam ze swojego całkiem pokaźnego zasobem schowka małą paczuszkę amfetaminy. Szef ze względu na to, że dobrze wypełniam robotę, daje mi całkiem spore zniżki, kto by nie skorzystał, dają to bierz! Pociągnęłam, nagły skok wszystkich zmysłów, istny natłok myśli i totalna euforia... coś pięknego. Wszystko dookoła stało się przejrzyste i takie proste. Po jakimś czasie w końcu trochę do siebie doszłam. Cóż, przydało by się jeszcze trochę... Druga porcja i jedziemy, chwyciłam za torbę i stwierdziłam, że mój własny dom jest dla mnie za ciasny i, że natychmiast muszę wyjść na świeże powietrze. Tak też zrobiłam, szłam gdzie mnie nogi niosły. Podziwiałam rozświetlone ulice miasta aniołów, no ile bym razy nie przechodziła tymi chodnikami, parkami i Bóg wie gdzie jeszcze, to i tak kocham to miasto, szczególnie gdy jestem w takim stanie. Bądź co bądź, stwierdziłam, że udam się do mojej drugiej pracy a właściwie klubu, w którym dokonywałam odbioru przesyłki by donieść ją do adresata. Ale nie dziś, no nie dałabym rady, zresztą Jake sam mi powiedział (po zbędnych oględzinach zdecydowaliśmy się mówić na ty), że mogę przychodzić w wolnych chwilach, kiedy tam tylko chcę, i jeżeli jestem w takim stanie to mogę sobie wybrać kanapę VIP i zawsze tam posiedzieć. Całkiem spoko, nie powiem, że nie.  Cały wieczór przegadałam ze znajomym mi barmanem oraz kilkoma innymi osobami, które też potajemnie robiły w tej branży, wiele mi doradzili jeśli o to chodzi i bardzo mi pomogli. Praca nas do siebie zbliżyła i świetnie się ze sobą bawiliśmy przez prawie, że całą noc.
Powoli się budziłam, a właściwie to te upierdliwe promienie słoneczne! Dlaczego ja nie zasuwam rolet na noc?! Czułam się całkiem wypoczęta, aczkolwiek na ten moment nie mam pojęcia co robiłam większość minionych godzin wstecz. Film mi się urwał, ale mam szczere nadzieje, że nie narobiłam sobie przypału. Kołdra jest jeszcze taka ciepła, ojej tak mi się nie chce wychodzić, leżałabym tak całą wieczność. No ale cóż, toaleta wzywa i trzeba jakoś spędzić produktywnie tą niedziele. Szybko się ogarnęłam i zjadłam śniadanie. Matko, nie pamiętam kiedy ostatnio byłam taka głodna. Te moje nocne wybryki wyzwalają u mnie nie mały apetyt. Moje nadzwyczaj powolne jedzenie jajecznicy przerwał dźwięk nadchodzącego sms'a.

"Co powiesz na wspólny niedzielny rodzinny obiad?"

"Brzmi nie źle ;) Gdzie i kiedy?"

"Zapraszam do siebie, co powiesz na 17:00? Shannon by po Ciebie przyjechał. Masz ochotę na coś specjalnego?"

"Jeśli o jedzenie chodzi to jestem wszystkożerna,zaskocz mnie. To do zobaczenia o piątej"

"Do zobaczenia ;)"

No to niedziela zaplanowana. Rodzinny obiad u Leto w domu. Rodzinny? A co on przez to rozumie? Nie no bez przesady pewnie chodziło bardziej o brata. Raczej by mnie nie zapraszał na jakąś rodzinną schadzkę z babciami i ciotkami.  Na samą myśl aż się śmieje sama z siebie, po co te nerwy, spokojnie. Wstałam od stołu jadalnego, uniosłam talerz i postanowiłam w końcu wziąć się za moje już dawno odwlekane zmywanie. Nienawidzę tego. Otworzyłam laptopa i włączyłam moją playlistę. No i teraz sprzątanie można nazwać frajdą. Poruszałam się w rytm lecącej w tle muzyki rozmyślając nie wiem czemu akurat teraz mi to do głowy przyszło o moje całkiem nie dawno spędzonej upojnej nocy z Jared'em budząc się w jego domu, w jego łóżku, w bardzo niezręcznej sytuacji. Spodziewałam się większych wyrzutów sumienia jeśli chodzi o tą scenę ale miło się pomyliłam. W ogólne jakoś nie zdarzyło mi się poruszyć tej kwestii razem z nim. I zamiast się unikać, to nasza znajomość zdaje się przechodzić na nieco inne tory. Zaczynamy się lepiej poznawać, co akurat bardzo mi się podoba bo zawsze mi brakowało znajomych, należałam do typu samotnika. Tylko z Ellie mi się udało zaznajomić na dosyć sporą ilość czasu. Niektórzy by mogli powiedzieć, że robię to tylko dlatego, że on jest sławny albo, że ma pieniądze. Przykre stwierdzenie, zabolało by mnie to. Jakoś po prostu tak wyszło, sama się, że akurat mi się coś takiego przydarzyło. Ciekawa przygoda. Dobra, przydałoby się wybrać coś na to wyjście. Migiem na oględziny do szafy, i jak zwykle nie ma się w co ubrać, no bądź co bądź ale nie zwykłam nosić często sukienek. Kurcze, skoro wpadło mi trochę kasy do portfela to może nie zaszkodziły by mi jakieś mini zakupy. Tak na pewno się w najbliższej przyszłości na nie wybiorę. Bo dłuższych przemyśleniach zdecydowałam się na zwyczajną, prostą niebieską sukienkę, sięgającą do połowy uda. W sam raz na obiad. Zaczęłam się w nią przebierać przy czym usłyszałam piknięcie dochodzące z mojego komputera, co oznaczało przyjście nowej wiadomości. Szybko narzuciłam na siebie materiał i podeszłam do stolika z danym urządzeniem.

" Witam.
Nazywam się Michael Bridge jestem koneserem sztuki oraz posiadam własną galerie, piszę gdyż poprzez mojego wspólnika dowiedziałem się, że studiuje Pani fotografie i robi wspaniałe zdjęcia, a jeśli on tak mówi to coś na prawdę w tym musi być. Liczę na to, że będę miał wkrótce okazje zobaczyć te wspaniałe fotografie. Jeśli jest Pani zainteresowana współpracą ze mną, proszę odpisać mi na tego maila i wspólnie ustalimy datę spotkania.

                                                                                                                              Pozdrawiam
                                                                                                                              M.Bridge"

Co to do jasnej cholery ma być?! Jaki wspólnik? Jakie zdjęcia? O co chodzi?! Musiałam się wczoraj nie źle zabawić. Dobra spokojnie, odtwórzmy wydarzenia z poprzedniego wieczora. Rozmawiałam ze znajomymi i jakoś wtedy zaczęło się urywać. Chociaż faktycznie no jak Boga kocham komuś dawałam aparat do rąk. Z kimś rozmawiałam.. Coś mi świta. Faktycznie ktoś się przyglądał tym zdjęciom ale co mówił to za Chiny sobie nie przypomnę. No dobra raz kozie śmierć.

"Witam.
Jestem Elizabeth Gartner, owszem studiuje fotografie. Skoro zostałam tak polecona takiej ważnej osobistości jak Pan, myślę, że spotkanie z Panem było by dobrym wyjściem. Rozumiem, że na spotkanie mam wziąć kilka zdjęć. Proszę powiedzieć kiedy Panu pasuję się spotkać.

                                                                                                                             Pozdrawiam
                                                                                                                             E.Gartner

Dziwna sytuacja, bardzo dziwna. No ale dobra, kto wie może coś z tego dobrego wyniknie. Kliknęłam "wyślij" i zamknęłam laptop. Szybko do łazienki się umalować, postanowiłam na naturalność, odrobina tuszu i błyszczyk na usta. Wyszłam z łazienki już praktycznie gotowa, ale w sumie to nie wypada iść tak z mordą na pączki, tak, przydało by się jakieś wino. Coś tam się powinno znaleźć. Nie znam się na winach, El dała mi jakieś na moje imieniny, mimo to, że ich w ogóle nie obchodzę. To chyba będzie odpowiednie, z drugiej strony nie wypada dawać komuś na prezent to co się dostało na prezent, ale ja sama pić nie lubię, więc zrobię przyjemność i sobie i gospodarzom. Dźwięk sms'a, pewnie od Jared'a.


"Shann będzie za jakieś 15 minut, szykuj się ;)"


"Okej"


Szybkie poprawki sukienki, makijażu, alkohol w rękę i w drogę. Jeju czym ja się tak denerwuję, to tylko obiad, matko. Powoli bez, pośpiechu zeszłam schodami na sam dół bloku. Shannon przyjechał najwidoczniej wcześniej ale z tego co widzę nie przyjechał po mnie sam, w samochodzie był ktoś jeszcze. Spokojnie podeszłam i otworzyłam sobie drzwi.
- Hej Lizzy!
- Cześć!
- To co jedziemy na te posiadówę. A żebyś się nie czułam samotna to wziąłem ci Ellie do towarzystwa.
- O Boże, El!
- No co, Tomo bierze Vicky, to i my postanowiliśmy kogoś zaprosić, więc Jared zaproponował tobie a ja El.
- Nie no bardzo fajnie, dzięki.
- Nie mnie dziękuj, Jared'a pomysł.
- W ogóle to mamy taką mini niespodziankę ale to dopiero po obiedzie, a właściwie to prawie, że kolacji.
Ale młody powiedział, że jeśli wam powiem to mam się bać co mi zrobi.
- Już się doczekać nie możemy!
Shannon przypominał mi w tej chwili małe dziecko, które niecierpliwie czeka na Świętego Mikołaja. Do ich domu mieliśmy około piętnastu minut drogi, zaczęliśmy rozmawiać, a szczególnie Ellie z Shannon'em, tak, im to się rozmowa kleiła. Już dawno nie widziałam El takiej roześmianej. Widać, że dobrzy z nich kumple będą. W tle leciało radio, zaczęła się jakaś stara piosenka Red Hot'ów. Rzaem z El doskonale znałyśmy niemal każdą ich piosenkę więc natychmiast zaczęłyśmy po cichu, każda sobie ją nucić, no ale nie Shann. Dopier teraz zrozumiałam, i odpowiedziałam sobie na nurtujące pytanie, dlaczego Zwierzak nie śpiewa z bratem w duecie czy coś. Teraz już wiem. Bo po prostu nie umie. Jego śpiew, to jakby zabijanie kurczaka na rosół, czy coś w podobie tego.
- Jezu, Shann! Błagam ucisz się! Tego się nie da słuchać.
- Ejj! Wy się po prostu nie znacie...
Udawał bardzo skruszonego, ale jednak mu to nie wychodziło tak jak by chciał. Tylko jeszcze bardziej nas rozśmieszył. Powoli dojeżdżaliśmy do ulicy, na której mieszkali bracia Leto. Od razu by to widać,  że nie mieszkają na jej ludzie z ulicy. Istny przepych. Auto się zatrzymało wjechaliśmy na podjazd.
- Nie tego szczerze spodziewałam się po waszym domu.
- Wyobrażałaś sobie czekających a ciebie lokai, złote ściany domu, idealnie przystrzyżona trawa, a w okół ciebie skaczących i tańczących baletmistrzów?
- Dokładnie tak. Tyle może wykluczając baletmistrzów.
- Humor jak zawsze się trzyma.
- A jakże by nie.
- Dobra, może w końcu wejdziemy do tej naszej "willi". Panie przodem.
Szybko podbiegł do drzwi, wpuszczając nas pierwsze, obdarzając szczerym uśmiechem. Już od samego progu do mojego nosa dobiegały przecudne zapachy, aż ślinka cieknie, ale zapach nie był jedynym co dochodziło gdzieś prawdopodobnie z kuchni.
- Tomo! Do jasnej cholery wypierdzielaj mi z tymi palcami!
- Oho, szef kuchni się zdenerwował. Lepiej chodźmy tak szybko bo jeszcze ktoś wyjdzie z tego bez palca.
Przemierzyliśmy dość spory korytarz, wkraczając do wielkiego, gustownego salonu. Szaro czerwone ściany, białe kanapy, płaski telewizor i jeszcze kilka dodatków jeszcze bardziej upiększających to wnętrze.
- Proszę, rozgośćcie się, czujcie się jak u siebie. Zaraz wracam, Jared! Jesteśmy. - I zniknął gdzieś za drzwiami.
- Szczerze, to jakby mi ktoś powiedział, że kiedyś będę na kolacji u braci Leto to bym w życiu nie uwierzyła.
- Ja chyba też nie. Dziwnie być znowu w tym domu.
- No bez przesady.
- No ty najwidoczniej nie miałaś tak upojnego wieczora jak ja...
- Że co proszę?! - Osz kurde ale gafa. Tak się składa, że nie powiedziałam El o tym co się stało tamtej nocy, jak mogłam taką informacje przeoczyć!
- No zdarzyło się, ale byliśmy oboje tacy schlani, że żadne z nas nic nie pamięta.
- To skoro żadne nic nie pamięta to skąd wiecie, że coś się w ogólne stało.
- El. Błagam. Nie każ mi tłumaczyć. Reagujesz jakbyś przyłapała na tym rodziców!
- Ale mogłaś się pochwalić. Najlepszej przyjaciółce byś nie powiedziała! A ktoś jeszcze się dowiedział?
- Powiedzieliśmy Kyle'owi. A w sumie to sam się domyślił bo jak to on - wszystko wie. I teraz dowiedziałaś się ty.
- Jak to tylko my wiemy?
- Stwierdziliśmy, że najlepiej będzie zapomnieć o całym wydarzeniu, a właściwie to jak [poprosiłam o takie zakończenie całej sytuacji.
- Aleś ty głupia... A mogłoby coś z tego wyjść!
- Jak zawsze El romantyczka... - Na całe szczęście do pokoju wparowali Tomo wraz z tego co wiem jego żoną - Vicky. Sprawiała wrażenie bardzo miłej kobiety, się okażę.
- Lizzy! Jak miło mi cię znowu widzieć!
- Mnie też ciebie bardzo miło znowu widać, Tomo. A teraz puść bo mnie zaraz udusisz!
- Oj przepraszam. Chciałem cię komuś przedstawić. Lizz, to jest moja najukochańsza żona Vicky. Vicky poznaj Lizz, nowa znajoma zespołu.
- Bardzo i miło, proszę mów mi Vicky. - Uśmiecha się tak samo wesoło jak i Tomo, to się dobrali.
- Mi też miło, Lizz jestem. A to jest moja najlepsza przyjaciółka Ellie...
- Już jestem! Przepraszam, że dopiero teraz ale musiałem wszystkiego... - Do salonu wbiegł Jared zasapany, pewnie zbiegał ze schodów. Zatrzymał się na samym środku, zaczął się usprawiedliwiać ale przerwał patrząc na mnie badając wzrokiem od dołu do góry. Wyraźnie czułam jak się na widoku wszystkich przeobrażam w chodzącego buraka.
- ...przypilnować, żeby tamten żarłok wszystkiego nie zeżarł.
- No bez przesady! JA wcale tak dużo nie jem...
- Chyba gdy śpisz. - To mu się żart udał, chociaż najwidoczniej Zwierzakowi się nie spodobał bo udawał nadąsanego.
- Lizz! Bardzo się cieszę, że przyszłaś. - Podszedł i delikatnie mnie uściskał. Przez jego ramie widziałam jak El szczerzy się do mnie z tym jej wyrażającym wszystko uśmieszkiem. Boże... kobieto...
- To ja dziękuję za zaproszenie.
- Moja przyjemność gościć tu ciebie.
- Ekhem...
- I was wszystkich... oczywiście.  - Lekko się chłopak zakłopotał ale szybko załagodził podając w końcu do stołu.
- Dobra koniec tych powitań! Głodny jestem!
- Jak zawsze Shann... jak zawsze. - Wszyscy znowu obśmieli biedaczka, ale byliśmy tak wszyscy głodni, że przyznaliśmy mu racje, podawaj! Przyznam, całkiem smacznie wszystko wyglądało. Na stole znajdował się półmisek z lasagne, trzy rodzaje sałatek, Tomo dbał by żaden kieliszek nie był pusty i napełniał go czerwonym, słodkim winem. Żeby nie było, że mi nie smakuje bo nie zjadłam zbyt dużo, wypadało by podziękować za posiłek jak to mnie mama nauczyła.
- Jared, nie powiedziałabym, że potrafisz tak gotować.
- Wiele rzeczy jeszcze o mnie nie wiesz - puścił dyskretne oczko w moją stronę - ale mam nadzieje, że smakowało.
- O tak bardzo...
- Shannon. Powiedziałeś o niespodziance?
- Nie. Dotrzymałem słowa.
- No w szoku jestem, że ci się udało.
- To ja może pójdę przygotowywać tą niespodziankę bo jeszcze chwila i oszaleje...
- Idź, idź. Zawołaj nas kiedy skończysz. - Odprowadził go śmiejącym się wzrokiem, widać było, że jest     w swoim żywiole, lubił dopiekać bratu, ale jestem pewna, że Shann też mu nie źle dopieka, tylko po prostu nie chce tego robić przy nas. Tomo cały czas robił za mistrza imprezy, wali żartami na prawo i lewo, na co pokładaliśmy się ze śmiechu, skąd ten człowiek czerpie tyle energii? Jared na chwile zniknął zerknął jak idzie Shannon'owi w przygotowaniu, po czym już po chwili wrócił zapraszając nas do ogrodu.

                                                              ***

W życiu bym nie pomyślała, że mają taki duży ogródek. A co ważniejsze, że urządzają w nim ogniska. To mi do nich w ogóle nie pasuje, to takie... słodkie. Gorące kiełbaski prosto z ognia albo pysze pianki! Sama poczułam się jak mała dziewczynka z tatą na biwaku. Ach... miłe wspomnienia. 
- Hej, co tak dumasz?
- Co? Ja? A nie, nic, tak sobie wspominam.
- A cóż takiego wspominasz?
- Wypady z moim tatem na biwaki, tez urządzaliśmy ogniska.
- Podoba ci się to?
- No jasne!
- To specjalnie dla takiej miny mogę takie ogniska robić.
- Haha dzięki...
- Proszę.
- Zadziwiasz mnie Leto.
- Dlaczego?
- Gotowanie, ogniska, pianki, jakoś mi to do ciebie nie pasuje.
- Jak już mówiłem, wielu rzeczy o mnie nie wiesz...
- A skąd wziął się ten pomysł na akurat taką niespodziankę?
- Jak z Shann'em byliśmy mali, mama często organizowała nam taką rozrywkę, i bardzo nam się to podobało. A, że poukładało się nam tak w życiu, że nie ma czasu na takowe rzeczy, to chwytamy chwile, no i proszę co wynikło. - Skończył zdanie wkładając sobie opieczoną piankę do ust.
- Faktycznie. W życiu nie powiem, wyszło wam. Gratuluję.
- Dziękuję.
- Jeśli chcesz to mogę pokazać ci coś jeszcze, co bardzo lubię robić z Shannon'em gdy jesteśmy akurat w Los Angeles w domu.
- Okej. - Wstaliśmy z krzeseł, opuszczając towarzystwo pochłoniętych rozmową między sobą rozmową Tomo z Vicky i Shann'a z El. Uuu no kto by pomyślał, że się tak zagadają, potem jej to na pewno wypomnę. A co.  Jak się okazało ogród jest jeszcze większy niż się wydawało, zobaczyłam odkryty, podświetlony basen, do którego aż się chciało wskoczyć. Nieopodal stała altanka z ławeczkami o stolikiem. Minęliśmy klomby kolorowych schowanych już kwiatów gdy w końcu doszliśmy do miejsca gdzie rosło kilka drzew.
- No i proszę, o to najlepsza rozrywka na gwieździste wieczory takie jak dzisiejszy. - Szliśmy dalej przed siebie gdy znaleźliśmy się przy dwóch czerwonych hamakach. Jared usiadł na jednym pierwszy po czym zachęcił mnie ruchem ręki bym położyła się na drugim. Niebo faktycznie było bardzo gwieździste. Coś pięknego. 
- I jak?
- Robi wrażenie. Już nie pamiętam kiedy ostatnio patrzyłam w niebo.
- Ja robię to gdy tylko jest w miarę ciepło na dworze. A znasz jakieś konstelację?
- Potrafię pokazać mały wóz.
- Czyli nie znasz. Mogę z kilka pokazać, dzisiaj idealnie widać. - zaczął wymieniać mniej więcej kojarzące mi się nazwy. Miło posłuchać, że interesuję go coś takiego.
- Znowu zadziwiasz Leto.
- Takie hobby. To może dla odmiany ty mi powiesz co lubisz robić?
- Hmm... No na przykład lubię ciepłe swetry, dobre książki albo filmy oraz najlepsze na wszystko - gorące kakao... O tak.
- Oj masz racje. Kakao i pianki mmm to jest to...
- Widzę, że podzielasz moje zainteresowania.
- A kto nie lubi dobrego filmu i kakaa?
- Nie mam pojęcia.
- No właśnie. - Przegadaliśmy tak Bóg wie ile czasu. Bardzo fajnie się nam rozmawiało, chociaż gdy zrobiliśmy sobie kilkuminutową cisze by popatrzeć w skupieniu w niebo przyznam trochę mi się przysnęło, to cała zasługa tego słodkiego wina, ach Tomo... Obudziło mnie gdy poczułam, że ktoś mnie podnosi, ale byłam taka zmęczona, że nawet nie miałam siły nic powiedzieć tylko stać mnie było na jakieś ciche mruknięcia.
- Ćśśś, śpij. - Po chwili już byłam w łóżku przykryta kocem po samą szyję, chciałam się poruszyć ale moje oczy były takie ciężkie...





czwartek, 19 grudnia 2013

Rozdział 8

~  Jeszcze raz strasznie was przepraszam, że w zeszłym tygodniu nie było rozdziału, mi samej jest z tym źle, już zdążyłam się przyzwyczaić do tej miłej rutyny pisania ;) Niedługo zostanie zmieniona muzyka na bardziej nastrojową - czyli świąteczną. Chciałam wam odrobinę przybliżyć atmosferę Świąt Bożego Narodzenia ponieważ sama nie za ją bardzo czuję no ale w każdym razie chciałem życzyć wszystkim, którzy tutaj zaglądają wesołych i radosnych świąt! :D Miłego czytania.


Minął miesiąc, zleciało jak z bicza strzelił. Prawie, że zapomniałam już o wszystkich przykrych wydarzeniach. Byłam dosyć zajęta więc nie było nawet czasu kiedy o tym myśleć. Praca w sklepie, studia, jogging z Ellie, szukanie najlepszych zdjęć, kawa albo sałatki z Jared'em  no i oczywiście moja druga praca. O dziwo jeszcze nikt się o niej nie dowiedział z czego jestem bardzo zadowolona. Praca ta nie była jakaś super, ale dawała wystarczająco dużo pieniędzy by opłacić wszystkie rachunki, czesne na studia i parę innych rzeczy niezbędnych do życia. To był plus tejże roboty ale jak każda praca ma też ona swoje minusy a mianowicie, uzależniłam się. Tak przyznaję, dałam się. Chociaż szczerze mówiąc nie przeszkadzało mi to jakoś szczególnie. Czułam się odprężona. Już prawie zapomniałam co to znaczy. Kyle dostał zakaz zbliżania się więc mogłam być spokojna, bo na prawdę nawet nie próbował się ze mną kontaktować. Tak, można powiedzieć, że wszystko się zaczynało układać. Z uśmiechem twarzy, chwyciłam za torbę z aparatem telefon w kieszeń i wyszłam z domu na spotkanie z Ellie. Obydwie byłyśmy bardzo pochłonięte naszymi sprawami, nie tylko ja ostatnio byłam dość zajęta, mojej przyjaciółce też się ostatnio zdarzało nie mieć czasu żeby się ze mną spotkać, ale cóż nie moja sprawa więc nie wnikałam w to. Kierowała się prosto w stronę umówionego miejsca czyli jak zawsze do naszego ulubionego, największego parku w Los Angeles. Najlepsze miejsce na spotkanie. Dlaczego najlepsze? Każdy tam zajmował się swoimi sprawami, każdy miał te swoje odrobinę prywatności pomimo spacerujących ludzi gdzieś w pobliżu. Ellie już siedziała na ławce w głębi parku.
- Cześć Lizzy!
- Hej!
- Co tam u ciebie? Wszystko dobrze?
- Tak wszystko jest okej, nie musisz się martwić, jak coś będzie źle to dam znać, przecież wiesz.
- No ja myślę, że dasz znać, ale mniejsza. Takie małe pytanko, po jaką cholerę ci teraz aparat?
- A bo wiesz odkąd mam tą prace ze studiów do wykonania, zabieram ze sobą wszędzie aparat żeby w razie jakiegoś nagłego przypływu natchnienia lub okazji szybko cyknąć jakieś dobre zdjęcie, jak na razie nie idzie mi z tym najlepiej lecz czekam cierpliwie na tą garstkę fotek, które wykorzystam.
- Rozumiem, mam nadzieję, że się uda.
- Dzięki. A teraz dosyć o mnie, opowiadaj co u ciebie, rozmawiamy ze sobą coraz rzadziej i bardzo mi to przeszkadza.
- Wiem, wiem, mi też. Obydwie stałyśmy się ostatnio bardzo zajęte.
- Na serio, tylko praca, studia, dom i tak w kółko czasem się jeszcze spotkam z tobą i to w sumie wszystko.
- Jesteś pewna, że wszystko?
- No tak, a co jeszcze, nie mam czasu żeby się w nos podrapać a mam robić inne rzeczy. - O mój Boże, Ellie się dowiedziała. Ale jak?! Przecież nikomu o tym nie mówiłam, a chodziłam do klubu najbardziej krętymi ścieżkami od mojego domu, więc jak?! Dobra spokojnie, wybrniesz z tego. Nie panikuj.
- No nie wiem, nie wiem.
- Oj Ellie nie wymyślaj.
- Kochana okłamujesz mnie. Coś mi mówi, że nie spotykasz się tylko ze mną.
- Co?
- No próbuję ci powiedzieć, że widziałam cię z Jared'em. - Kamień spadł mi z serca, czyli jednak nie wie.
- O rany Ellie, nie masz już na co się patrzeć.
- Nie no ja nic przecież nie mówię. Bardzo ładnie razem wyglądacie, tak w ogóle.
- Ellie!!
- Oj no co?
- My nie jesteśmy parą.
- Jeszcze... - Natychmiast zjechałam ją morderczym, świdrującym wnętrzności wzorkiem, ta się na to tylko zaśmiała.
- Ojejku tylko sobie żartuje, bardzo się cieszę, że w końcu obracasz się w trochę innym towarzystwie niż taki typ jak Kyle.
- Tak, tez się ciesze, że mogę normalnie gdzieś wyjść, nikt nie zadaje pytań gdzie byłam, z kim, po co, i takie tam.
- Bo widzisz, trzeba robić coś, żeby nie zmarnować tego życia. Nikt życia za ciebie nie przeżyje kochana.
- Racja. Wracając do tematu, to co ty właściwie robisz na ogół w tygodniu.
- A wiesz takie tam, chodzę czasem do redakcji, odwiedzę rodziców i siostrę, zakupy, istna rutyna.
- Taa rutyna, wiem że jest coś jeszcze, ale okej nie chcesz nie mów i tak się kiedyś dowiem.
Przegadałyśmy tak sporo czasu, byłyśmy na lodach, jak zawsze śmiałyśmy się w swoim towarzystwie dosłownie ze wszystkiego. Robiłam nam obydwu zdjęcia przy czym również był nie zły ubaw bo co jak co ale fotogeniczne to my raczej nie jesteśmy, a raczej tylko ja bo cokolwiek i jakkolwiek bym na tym zdjęciu się nie uśmiechnęła to wyjdę okropnie...  I właśnie dlatego to ja wole być fotografem a nie być fotografowaną. W pewnym momencie El musiała lecieć na jakieś spotkanie bo się już ze mną i tak wystarczająco nagadała, co twierdzę nie było prawdą bo ostatnio coś się nie zgrywa żeby się spotkać, byłyśmy obydwie zajęte, El redakcją a ja swoją nową bardzo dochodową pracą. Chociaż nie tylko z powodu pracy cierpiałam na brak czasu dla najlepszej kumpeli, wolałam po dniu spędzonym w sklepie, poleżeć sobie w zaciszu mojego własnego domowego ogniska wraz z małymi prezencikami w postaci białego proszku. Ale gdy tylko wiedziałam, że idę na spotkanie z Ellie doprowadzałam się do ładu, ostatnią rzeczą na Ziemi jest to by ona się dowiedziała o moich kłopotach, zaraz by zrobiła zamieszanie wokół mojej osoby, czego bardzo ale to bardzo nie cierpię. Jest to najlepsza dziewczyna jaką kiedykolwiek poznałam i poznam, ale jest czasami za bardzo nadopiekuńcza. Dziś jest wyjątkowo piękny dzień, więc postanowiłam zrobić coś praktycznego, a skoro miałam ze sobą mój aparat to czemu by nie po pstrykać sobie. Jak pomyślałam tak też zrobiłam, ale nie co widziałam nie było godne uwagi, i tak krążyłam zamyślona ścieżkami niedaleko pobliskiego jeziorka. Postanowiłam do niego bliżej podejść, Jeju, że ja nigdy tego miejsca nie odwiedziłam, dobra może przechodziłam ale nigdy nie przyszło mi na myśl, że może tutaj być tak pięknie.
- Widzę, że tobie też się to miejsce spodobało. - Głos dobiegał zza moich pleców, aż się lekko wzdrygnęłam, bo nie lubię gdy ktoś w ten sposób do mnie mówi, czuję się ograniczona w pewien sposób. Odwróciłam się, a za mną stał nie kto inny jak Jared.
- Oo cześć! Miła niespodzianka. Bardzo dawno cię nie widziałam.
- A wiesz bywa się trochę tu trochę tam, musiałem polecieć do Nowego Jorku dać kilka wywiadów i przy okazji dać koncert. Sama rozumiesz, praca...
- Tak wiem , praca.
- A właściwie to co tutaj robisz?
- Spotkałam się z przyjaciółką no i tak w sumie to sobie spacerowałam, starałam się zrobić jakieś zdjęcia ale coś nie wychodzi mi dzisiaj za dobrze, i jakoś tak wyszło, że doszłam tutaj, i tak stoję już tu trochę czasu, to jest jedno z piękniejszych miejsc, które widziałam w ostatnim czasie.
- Tak, mi też się strasznie podoba. - Szeroko się przy tym uśmiechnął, pokazując przy tym swój nienaganny hollywoodzki uśmiech i jeszcze ogarniał wzrokiem ten cały obszar jak dziecko, które dostało właśnie nową zabawkę i nie może się na nią napatrzeć. Mój wzrok zatrzymał się na chwilę na jego oczach. Teraz spokojnie mogę powiedzieć, że jest kolejny widok, który należy do piękniejszych jakie widziałam. Jego oczy. Niebieskie, ale nie niebieskie, jak jakiś zwykły niebieski albo jakiś tam zwykły błękit nieba, to był odcień kojarzący się z ciepłymi wodami morza. Tak wiem, to takie banalne zakochać się czyichś oczach, brzmię pewnie jak jakaś nieogarnięta nastolatka, ale akurat to był widok godny podziwu.
- Lizz?
- Co?
- Gapisz się na mnie...
- Wcale się nie gapię.
- Gapisz się.
- Przecież mówię ci, że sobie coś ubzdurałeś.
- No chyba widzę, że mnie świdrujesz wzorkiem. - Poczułam jak policzki mi różowieją, a ja kompletnie nie mam pojęcia co odpowiedzieć. A żeby było śmieszniej to ten się tylko patrzył i się ze mnie perfidnie śmiał i patrzył się na moją bezradność w danym momencie.
- Dobra już nie ważne, a co właściwie ty tutaj robisz? - O tak zmiana tematu najlepszym wyjściem.
- Przychodzę tutaj zawsze kiedy się z kimś posprzeczam, albo gdy chce pobyć sam i coś przemyśleć, albo czasami tak jak dzisiaj na przykład traktuje to jak część rytuału przed koncertem. Dużo się w moim życiu dzieje i czasem potrzebuję takiej chwili wytchnienia, pewnie wiesz co mam na myśli. - O tak wiem co masz na myśli, tylko, że ja praktykuje to w nieco inny, mniej legalny sposób...
- Doskonale wiem co masz na myśli, też ostatnio mam niezły bajzel w głowie jak i w życiu, a to praca, dom , i te cholerne zdjęcia na studia, kompletnie nie wiem gdzie szukać takich momentów. Gdzie ja ci znajdę człowieka bezgranicznie szczęśliwego i żeby wyszło z tego dobre zdjęcie na dodatek?
- Jeśli na prawdę masz z tym problem, to mogę ci w tym trochę pomóc.
- Nie gadaj, na serio?
- No pewnie, nie raz już widziałem, ludzi tak szczęśliwych, że płakali ze szczęścia, bądź ich całe ciało było nabuzowane pozytywną energią.
- Była bym ci wdzięczna, ale no sama nie wiem, chyba powinnam sama wymyślić gdzie i jak zrobię te zdjęcia.
- Oj weź przestań, to tylko mała przysługa.
- To chyba ja tobie powinnam się odwdzięczyć, jeszcze się nie spłaciła z poprzedniej twojej przysługi.
- Uwierz mi będzie jeszcze co do tego okazja.
- Skoro tak mówisz, to niech ci będzie.
- Świetnie, to ja wpadnę dzisiaj po ciebie o 19:00, masz być gotowa, żadnych spóźnień, punkt siódma na dole.
- Tak jest szefie! - Z ogromnym śmiechem zasalutowałam, za co tylko dostało mi się z łokcia w brzuch. Rzuciliśmy ostatni raz okiem na piękny widok i musieliśmy się zbierać bo dziewiętnasta zbliżała się wielkimi krokami. Właściwie to nie wiem gdzie mnie zabiera, ale miejsce musi być nie byle jakie skoro pokaże mi to na czym mi najbardziej zależy by zrobić zdjęcia. Szliśmy przez park w ciszy, w ogóle się do siebie nie odzywając.
- Zaczekaj chwilę. - I podszedł do stojącego obok nas stojaka na rowery, co mnie zaskoczyło, a to ci nowość Jared Leto na rowerze, tego się po nim nie spodziewałam.
- Podwiozę cię.
- Na czym? Bagażnika widzę, że nie masz.
- To wezmę cię na kierownik.
- Jasne, jeszcze czego. Pozabijasz nas.
- Zaufaj mi. Nic się nie stanie.
- Sama nie wiem.
- Obiecuję, że wszystko będzie okej. - Po czym dał znak żebym wsiadł na kierownik jego roweru. Co miałam zrobić, no zgodziłam się, najwyżej zginę w tragicznym wypadku pod kołami jakiegoś samochodu albo lepiej samego roweru, ale kto tam by się tym przejmował. Podeszłam do roweru, Jared podał mi rękę by pomóc dostać się na kierownik, stanęłam na oponie jedną nogą, lekki podskok i siedzę. Nie było tak trudno jak by się wydawało. Siedział jak na szpilkach, strasznie się bałam upadku, że zaraz się zbiegną ludzie i będzie zamieszanie "wszystko w porządku?", " Nic ci nie jest?!" a po co to komu, co ważniejsze, że przy sobie miałam aparat, a to już niezwykle ważna rzecz w tym momencie. Jared widocznie zauważył moje spięcie, tylko się lekko zaśmiał.
- Oprzyj się o mnie, będzie ci wygodniej, i będę lepiej widział. - Delikatnie odchyliłam się do tyłu, czując jak moja głowa dotyka jego szyi. Spojrzał na mnie upewniając się, że może jechać. Kiwnęłam głową i ruszyliśmy, cały strach odleciał gdyż jazda wcale nie była straszna, wręcz przeciwnie jechało się bardzo przyjemnie. W umiarkowanym tępię przemierzaliśmy spokojnie ścieżki dla rowerzystów, mijając ludzi, którzy uśmiechali się gdy napotkali nas na swojej drodze. Całą trasę nie zamieniliśmy ze sobą słowa, ale to może dlatego, że Jared próbował zapanować nad pojazdem a ja po prostu cieszyłam się trwającą chwilą. Jazda nie trwała długo bo od parku do mojego bloku nie było wcale daleko, równie dobrze mogłam iść na piechotę ale skoro już zaoferowano mi podwózkę to dlaczego by nie skorzystać.
- To do zobaczenia o 19:00.
- Oczywiście. - Uśmiechnął się do mnie szczerze, pomachał ręką i ruszył w przeciwną stronę.
- Jared, dziękuję za podwózkę! - Zdążyłam się tylko szybko odwrócić i podziękować, na co on obdarował mnie spojrzeniem swoich przepięknych niebieskich oczu oraz lekkim skinieniem głowy na znak, że nie ma za co. Pobiegłam szybko na górę, by przygotować się do wyjścia. Aczkolwiek nie mam pojęcia nawet jak mam się ubrać. bo nie wiem gdzie szanowny Pan Leto mnie zabiera. Koniec końców mojego całego szykowania wybrałam idealnie dopasowaną marynarkę, ładną miętową koszulę oraz ciemnoszare, bardzo obcisłe rurki a do tego zwykłe trampki. Wyszło nie źle, bardzo neutralnie. Spojrzała na zegarek, było za trzy siódma co oznaczało, że trzeba się zbierać na dół, wzięłam torebkę, telefon i aparat i zeszłam schodami w dół przed samo wejście do budynku. Co jak co ale skubany był punktualny, punkt siódma stał swoim czarnym sportowym autem centralnie przed blokiem. Wyszedł ubrany całkiem na luzie, dżinsy, T-shirt i czerwona koszula w kratkę. Przywitał się ze mną lekkim uściskiem po czym jak prawdziwy gentleman otworzył mi drzwi. Zajęłam miejsce pasażera,za chwilę Jared zajął miejsce po stronie kierowcy.
- Pasy.
- Okej, okej. - Kliknął guzik, po czym po wnętrzu luksusowego samochodu rozniosły się dźwięki radia. Leciało Future is now - Offspring. Dobra piosenka, która z resztą znajdowała wysokie miejsce na mojej play liście. Mruczałam sobie pod nosem słowa po czym gdy piosenka zastąpiła inną, przypomniało mi się, że ja kompletnie nie wiem gdzie jadę.
- Słuchaj a tak na marginesie to gdzie mnie zabierasz?
- Niespodzianka, zobaczysz jak dojedziemy. Aczkolwiek myślę, że odpowiedź jest niemalże oczywista. - Spojrzałam na niego pytającym wzorkiem, ale na nic to się nie zdało, był nieugięty. Trudno pożyjemy zobaczymy. Po kilku minutach bezczynnego siedzenia w samochodzie. Kierowca dał mi znać, że już odjeżdżamy. Ale ja durna, no, że ja wcześniej an to nie wpadłam! Miejsce do, którego jechaliśmy to oddalona o kilkanaście kilometrów od centrum Los Angeles ogromna hala koncertowa. Tylko nie wiem czy akurat tutaj złapie okazje do zrobienia swojej pracy. Owszem bywałam na koncertach i wiem jak to wszystko wygląda ale jakoś nigdy specjalnie nie widziałam żeby ludzie byli naturalnie szczęśliwi, dla mnie to było sztucznie wymuszane żeby gwiazda zwróciła uwagę na daną osobę - żenada. Wzięłam aparat i torebkę i eleganckim krokiem wyszłam z samochodu. Zanim weszliśmy Jared podarował mi jeszcze specjalną plakietkę bym swobodnie mogła poruszać się za kulisami. Przekroczyliśmy drzwi obstawione przez postawnego ochroniarza i zmierzaliśmy do jak się zaraz okazało pokoju VIP. W środku siedzieli już Shannon i Tomo. Z Shannon'em już zdążyłam się zaznajomić, ale nie było okazji poznać słynnego Tomislaw'a.
- Lizz! Jak miło cię widzieć! - Natychmiast wstał i mocno mnie uściskał. Chyba miał dzisiaj dobry humor. - O rzesz! Gdzie moje maniery, Tomo to jest nasza nowa znajoma Elizabeth Gartner, Lizz Tomo Miličević.
- Miło poznać.
- Mnie również. - Na sam początek znajomości po prostu zbombardował mnie swoim entuzjazmem. Aż biło od niego pozytywną energią.
- Tomo, jak być mógł, to pokaż Lizz gdzie będzie mogła stać podczas koncertu żeby robić zdjęcia.
- Spoko, za mną wycieczka! - Wszyscy tylko pokręcili głową, i wrócili do wykonywanych czynności.
- A chłopaki z nami nie idą?
- Chyba żartujesz.
- Dlaczego?
- Zostało około półtorej godziny do koncertu.
- I co z tego?
- To z tego, że cały rytuał się zaczyna.
- Jezu, słyszałam coś o tym ale myślałam, że to po prostu wymysł fanów.
- Niemożliwe? A jednak! Nie no a tak na serio, to cały rytuał polega na tym żeby przez około godziny siedzi się w ciszy i ćwiczy oddech i takiego typu sprawy.
- Hmm ciekawe...
- Wcale nie, uwierz próbowałem, nuuuda. - Pewnie dla niego to musiała być żenada i nuda, bo od razu po nim, było widać, że aż rozpiera go energia. Doszliśmy do wąskiego korytarzyka, który prowadził do ścieżki tuż przed sceną gdzie stali ochroniarze przy bramkach pilnując by ktoś czasem nie przeskoczył.
- No, to tam właśnie będziesz stać, możesz zejść lub wejść kiedykolwiek będziesz chciała, masz plakietkę więc spoko. Gdy już skończysz możesz wejść do naszego pokoju. Jest tam woda, owoce, alkohol jesli masz ochotę. - Na słowo alkohol puścił zajączki brwiami na co tylko odpowiedziałam śmiechem, ten człowiek mnie rozbrajał, a znałam go dopiero kilkanaście minut. Pokręciliśmy się jeszcze dosyć sporo czasu po hali, a ściślej mówiąc to po korytarzach i nie było co innego do roboty. W końcu nadeszła godzina koncertu Tomo, musiał mnie opuścić i udać się razem z chłopakami na scenę. No cóż, na mnie też pora, do roboty. Weszłam w wąską alejkę pomiędzy sceną a bramkami i czekałam aż zacznie się show. Długo czekać nie musiałam, na samo ich wejście, powitał ich pisk rozentuzjazmowanego tłumu, a ja sprytna tylko wychwytywałam chwilę i robiłam dobre zdjęcia, ale nie jakieś zwykłe dobre, one były na prawdę zdjęcia pierwsza klasa, dokładnie o to mi chodziło! Po godzinie miałam już dosyć materiału ale postanowiłam zostać przy scenie jeszcze trochę, by popatrzeć jak moi znajomi sprawują się na scenie. Widać po nich było, że kochają to co robię, wkładali w to całe serce. I ja to zauważam dopiero teraz, a już byłam na ich koncercie, dobre sobie. Koncert powoli dobiegał ku końcowi, więc postanowiłam udać się w stronę pokoju VIP, gdzie siedziałam już z chłopakami wcześniej ale grzecznie zostałam z niego wyproszona. Weszłam tam ponownie i przyjrzałam się nieco dokładniej pomieszczeniu. Luksusowo, nie powiem. Białe, duże kanapy, ogromny stół z owocami, i napojami różnego rodzaju w tym jak Tomo wspomniał - alkohol. Na samo wspomnienie zajączków chciało mi się śmiać. Co jeszcze, ściany obwieszone antyramami i jeszcze kilka detali, które dodawały ekstrawagancji wnętrzu. Po chwili weszli spoceni, pozytywnie zmęczeni rockmani. Na ich twarzach aż tryskała energia.
- Jak było?
- Jak zawsze odjazdowo! - Odpowiedział mi Tomo z wielkim zacieszem na twarzy. Pozostali tylko dopowiedzieli coś typu tego jak poprzednik to opisał, ale nie chciałam ich więcej męczyć bop widziałam, że taka praca cieszy ale i wykańcza.
- A jak tobie wyszły zdjęcia?
- Bardzo dobrze! Najlepszy materiał jaki sobie mogłam wymarzyć! Dziękuję Jared.
- Nie masz za co, tylko drobna pomoc.
- Drobna, dobre sobie.
- Oj daj spokój.
- Dobra, ja już wam nie chcę przeszkadzać, więc myślę, że powinnam się już zbierać.
- Wcale nie przeszkadzasz, zostań.
- Nie, na prawdę powinnam już iść.
- Skoro nalegasz, to chociaż cię odwiozę. - Przytaknęłam na tę propozycję, bo nie uśmiechało mi się na samotnym wracaniu po nocy do domu. Jechaliśmy niemalże tylko samo czasu co jechaliśmy w przeciwna stronę, tym razem to Jared opowiadał o koncertach, gdzie je dawali, jak wspaniali są ludzie, których spotkali. To była wymarzona robota dla niego. Był do tego stworzony. Byliśmy już pod blokiem, ponownie otworzył mi drzwi.
- Jeszcze raz dziękuję, za to co dla mnie zrobiłeś, wyświadczyłeś mi na prawdę ogromną przysługę.
-Nie ma za co, i to ja cię dziękuję, że mogłem spędzić z tobą trochę czasu. - Spojrzał się na mnie tymi niebieskimi ślipiami i pocałował mnie w policzek czego w ogóle bym się nie spodziewała, trochę się speszyłam, nie wiedziałam co mam zrobić w tej sytuacji. Uśmiechnęłam się, on tylko odwzajemnił i powoli odszedł to samochodu, ostatni raz pomachałam mu na pożegnanie, i weszłam do środka. Nie wiedziałam co mam myśleć, ale czułam się dziwnie, lecz w bardzo dobrym sensie dziwnie, to był interesujący wieczór.

środa, 4 grudnia 2013

Rozdział 7

~ Heeej! Ktoś to w ogóle czyta jeszcze? Gdzieś tam w głębi mnie mam nadzieje że tak ;) Myślę, że oddajecie głosy na 30 Seconds To Mars na mtv.pl/stars ? :D  I taka mała informacja, że kolejny rozdział może pojawić się z opóźnieniem bo nie będę miała za bardzo w przyszłym tygodniu laptopa do dyspozycji, więc albo w przyszły czwartek nie będzie nowego rozdziału albo zepnę poślady i dam rade napisać to nowy rozdział pojawi się jeszcze w te sobotę. Po raz kolejny życzę miłego czytania :)



Lizz:
Zaczął się nowy miesiąc, a co za tym idzie w parze? Oczywiście wypłata. Wyszłam z pracy gdy tylko na zegarze wybiła godzina 18:00. Włożyłam słuchawki do uszu i szłam prosto w stronę najbliższego bankomatu. Przyznaje szczerze przed samą sobą, nie układa mi się ostatnio. Ciągle zalegam z opłatami przez co właściciel lokalu bywał ostatnio u mnie stałym gościem by po marudzić jak to jest nie źle opóźniać się z zapłatą. Wypłaciłam całą swoją miesięczną należność, nie było co czekać więc po drodze wstąpiłam na pocztę opłacić dłużne należności za prąd gaz itd między innymi również za to cholerne mieszkanie... Następnie zakupy i można wracać do domu. Gdy tylko przekroczyłam próg domu zrzuciłam z siebie torbę i buty. Po kolejnym ciężkim dniu pracy marzyłam tylko by położyć się na mojej najwygodniejszej w świecie kanapie a, jak to mówią marzenia trzeba spełniać. Po chwili było już tylko słychać odgłos zapadającej się sofy pod moim ciężarem. Już nie czułam takiego bólu, siniaki zaczęły zanikać, czego niestety nie mogę powiedzieć o problemach otaczających mnie niemal z każdej strony. Tak tym mogłam się szczycić. Kyle, który mnie pobił, Mike czepiający się mojego, własnego życia, nowo poznany Jared, któremu właściwie nie wiem o co chodzi, właściwie to z tym jednym problemem się pożegnałam bo ostatnio się do mnie nie odzywał, może dlatego że zbyt bardzo na niego naskoczyłam? Nie wiem, może faktycznie trochę przesadziłam. Dołączyć do tego jeszcze totalny brak funduszy na życie tworzy mieszankę wybuchową. Wiele razy się nad tym zastanawiałam i chyba czas najwyższym wziąć to na poważnie. Czas podjąć się jeszcze jednej pracy, zbliżała się w końcu kolejna rata do zapłacenia na czesne. Wzięłam mojego już zużytego laptopa i zaczęłam szukać jakich ofert pracy. Wezmę dosłownie wszystko do czego będę się nadawała, jestem w takim kryzysowym położeniu, że na prawdę nie wiem już co począć. Miałam w komputerze juz gotowy plik, wystarczyło doklepać coś "w gratisie" w miare wiarygodnego i gotowe. Wysyłałam już chyba moje setne CV, pozostaje już tylko czekać na odpowiedź. Minęło kilka dni, a w mojej skrzynce mejlowej jak nic nie było tak nic nie ma nadal. Po prostu świetnie. Jak tak dalej pójdzie to skończę pod najbliższym mostem. Dlaczego wszystko musi się tak walić!!! Żeby to jeszcze jedno po drugim ale nie, bo całe zło świata musi przyjść w tym samym czasie by tylko jak wrócisz spokojnie domu dostać załamania nerwowego. Już dłużej nie wytrzymam sama w tym domu. Chwyciłam za bluzę i wyszłam. Właściwie to nie wiedziałam gdzie idę, chciałam po prostu się gdzieś powłóczyć, może poprzez to odciąć od problemów. Było coraz chłodniej, a że mój nastrój dzisiejszego dnia tak czy siak był rozstrojony to weszłam do najbliższego klubu, który napotkałam. Pierwszy jest zawsze najlepszym wyborem, tak też było tym razem, wystrój był niczego sobie, muzyka tak samo, brakowało tylko jednego czynnika by ten dzień stał się chociaż odrobinę lepszym, a mianowicie alkohol. Nie namyślając się, kierowałam się prosto w stronę baru.
- Co podać?
- Coś na doła, brak kasy i ogółem walące się życie. Masz coś takiego?
- Uuu ciężko będzie, ale na początek dam ci coś zwyczajnie mocnego. - Tak jak sobie zażyczyłam dostałam wypełniony bo brzegi kieliszek z nie do końca znaną mi zawartością, ale co ja tam się będę przejmować gorzej niż jest nie będzie.
- To opowiedz mi co się takiego dzieje że "życie ci się wali"? - zapytał tak jak to na barmana przystało, dociekać problemów innych ludzi, a mi o dziwo wcale nie przeszkadzało chwilowe wylanie żalu na zupełnie obcą mi osobę.
- A wiesz taki standard, zazdrosny chłopak, czepliwy szef, brak pieniędzy na cokolwiek, takie tam standardy.
- Skąd ja znam te gadki, nie ty pierwsza tu siedzisz z taką opowieścią.
- Życie barmana mówisz?
- Oj tak. Mówiłaś że nie masz pracy, prawda?
- Znaczy prace mam, ale zarabiam za mało nie starcza mi na wszystko.
- A masz coś konkretnego na oku?
- Właśnie nie, wzięłabym cokolwiek, ale na żadne z moich zgłoszeń do pracy nie odpowiedzieli tak jak bym sobie tego życzyła...
- To powiem ci ciekawą rzecz, że znalazłbym coś dla ciebie.
- No co ty? Na serio?! Człowieku życie byś mi uratował!
- Tylko, że ta praca nie jest taka zwyczajna jakby się wydawało...
- Co masz na myśli?
- Zaczekaj tu... - Odszedł od baru i poszedł gdzieś na jego tyły. Co on ma na myśli, o jaką pracę mu konkretnie chodzi, że aż tak się przejął? Trochę się przeraziłam, ale tak jak powiedziałam jestem na krawędzi więc nie ma drogi odwrotu, wezmę cokolwiek zaproponują. Odwróciłam się w stronę tłumu. wszyscy się świetnie bawili. Widziałam tańczących, pijanych ludzi, nie wiem nawet czy się znali ale wyraźnie było widać, że wszyscy bawią się w najlepsze. Co to były za dobre czasy kiedy chodziło się na imprezy w każdy weekend. Zdecydowanie za szybko stałam się samowystarczalna, ale nie miałam innego wyjścia, życie mnie do tego zmusiło. Odrobinę humor mi się poprawił, poddałam się muzyce, palcami zaczęłam wystukiwać rytm. Trwało to niestety krótko gdyż barman wrócił z nieco mrocznym, tajemniczym mężczyzną, był ubrany cały na czarno, na jego czole widać było małą strużkę potu, ale mimo to mężczyzna wyglądał na pewnego siebie.
- Jeśli nadal twierdzisz że weźmiesz każdą robotę, to pogadaj z nim, tak się składa że on kogoś takiego szuka...
- Witaj, jestem Jake Martin, miło mi cię poznać.
- Witam jestem Elizabeth Gartner.
- Słyszałem, że szukasz pracy.
- Jeszcze jak...
- Czyli widzę że świetnie trafiłem.
- Tak, wezmę dosłownie wszystko, po prostu potrzebuje pieniędzy.
- Jestem w stanie przyjąć cię od zaraz, ale musisz koniecznie spełnić jeden warunek.
- Jaki?
- W tej pracy, wymagana jest całkowita dyskrecja.
- To nie problem, tylko właściwie na czym ona będzie polegała.
- Będziesz doręczycielem.
- Doręczycielem? I to wszystko?
- Właściwie to tak. Tylko powinnaś w zasadzie wiedzieć, co będzie towarem...
- Mianowicie?
- Narkotyki. - Teraz wszystko układało się w całość, od początku ten koleś wydawał się dziwny to zachowanie, pocił się cały czas, ta tajemniczość. Był narkomanem. A ja miałam dla niego dostarczać narkotyki. Nie wycofam się teraz, potrzebuje tych pieniędzy...
- To jak będzie? Zgadzasz się? Oczywiście rozumiem jeśli odmówisz, to nie będzie łatwe zadanie.
- Zgadzam się.
- W związku z tym witam w branży panno Elizabeth.
-  Taaak, też się ciesze... To kiedy zaczynam?
- Będziesz tu przychodzić co wieczór, jeśli nie będziesz mogła przyjść to po prostu napisz, zadzwoń czy coś,  nic takiego się nie stanie jak się spóźnisz bądź czasem nie przyjdziesz, to bardzo elastyczna robota.
- Tym lepiej dla mnie.
- A to taki mały prezent ode mnie na dobry początek i na odwagę a uwierz dla początkującego się przyda. - Poczułam jak jego ręka sięga to kieszeni mojej bluzy i zaraz po tym coś w nią wpada. Chciałam od razu sięgnąć i zobaczyć co to jest ale ruchem ręki pokazał mi żebym odłożyła to na później. Postanowiłam zamienić z moim pracodawcą jeszcze kilka słów właśnie na temat mojej nowej pracy, jak mam się zachowywać przy klientach, co przy nich mówić, takie tam standardowe kwestie. Zamówiłam sobie jeszcze jedną kolejkę i zdecydowałam się powoli zbierać się do domu, albo w każdym razie gdziekolwiek byle wyjść. Przekroczyłam próg klubu i od razu uderzyła we mnie przyjemna fala chłodu. Pomyślałam, że nie chce jeszcze wracać a wcale nie jest tak strasznie zimno, więc mały spacer mi nie zaszkodzi. Powoli spacerując, doszłam aż do samej plaży. Zawsze uwielbiałam ten widok rozbijających się fal o brzeg. Zdjęłam buty i zaczęłam spacerować po wilgotnym piachu wzdłuż piaszczystej plaży. Byłam w o wiele lepszym nastroju niż dzisiaj rano, udało mi się znaleźć źródło dochodów. Mniejsza z tym, że jest ono najlepszej jakości ale zawsze coś. Jedno jest pewne,że nie chciałabym aby ktokolwiek z moich znajomych się dowiedział w co się pakuję, źle to by się mogło skończyć. Mike zaraz by mi dał kazanie na temat życia, jakie to ono jest cenne i co ja sobie wyobrażam, a w najgorszym wypadku to by mnie po prostu zwolnił, bo ma do tego prawo. Ellie w sumie to nie wiem co by zrobiła, też za pewne usłyszałabym od niej ochrzan. O a to to już w ogóle ciekawostka co by na to powiedział mój nowy znajomy Jared. Pewnie jak przy ostatnim razie strzelił by focha, że go po ludzku spławiłam, chociaż sama do tej pory nie wiem czy słusznie zrobiłam, faktycznie on się tylko pytał a ja, jak to w moje naturze bywa olałam go. Sumienie zaczynało dawać się we znaki, a jeśli ono już się odezwało to musiałam na prawdę popełnić błąd bo zawsze milczało we wszystkich innym sprawach. Trzeba będzie to jakoś załatwić... Moje głębsze rozmyślania przerwała dziwna, mała rzecz znajdująca się w kieszeni mojej bluzy. Przypomniałam sobie jak niespełna dwie godziny temu mój szef wrzucił mi coś do niej. To była mała działka kokainy lub amfetaminy nie byłam pewna. Tak przyznaje nie było mi to obce, jak byłam nieco młodsza zdarzało mi się sięgać po tego typu używki, ale to bardziej w celu towarzyskim niż dla nałogu. A w tym wypadku, była by to idealna forma ucieczki od problemów i pomoc w wykonywaniu nowego "zawodu".  Nie tracąc czasu, delikatnie otworzyłam pakunek i wciągnęłam niewielką ilość substancji. Na efekt nie musiałam czekać długo. Tak, brakowało mi tego, przypomniały mi się dawne, lepsze czasy, gdy życie tak nie doskwierało. Usiadłam na piasku by uniknąć wywrotki, odzwyczaiłam się i trochę zakręciło mi się w głowie. Morze wydawało się jeszcze piękniejsze niż przed chwilą, szum fal grał jak najprawdziwsza muzyka. Tak zdecydowanie tego mi było trzeba. Tylko ja i piasek. Siedziałam tam jeszcze około pół godziny i zaczęłam podnosić, czas najwyższy wracać do domu. Szłam spokojnie rozświetlonymi ulicami miasta, podziwiając wyostrzone widoki. Zapomniałam jakie po tym są piękne widoki. Powoli już dochodziłam pod blok, w którym mieszkałam i pod samymi drzwiami zobaczyłam dwie postacie. W sumie nic dziwnego ale zbliżałam się coraz bardziej i zobaczyłam, że stoją tam nie kto inny jak Kyle wraz Jared'em. I żeby to jeszcze stali, jeden drugiego zaczął popychać, z daleka można było usłyszeć serie ładnych wyzwisk i przekleństw. Podbiegłam i natychmiast stanęłam między nimi bo doskonale czułam czy to się może zaraz skończyć.
- Ty sukinsynie przeleciałeś mi dziewczynę!
- Człowieku, nie znam cię i nawet nie wiem o co ci chodzi!
- O serio?! A to z mojego domu wychodziła na zdjęciu?
- Hej! Przestańcie!
- O patrzcie kto przyszedł, może ty co powiesz na ten temat. No proszę, przyznaj się tu i teraz jaka z ciebie niewierna dziwka.
- Jak śmiesz tak się do niej odzywać?!  - Zrobił lekki krok do przodu dając po sobie znać że jeszcze chwila i puszczą mu nerwy i zaatakuje. W tej chwili dłonie Kyle'a znalazły się na moich ramionach odpychając mnie mocno gdzieś w bok. Nie przejęłam się tym tylko od razu podeszłam do nich.
- Przestańcie! - Stanęli w niewielkiej odległości od siebie patrząc się na mnie wyczekując co zrobię dalej. Spojrzałam na poirytowanego Kyle'a i następnie na zezłoszczonego Jared'a. W końcu stanęłam centralnie przed Kyle'em. Mam już tego serdecznie dość, w tej chwili miałam wszystko głęboko w dupie co będzie dalej, niech się dzieje wola nieba. Obejrzałam się jeszcze raz na wyczekującego całej sytuacji Jared'a, który spojrzał się na mnie pytającym wzrokiem, i próbował odgadnąć co mam zamiar zrobić. Głęboki wdech i jedziemy.
- Tak masz racje Kyle, masz całkowitą racje. Przespałam się z Jared'em! Mów sobie co chcesz, ja już mam tego wszystkiego dość! Nie będę więcej przez ciebie cierpiała! - Przed oczami stanęła mi ciemność. Kiedy kolejny raz otworzyłam powieki zobaczyłam małe, niebieskie, migoczące światła. Zaczęło do mnie wszystko powoli docierać. Ktoś do mnie mówił ale nic nie rozumiałam, wszystko była jak pod wodą, istny bełkot. Zamrugałam kilka razy, obraz zaczął mi się powoli wyostrzać. Przede mną siedział Jared i to najwyraźniej on próbował do mnie mówić.
- Lizz, słyszysz mnie?! Boże Lizz ocknęłaś się! Powiedz już lepiej? Wzywać pogotowie? - Nie mogłam wydusić z siebie słowa więc zdołałam tylko pokiwać głową, że jest dobrze, i nie wymagam takiej specjalistycznej pomocy. Po czym dostałam od niego chusteczkę higieniczną do rąk i dostałam instrukcje by trzymać ją przy nosie. Oczywiście nie sprzeciwiając się zrobiłam to co mi kazał i już po chwili zobaczyłam, że chustka jest cała czerwona od cieknącej mi ciurkiem z nosa krwi. Zdołałam się przekręcić na ławce, na której mnie usadowiono po czym zobaczyłam, że za mną stoi radiowóz policyjny, a w nim siedzi nie kto inny jak Kyle zabezpieczony w kajdanki. Jared jeszcze chwilę rozmawiał z funkcjonariuszem i podszedł w moją stronę.
- Chodź, już po wszystkim. Zaprowadzę cię do domu. Dasz rade iść?
- Tak, jasne. - odpowiedziałam zmęczonym głosem, i powoli podniosłam się z ławeczki. Szłam obok Jared'a powolnym krokiem, lecz nie powiem że nie sprawiało mi to trudności. Już po chwili poczułam jak Jared bierze mnie na ręce.
- "Dam radę iść sama", ta jasne. - zaśmiał się i szedł przed siebie prosto do drzwi bloku. - To, które mieszkanie?
- 38.
- Okej... - I tak jakby nie sprawiało mu to żadnego wysiłku wniósł mnie na pierwsze piętro. Otworzył drzwi i położył mnie na łóżku w mojej sypialni. Opatulił mnie szczelnie kocami, bo cała się trzęsłam, już nie wiem czy z emocji czy z zimna.
- Jared, ja ci to...
- Nic nie mów, jutro mi opowiesz. - Spojrzał na mnie z poważną miną i skierował się do drzwi sypialni.
- Jared?
- Hmm?
- Dziękuję... Za wszystko. - Na jego twarz wkradł się lekki uśmiech ale znikł wraz z jego właścicielem. Nie wiem co ja mu jutro powiem, ale już się tym tak nie martwiłam, byłam zbyt zmęczona dzisiejszymi wydarzeniami. Nawet nie zauważyłam kiedy zasnęłam.
Następnego dnia, gdy tylko się obudziłam czułam nie wielki ucisk w okolicach nosa. Widocznie Kyle musiał akurat w niego celować. Wyszłam z pokoju kierując się w stronę kuchni, ale zanim do niej dotarłam zobaczyłam śpiącego na kanapie Jared'a, nie przeczę widok był co najmniej dla mnie dziwny, no proszę was Jared Leto śpiący w moim domu, na mojej kanapie, dobre sobie. Postanowiłam jeszcze go nie budzić. Poszłam prosto po butelkę wody. Opróżniłam chyba połowę na raz.
- Mogę trochę?
- Jasne. - Widocznie musiał usłyszeć jak się przemieszczałam. Podałam mu butelkę wody. Między czasie spojrzałam na zegarek, była 10:12... ŻE CO?! Powinnam być w pracy jakieś wie godziny temu!!
Zerwałam się jak strzała, co nie umknęło uwadze mojemu gościowi.
- Co ty wyprawiasz?
- Strasznie cię przepraszam ale muszę wyjść, i tak już jestem spóźniona do pracy.
- Zadzwoniłem, i powiedziałem że cię nie będzie.
- Jak to?
- Znam ten sklep, gdy któryś ze sprzętów zacznie szwankować oddajemy go do was, a numer miałem w telefonie więc nie ma problemu.
- O dzięki, ratujesz mi skórę...
- A pro po ratowania skóry, to może mi opowiesz co to za akcja z tym kolesiem, i w ogóle co to za typ? - No dobra, weź się w garść, teraz to już musisz mu powiedzieć, nie ma odwrotu w końcu sam bardzo ryzykował więc wypadało by mu co nieco wyjaśnić. Nie panikuj. Nie poddawaj się. No dalej.
- No... A więc ten typ, z którym wczoraj mieliśmy małe porachunki to Kyle. W tej chwili mój były. Nie chce gościa już na oczy widzieć. A jak dobrze pamiętasz to gdy wychodziliśmy ostatnio z twojego domu, otoczyli nas fotoreporterzy. No i niestety na moje nieszczęście nasze zdjęcie wpadło do gazety i znowu na moje nieszczęście Kyle musiał je następnego dnia zobaczyć. A, że on jest bardzo władczym człowiekiem, i nie lubi kiedy coś wymyka się spod jego kontroli, co ja w tym wypadku zrobiłam. Musiał się na kimś zemścić, wyżyć, wyładować emocje itp to padło na mnie. - Patrzył na mnie zszokowany. Nie wiedział co ma kompletnie powiedzieć.
- A sporo już cudem udało mi się to powiedzieć, to chciałam cię tez przeprosić za to, że tak na ciebie naskoczyłam wtedy w sklepie... Ja nie chciałam, ja po prostu taka już jestem, że nie łatwo mi się przed kimkolwiek otwiera, nawet Ellie takich rzeczy nie mówię... Po prostu mam problem z otwieraniem się na ludzi...
- Ale mi wszystko powiedziałaś.
- Tak wiem to głupie, ale stwierdziłam, że tobie się należą wyjaśnienia...
- Doceniam to.
- A skoro to tym wszystkim mowa, to co ty tam robiłeś, no wiesz wczoraj przed blokiem?
- Też chciałem z tobą to wszystko wyjaśnić, że źle mnie zrozumiałaś.
- Nie musiałeś, ja zawiniłam.
- Jednak cieszę się, że przyszedłem. Kto wie co by ten popapraniec zrobił.
- Dziękuję ci jeszcze raz.
- Nie masz za co.
- A ty jesteś cały? Nic ci nie zrobił?
- Zdążył mnie uderzyć ale byłem sprytniejszy, jak to ja oczywiście, i opanowałem sytuacje.
- Nie no skromność to podstawa.
- To moje motto. - Atmosfera się rozluźniła, wszystko było już w porządku. Przegadaliśmy całkiem sporo czasu. Miło się rozmawiało, nawet temat Kyle'a nie wydawał się już taki ciężki. Dawno z nikim tak mi się nie rozmawiało. Po kilku godzinach niestety Jared musiał się zbierać, gwiazda rock'a wiadomo też ma pracę i musi do niej wracać, pożegnał się i wyszedł. Na co ja też zaczęłam się szykować, nie do sklepu muzycznego ale do nowej pracy, w dodatku nie zbyt bezpiecznej. Wzięłam szybki prysznic, przebrałam się i udałam się prosto w stronę umówionego miejsca z moim szefem Mike'iem. Weszłam do środka i zajęłam jedno z miejsc przy barze, znajomy mi już barman pokazał w która stronę mam pójść. Wskazał mi jeden ze stolików nieco oddalonych od parkietu, gdzie już siedział mój nowy szef.
- I jak? Zdenerwowana?
- No może trochę...
- To masz, tak na odpędzenie nerwów bo po co to komu, tak na dobry początek znajomości taki mały prezent od firmy. - Po tych słowach uformował mi niewielką kreskę białego proszku. Nie zastanawiając się wciągnęłam wszystko. Potem tylko dostałam niewielka paczkę z wiadomą mi już zawartością oraz adres i do dzieła...




czwartek, 28 listopada 2013

Rozdział 6

~ Oto rozdział 6. Chciałam wam powiedzieć żebyście się nie przejmowali że weszliście na jakiś inny blog lub jakiś inny adres wam się wklepał, bo eksperymentuję z tłami oraz bannerami do bloga także przez jakiś czas będzie tu panował mały remont ;) I jeszcze jedna sprawa, wszystkie postacie z wyjątkiem tych prawdziwych jak Jared, Shannon czy Tomo, są wymyślone przeze mnie podczas pisania, a mówię to dlatego iż czytałam ostatnio fanfiction też na ten temat i natknęłam się na identyczne imiona jakie tutaj występują, po prostu zbieżność. Hope you'll like it :)


Jared:
Obudziły mnie drażniące w oczy promienie słoneczne zwiastujące nowy dzień, ale również niesamowita suchość w ustach dzielona z bólem głowy. Byłem w moim pokoju, tak tego jestem pewien, tylko dobre pytanie jak się tu znalazłem? Sięgnąłem ręką w stronę mojej szafki nocnej po butelkę wody, która zawsze tam stała właśnie na takie okazje. Nic nie pamiętałem, kompletnie nic, pustka, tak jakby ktoś po prostu wziął nożyczki i wyciął klatkę. Głowa zaczynała dawać mi się we znaki coraz bardziej aż tu nagle poczułem lekkie poruszenie, przekręciłem się na drugi bok by sprawdzić co się dzieje.Obok mnie leżała Lizz, Jezu co ona tu robi?! Postanowiłem nie zwlekać, moja ciekawość do wydarzeń z poprzedniej nocy wzięła górę, więc postanowiłem delikatnie obudzić dziewczynę. Przekręciła się w moją stronę, lekko otworzyła oczy, po czym szybko odskoczyła jak oparzona.
- O matko...
- Właśnie... - Spojrzeliśmy po sobie z ogromnym zakłopotaniem, w ogólne nie wiedząc co robić dalej.
- Czy my... - Zapytała z niepewnością i strachem w oczach. Nie byłem pewien co odpowiedzieć, bo nie pamiętałem wydarzeń z poprzedniej nocy więc zacząłem się rozglądać po pomieszczeniu a wraz ze mną Lizz, to co zobaczyliśmy, wyczerpująco odpowiadało na nasze pytanie, tak.... tak spaliśmy ze sobą. W dodatku popatrzeliśmy na siebie, ja w samych bokserkach, ona okręcona kołdrą. Może dla mnie to nie była jakaś nowość bycia z kolejną kobietą w takiej sytuacji łóżkowej, to mojej towarzyszce jak zauważyłem bardzo to ciążyło. Widać było że dziewczynie ta wiadomość w ogóle nie odpowiadała. Zszedłem z łóżka i założyłem na siebie pierwszy lepszy T-shirt, a ponieważ Lizz nie miała nic ze sobą, pożyczyłem jej jakieś za małe już na mnie spodnie dresowe i bluzkę. W końcu po krępującej ciszy postanowiłem jakoś załagodzić sytuacje.
- Widzę, że bardzo cię gryzie to co między nami zaszło... - Z ogromnym zakłopotaniem w oczach odpowiedziała co jej leży na sercu.
- A czy ciebie to nie gryzie? Przespałeś się z praktycznie obcą osobą. - Milczałem chwilę, właściwie nie wiedziałem co czuję w tej sytuacji... Z jednej strony chciałem takiego końca, ale z drugiej było mi wstyd za siebie, z jakiegoś niewiadomego powodu nabrałem pewnego rodzaju dystansu to tej dziewczyny, ona nie była jak wszystkie inne czyli puste, lecące na kasę czy na samo nazwisko to było ewidentnie widoczne i było mi okropnie głupio za to co się wydarzyło. Czasu nie odwrócisz...
- To co zrobimy?
- Może po prostu zapomnimy o tym, tak jakby ta sytuacja nie miała miejsca. - Odpowiedziała stanowczo ale dało się dostrzec cień rozważania z jej strony czy chce zapomnień czy też nie.
- Jeśli tak będzie nam wygodniej to zgoda. - Przystałem na jej propozycję, ponieważ sam lepszej nie miałem ale tez nie do końca się z tą zgadzałem. Za jej prośbą pokierowałem ją do łazienki, a sam udałem się w stronę schodów do kuchni. Wyraźnie było słychać czyjeś rozmowy przeplatane śmiechem. Za pewne Shannon już wstał, tylko kto z nim rozmawiał? Czyżby Ellie też u nas nocowała? I czy tak samo jak ja miała przygodę z moim bratem? Gdzieś w głębi duszy miałem nadzieję że jednak tak nie było, i że nie mieli takiej krępującej sytuacji jak my. Wszedłem do kuchni, miałem racje to był mój brat wraz z El, siedzieli przy wysokim blacie pijąc coś ze swoich kubków.
- Zobacz El kto wstał.
- Ooo, hej Jared. - odpowiedziała zachrypniętym głosem, ze zmęczonym wyrazem twarzy spoglądając w moją stronę.
- Jak się czujesz Ellie?
- Fatalnie. - odpowiedziała bezceremonialnie.
- W jakim sensie?
- W każdym sensie...
- Uuu... Kac morderca nie ma serca.
-  A żebyś wiedział...
Spojrzeliśmy  po sobie z Shannon'em odpowiadając na to śmiechem.
- To wcale nie jest śmieszne... - Na co Shannon wykorzystał sytuacje jak to on by jeszcze bardziej rozluźnić sytuacje.
- Wiesz jak to mówią, życie to melodramat, w nocy - melo, a w dzień dramat. - Nie mam pojęcia skąd on bierze te jego mądrości życiowe, ale za każdym razem  rozwalały mnie na łopatki. Zaraz sobie przypomniałem że moja głowa się upomina o życiodajne w tej chwili proszki od bólu głowy. Nalałem sobie wody do szklanki i zaraz po tym poczułem jak ktoś się o mnie otarł, to Lizz zeszła do nas z góry i szeroko się uśmiechając przywitała się ze wszystkimi, a następnie zamieniła kilka słów z ledwo żywą przyjaciółką. Zacząłem krzątać się po pomieszczeniu starając się znaleźć coś co mógł bym zjeść. Przy czym zauważyłem że krótkowłosa blondynka co raz zerkała nie pewnie w moją stronę. Po dłuższych rozterkach co zrobić wszystkim na śniadanie złapałem pierwsze lepsze produkty i zacząłem tworzyć z nich kanapki. Ku mojemu zdziwieniu wszyscy się zajadali chociaż znajdowały się na nich same warzywa, wszyscy oprócz Lizz, nie wyglądała najlepiej, nie wiem, może to był po prostu efekt wczorajszej imprezy.
- Dobra mam propozycje, jak zjemy, to ja odwiozę do domu Lizz a Shannon odwiezie Ellie.
- Nie ma sprawy. - odpowiedział na znak zgody z moim pomysłem.
- Będę wam do końca życia wdzięczna, za Chiny bym nie doszła tak daleko sama... -El także się zgodziła, wyraźnie było widać że się zaprzyjaźnili, a nawet jeśli by się nie zgodziła to w tym stanie i tak by nigdzie sama nie doszła. Gdy spojrzałem na krótkowłosą, tylko kiwnęła posłusznie głową. Zjedliśmy wszystko do końca i postanowiliśmy się zbierać. Bo widząc jaką Lizz prowadzi wojnę w swojej głowie, postanowiłem nie zwlekać z odwiezieniem jej do domu. Wstaliśmy od stołu, cały czas szła za mną nic się nie odzywając. Otwierając drzwi, zostałem dosłownie oślepiony. Fotoreporterzy. Nie dobrze, bardzo nie dobrze. Jeszcze tego mi dziś brakowało. Poprowadziłem dziewczynę do auta, otwierając jej a następnie szybko usiadłem za kierownicą i nie zwlekając odjechaliśmy. Widząc minę mojej towarzyszki, można było powiedzieć, że pierwszy raz w życiu doświadczyła czegoś takiego - była w szoku.
- Nie przejmuj się nimi,  zwykłe mendy zatruwające mi życie niemal każdego dnia.
- Jak możesz z tym żyć?!
- Jakoś trzeba. Co poradzisz?
Podczas jazdy spytałem tylko o jej adres. O niczym więcej nie rozmawialiśmy. Nawet nie nalegałem, musiała sobie to wszystko przemyśleć, chociaż nie do końca rozumiałem czym tu się tak dręczyć, zwykła wpadka przy pracy i tyle, zdarza się. A może to jest tylko moje podejście.
- Dobra to już tutaj, na górę wejdę sama. Dzięki za zaproszenie na imprezę, mimo wszystko było genialnie. - Odpowiedziała z uśmiechem na twarzy, chyba jej przechodziło.
- Nie ma za co. To jak, o tej samej porze w poniedziałek na sałatkę?
- Wegetariańską oczywiście.
- A jak by inaczej. - Pożegnaliśmy się w dobrych humorach. Już miałem odjeżdżać gdy zobaczyłem gdy Lizz była już prawie w progu drzwi, ktoś do niej podszedł, nie wiem kto to był, pierwszy raz widziałem gościa na oczy. Wyglądał na bardzo zezłoszczonego widokiem dziewczyny, złapał ją za nadgarstek i mocno pociągnął w swoją stronę, chwycił palcami za brodę każąc spojrzeć jej na niego a potem powiedział jej coś prosto    w twarz, najwyraźniej krzyczał. Chwile potem już ich nie widziałem weszli do budynku. Nie rozumiem, o co mogło chodzić. Byłem nieco skonsternowany całym zajściem. Może to nic poważnego, będzie czas żeby się zapytać.



Lizz: 
Co ja najlepszego zrobiłam. Sama siebie nie poznaje ja i takie wpadki? W życiu bym nie powiedziała że tak zabaluje żeby później wpaść komukolwiek do łóżka. Co za wstyd...Pewnie sobie teraz myśli jaka to ja łatwa jestem. Jednak to już trochę jednak za późno na takie rozmyślania, trzeba było myśleć wcześniej moja droga. I jeszcze te paparazzi, oby nie było z tego jakiejś większej afery, nie lubię zamieszania wokół mojej osoby i jeszcze jakby się Kyle dowiedział to po prostu kaplica. Siedziałam w samochodzie tuż obok niego, nie wiedząc jak mam się zachować, po prostu milczałam. W końcu dojechaliśmy pod blok. Jared postanowił jakoś załagodzić sytuacje zapraszając ponownie na sałatkę na co oczywiście przystałam. Humor odrobinę mi się poprawił, lecz tylko na chwilę. Już prawię byłam pod drzwiami gdy na ławeczce siedział sobie Kyle wyraźnie czekając, najwidoczniej na mój powrót. Gdy tylko mnie zobaczył poderwał się i szedł szybkim krokiem w moją stronę. Energicznie złapał mnie za nadgarstki sprawiając że ich prawie nie czułam, spuściłam głowę w dół by w jakiś sposób wyrwać się z uścisku, na to on złapał mnie za podbródek pytając.
- No patrzcie państwo kto raczył się pojawić w domu, można wiedzieć gdzie tak zabalowałaś? O i co ważniejsze z kim tam byłaś? Znając ciebie to puściłaś się z którymś.
- Nie masz prawa tak do mnie mówić!
- Mi to mówisz?! Siebie posłuchaj. Kto ci co miesiąc pożycza kasę żebyś miała gdzie mieszkać? Złamanego grosza nie dostaniesz od tej chwili!
Popchnął mnie, o mało się nie przewróciłam na chodniku. Otworzył drzwi i kazał mi iść przed siebie            w stronę mojego mieszkania. Otworzyłam drzwi, weszłam do środka, już szykowałam się na cios w twarz czy gdziekolwiek indziej ale "mile" mnie zaskoczył tylko mówiąc.
- Jak tylko kiedyś cię zobaczę z innym albo się dowiem że się puściłaś to uwierz mi bój się. - I wyszedł, tak po prostu wyszedł. Nie lubię takiego napięcia, a czułam je aż za dobrze. Na tą chwilę nie ma zielonego pojęcia co mu może wpaść do głowy. Jeju a co ja się tak zaczęłam ty nagle przejmować nigdy mnie to jakoś specjalnie nie obchodziło to on sobie myśli bo tak czy siak mi się dostawało za byle co bym nie powiedziała czy zrobiła. Najwyżej dojdzie kolejny siniak wielkie mi co. Postanowiłam zabrać się do obmyślania koncepcji na temat mojego tematu pracy z zajęć z uczelni "Prawdziwa radość w obiektywie". Nie będzie to jakieś trudne, ale z kolei łatwe też nie bo jak ma znaleźć szczęście osoba, która rzadko jest z czegokolwiek zadowolona i dostaje od życia ciągle po mordzie? Nie mam pojęcia lecz cóż poradzić trzeba szukać. Uznałam że na początek dobrym miejscem na odnalezienie tego czego szukam będzie park, już chciałam wyjść ale zorientowałam się że nadal mam na sobie spodnie i koszulkę Jared'a. szybko się przebrałam w coś odpowiedniejszego, chwyciłam za aparat i pobiegłam do parku. Tak jak myślałam, park był trafnym miejscem, bawiące się w berka dzieci, osoby jeżdżące na rolkach czy deskorolkach, zakochane pary spacerujące pomiędzy drzewami i trzymające się za ręce. Nie pamiętam kiedy ja ostatnio z Kyle'em byłam na takim spacerze, nie pamiętam kiedy ostatni raz trzymaliśmy się za ręce, kiedy patrzył mi oczy z tą troską. Chociaż jakby spojrzeć na to inaczej, za ręce mnie trzymał co z tego że mam teraz całe posiniaczone ale jednak. W oczy tez mi patrzył lecz to raczej nie była troska, tylko hmmm.... Chęć mordu? Tak chyba  najlepsze określenie. Dłużej się zastanawiając to ile można fotografować zakochańców mało jest ich zdjęć? Dlatego przestawiłam się na skate'ów. O wiele lepszy widok, robili to co kochają i byli szczęśliwi. Jaki wynik prawdziwe szczęście. Spędziłam tak cały boży dzień na łapaniu tych jedynych momentów i nawet nie zauważyłam jak powoli słońce zaczęło zachodzić. Wracając do domu czułam się świetnie zapomniałam o codziennych sprawach, o Kyle'u, o niefortunnym zdarzeniu z Jared'em, o tym jak zdobędę pieniądze na rachunki, wszystko po prostu uleciało. Tego mi było trzeba. Weszłam do domu, odłożyłam aparat i udałam się w stronę kuchni by zrobić sobie kakao i kanapki. Założyłam na siebie ulubiony ciepły sweter i poszłam do swojej sypialni by tam zjeść swoją kolacje i dokończyć książkę.Nawet nie zauważyłam kiedy zasnęłam.
Następnego dnia obudziłam się dobre 20 minut przed budzikiem. ostatnio jak zauważyłam nie mam takich problemów ze wstawaniem co bardzo mnie cieszyło bo nie spóźniałam się do pracy. zrobiłam sobie kawę, zjadłam płatki, i zostało tylko wziąć prysznic, umalować się i ubrać. Sprawnie wszystko szło, miałam bardzo dobry humor, zero koszmarów w nocy, nawet wpadło mi do głowy kilka pomysłów co to tego jak zrobić to najlepsze zdjęcie. Wyszłam z domu, wziąwszy przedtem słuchawki, telefon, identyfikator oraz portfel jak zawsze z resztą. Na przystanku było mało osób, i dobrze bo będzie gdzie usiąść. Po krótkim czasie znalazłam się tuż pod galerią handlową, szłam powoli nie śpiesząc się, cały czas słuchając muzyki. Gdy nagle coś w melodii mi nie odpowiadało, słyszałam jeszcze jeden dźwięk nie dobiegając z mojej słuchawki. Odwróciłam się przez ramię i zobaczyłam że ktoś mnie woła. Postać zaczęła się przybliżać to był Kyle. Rzadko kiedy przychodził do mnie do pracy a co dopiero pod wejście dla personelu. Zdjęłam słuchawki by móc go lepiej słyszeć. Szedł do mnie energicznym krokiem, zatrzymał się i spojrzał mi prosto w twarz.
- Ty szmato...
- Witaj Kyle! Ciebie też jest miło widzieć. - Odpowiedziałam z doskonale wyczuwalną ironią w głosie, już miałam się odwrócić gdy Kyle mocno szarpnął mnie za ramię, sprawiając że znowu stoję przodem do niego.
- Jak mogłaś mi to zrobić?!
- Jezu Kyle do rzeczy! Ciągle coś ci we mnie przeszkadza więc już straciłam rachubę co tym razem mogło cię tak z mojej strony unieszczęśliwić. - Na te słowa cisnął we mnie gazetą. Podniosłam ją, a to co zobaczyłam po prostu zbiło mnie z nóg. W gazecie było zamieszczone duże zdjęcie moje i Jared'a jak wychodzimy z jego domu, z ogromnym nagłówkiem " Jared Leto w końcu nie jest sam". Czytałam artykuł dotyczący mnie tak zachłannie że prawie mi oczy wyleciały jak przeczytałam te dyrdymały na mój temat.

" Frontman kultowego zespołu 30 Seconds To Mars,
został sfotografowany wczoraj z nieznaną nam 
do tej pory dziewczyną. Jest to Elizabeth Gartner,
zwyczajna mieszkanka Los Angeles. Czy są parą? Tego jak na razie 
nie jesteśmy w stanie powiedzieć, lecz bardzo dużo może nam wyjawić
strój, widoczny na tym zdjęciu - męska za duża koszulka. Czyżby Jared'a?"

Stałam jak słup soli, nie wiedząc co mam zrobić. Jak mam to wytłumaczyć? Odważyłam się spojrzeć mu w oczy.
- Posłuchaj, ja... - Nie zdążyłam czegokolwiek innego powiedzieć, poczułam tylko okropny ból. Uderzył mnie. Prosto w twarz zaciśniętą pięścią. Upadłam na ziemię. Drugi, trzeci, czwarty cios, nadal w twarz. Potem kopnął mnie w brzuch parę razy. Błagałam aby przestał, już miałam dość, ból był nie do zniesienia. Kopnął ostatni raz i odszedł, tak zwyczajnie jak gdyby nigdy nic odszedł. A ja leżałam zwijając się w kłębek. W końcu postanowiłam spróbować się podnieść na co tylko kaszlnęłam plując krwią. Zdołała wstać na nogi. Nikt zajścia nie widział. Weszłam szybko za drzwi kierując się do sklepu muzycznego. Weszłam od zaplecza, natychmiast kierując się do łazienki. Gdy tylko zobaczyłam się w lustrze zobaczyłam siniak okalający całe moje oko. Niedobrze. Nie łatwo będzie to ukryć... Spojrzałam na swoje ręce, również znajdowały się na nich lekko fioletowawe miejsca. wyjęłam kosmetyki z torby i zaczęłam zamalowywać bolące oko. Na to tylko założyłam okulary przeciwsłoneczne i delikatnie kuśtykając wyszłam z toalety prosto do pracy. Udałam się w stronę jeszcze nie rozpakowanych kartonów by poukładać towar na półkach. wtedy przeszedł obok mnie Mike.
- Lizz słuchaj chciałbym żebyś...
- Żebym co? - Patrzył na mnie dość obojętnym wyrazem twarzy albo przynajmniej ja go nie mogłam odczytać.
- Wszystko w porządku? Dobrze się czujesz?
- Tak, jest świetnie czuje się dobrze.
- Nie wyglądasz dobrze.
- To nie patrz. - Odpowiedziałam pokrótce i wróciłam do wykonywanej czynności.
- Dobra ja już nie mam siły ci prawić kazań żebyś dała sobie z nim spokój, chciałem tylko żebyś poukładała towar również z tamtych pudełek jak oczywiście skończysz już z tymi.
- Nie ma sprawy. - Posłałam mu niewinny uśmiech żeby po prostu się odczepił. Wszystko mnie bolało i na prawdę nie miałam siły ani ochoty na słuchanie jego esejów na temat życia "żyje się tylko raz" , " nie marnuj się z tym facetem" itp. Każda komórka ciała paliła mnie żywym ogniem. Proszki przeciw bólowe nie dawały takiego efektu jakiego się spodziewałam. Musiałam to wytrzymać. Dzień się dłużył niemiłosiernie i w końcu zbliżało się upragniona pora na przerwę czyli lunch.  Nie byłam głodna, chociaż właściwie może i byłam ale ból żeber sprawiał że oddychanie sprawiało mi nie lada trudność to co dopiero jedzenie. Brawo Kyle dobrze wykonana robota. Postarał się, nie ma co. Poszłam w stronę pokoju na zapleczu, w którym znajdowała się niewielka kanapa. Położyłam się na niej ostrożnie zdejmując ciemne okulary z oczu. Leżałam tak rozmyślając co powinnam zrobić. Mike ma racje i doskonale o tym wiem ale z moją dumą nigdy się do tego nie przyznam. On nic nie rozumie, to nie jest takie proste, szczerze mówiąc to zaczęłam się go bać, tak przyznałam to boje się go. Z czy to się wiąże że nie mogę go tak po prostu zostawić bo skutki takich słów mogły by być o wiele gorsze. Z moich rozmyśleń wyrwał mnie mój szef.
- Lizzy ktoś do ciebie.
- Już idę. - Wstałam powoli z kanapy. dlaczego te cholerne proszki nie działają?! Szłam w stronę kas, i zobaczyłam przy nich Jared'a. O kurcze, całkiem zapomniałam że się z nim umówiłam.
- W czym mogę służyć. - Zapytałam służbowo na przywitanie.
- Hej Lizz! - Odpowiedział mi pogodnie, ale natychmiast jego wyraz twarzy się zmienił. Zapomniałam okularów ze stolika... Niezręczna sytuacja.
- Jak się czujesz? - Zapytał po chwili.
- O bardzo dobrze dziękuję.
- Moim zdaniem nie wyglądasz dobrze.
- To nie patrz w takim razie. - Odpowiedziałam bezpretensjonalnie patrząc mu w oczy.
- Nie musisz tak naskakiwać od razu. Takie siniaki nie biorą od alergii.
- A żebyś wiedział, że jestem alergikiem!
- Niby na co?
- Na takich wścibskich ludzi, wtrącających się do cudzego życia!
- Bardzo śmieszne, widzę że masz niezły ubaw.
- Oj daj mi spokój. - Po tych słowach odszedł rzucając wściekłym spojrzeniem w moją stronę. Ojej jak mi przykro. Zaraz się popłaczę po prostu.
- Dałabyś chociaż raz sobie pomóc. - Usłyszałam za sobą Mike'a.
- Kolejny... Wy nic nie rozumiecie!
- To mi wytłumacz.
- To nie jest takie proste...

czwartek, 21 listopada 2013

Rozdział 5

~ Witam ponownie, kolejny rozdział opublikowany. Żadnych skarg od was nie widzę, więc wnioskuję że nie idzie mi aż tak tragicznie, także pisze dalej dopóki weny szlak nie weźmie, to by było na tyle ;)
Miłego czytania.

Lizz:
Nareszcie, nadeszła upragniona sobota. Mój ulubiony dzień tygodnia, dlaczego odpowiedź jest prosta, nie musiałam iść do pracy. Odkąd Mike zdecydował się na zatrudnienie praktykantki, miałam całe weekend'y wolne dla siebie i bardzo mi się to podobało. Jedyne to co robiłam w te dni to sprzątałam mieszkanie, czytałam książki, nawet zaczęłam uprawiać jogging co jest w ogólne do mnie lenia patentowanego nie podobne ale przy dłuższych zachętach mojej najlepszej przyjaciółki w końcu się jakoś przemogłam i przyznam że była to świetna decyzja, kondycje mam lepszą, schudłam nawet, i najważniejsze pozwala mi to o wszystkim zapomnieć, czasami każdemu się przydaje, no i oczywiście najważniejsze studia, tak studiuje zaocznie fotografię, jestem już na trzecim roku (w opowiadaniu te studia trwają tylko trzy lata) co oznacza że czas najwyższy wziąć się za prace magisterską, w prawdzie temat nie jest super ciężki ale jak chce się zaliczyć to trzeba się przyłożyć i włożyć w te fotki trochę serca, co oczywiście zawsze robiłam bo robienie zdjęć to moja druga miłość zaraz po pracy w sklepie, naprawianie instrumentów, czy sama pomoc zagubionym jeszcze w świecie muzyki ludziom w doborze sprzętu zgodnie z ich osobowościami. Tak to są rzeczy, które na prawdę w życiu mnie uszczęśliwiają. Dzisiejszy dzień był raczej spokojny, bezstresowy, słońce świeci, dobra muzyka w tle, herbatka, ciepły kocyk, Kyle się obraził i był zły więc raczej tego nie zakłóci... tak ogólnie mówiąc to żyć nie umierać! Kocham te słodkie chwile lenistwa, zresztą chyba jak każdy. Gdy tu nagle, jak na złość,co się dzieje? No oczywiście ktoś się musi dobijać do mojej osoby drogą telefoniczną, po jaką cholerę wymyślono telefony...
- Halo? - Zapytałam dosyć podirytowana że ktoś mi zakłóca spokój sobotniego popołudnia.
- Heej Lizz! - Ach no oczywiście, że też nie wpadłam na to, dzwoniła oczywiście Ellie.
- Hej hej, co tam ciekawego?
- A w sumie to dawno cię na oczy nie widziałam, może się spotkamy?
- Okej, też się stęskniłam, i mam sporo do opowiedzenia.
- To świetnie, bardzo się ciesze...
- Coś nie tak?
- A nie, nie... tylko wiesz nawiązując tego naszego spotkania....
- Mów, nie owijaj!
- Bo ja to już tak sobie siedzę parę ładnych minut w parku, tak w tym parku, w którym od jakiegoś czasu, w soboty umówione jesteśmy na spalanie tych małych, tycich, upierdliwych kalorii, które bezlitośnie włażą  w dupę, czyli krócej bieganie! - Patrzyłam się jak opętana przed siebie w przestrzeń, zapominając że rozmawiam przed telefon.
- Boże zapomniałam!!!
- Wiem, wiem. Dlatego zbieraj te mizerne cztery litery i zapraszam na totalny work out, mamy dziś długi dystans do pokonania. - Nawet nie odpowiedziałam bo pobiegłam do sypialni po moje ulubione czarne dresy oraz odrobinę za duża koszulkę do biegania. zawiązałam szybko już nieco powycierane buty do biegów długo dystansowych i pognałam w stronę umówionego miejsca. Dobiegłam w ciągu 10 minut. Miałyśmy razem z Ellie już dość dobra kondycję by w czasie biegu móc rozmawiać ze sobą, więc nie marnując czasu Ellie opowiedziała mi co się działo u niej w przeciągu tygodnia, gdyż tyle się z nią nie widziałam, a potem ja ze szczegółami opowiedziałam co się działo u mnie, niczego nie mogłam pominąć, bądź co bądź moja najlepsza przyjaciółka była strasznie wścibska, ale już zdążyłam się przyzwyczaić. Przyznam czasami ta dziewczyna doprowadzała mnie do istnej furii, miała swoje humorki, i wścibiała nos dosłownie wszędzie. Co jeszcze o niej, pochodzi z całkiem zamożnej rodziny, niczego w jej życiu nie brakowało, do pracy chodziła żeby się nie zanudzić na śmierć w jej ogromnym mieszkaniu. No ale cóż ostatnio mam ciężki okres w moim życiu, a ona starała się mnie pocieszyć z pomocą Kyle'a i była przy mnie, dziwne że tyle wytrzymała, zwykle ludzie nie pałają chęcią nawiązania ze mną dłuższych znajomości. Po tym wnioskuję że warto mieć taką osobę w zanadrzu. Mimo wszystko bardzo ją lubię.
- Tak, tak, dalej to sobie wmawiaj że to był "wypadek" - wymawiając słowo wypadek zakreśliła                w powietrzu cudzysłów.
- Oj weź skończ z tymi swoimi gadkami że "przeznaczenie" i inne takie bla bla bla, które robią ci wodę z mózgu. Musisz przestać czytać te durne romansidła czy co ty tam pochłaniasz...
- Sama powinnaś dać popis swojej wyobraźni, mogę ci nawet pożyczyć jedną świetną książkę, to zobaczysz o co mi chodzi.
- Weź przestań, sama się kiedyś przejedziesz na takim gadaniu, że istnieje ten jedyny, będziecie mieć dwójkę uroczych dzieci oraz na sam koniec będziecie wygrzewać stare tyłki na kanapie popijając ziółka i ogólnie to happy ever after. A jeśli ktoś złamie ci serce?
- A na to też jest rozwiązanie, zresztą jak na wszystko inne.
- Niby jakie?
- Kiedy ktoś ci złamie serce, daj mu z liścia, na serio, a potem idź na lody.
- I tyle? Lody?
- A co sobie wyobrażałaś? Super glue tutaj nie pomoże skarbie.
- Dobra jeśli kiedyś ktoś mi złamie serce to gwarantuję ci że pierwsze co zrobię pójdę na lody. - Powiedziałam to bardzo poważnie, a Ellie tylko spojrzała na mnie z miną zwycięzcy że w końcu udało mi się coś wpoić.
- A słuchaj, jakiś konkretny smak do tej twojej teorii? Bo wiesz jeszcze źle wybiorę i szlak wszystko trafi!
- Lizzy...raz byś mi zrobiła przyjemność i chociaż mogła udawać że wierzysz w to wszystko...
- Nie ma opcji, ja nie wierze w takie pierdoły... - Przebiegłyśmy całkiem spory kawałek, nie wiem dokładnie ile ale zaczynałyśmy się męczyć, więc najwyższy czas na powrót, po za tym zajęcia na uczelni zaczynały się nie długo. Po długich pogaduchach z Ellie, pożegnałam się z nią i przyspieszyłam w kierunki mojego bloku. Kiedy byłam na miejscu postanowiłam wziąć szybki, chłodny prysznic. Nie ma nic lepszego jak miły, przeszywający chłód zmęczone ciało. Wyszłam z łazienki ubierając się w czarne rurki i czerwony T-shirt a na to czarna koszula. zapinając guziki, zadzwonił telefon.
- Matko jeszcze się nie nagadałaś Ellie? - Usłyszałam szczery śmiech w słuchawce, nie było by to w ogóle dziwne gdyby to nie był męski śmiech, bardzo zbiło mnie to z tropu.
- Mam na imię Jared jeśli jeszcze pamiętasz, ale w ostateczności jeżeli prościej jest dla ciebie Ellie to nie ma żadnego problemu... - Kolejna salwa śmiechu z jego strony. W przeciwieństwie do niego, ja paliłam się ze wstydu, matko ale wtopa.
- O matko... kurcze, no wtopa, przepraszam nie spojrzałam na wyświetlacz zanim odebrałam... Jared. - Dodałam szybko, by nie wyszło jeszcze durniej niż jest.
- Nie no wiesz, na serio jak masz z tym problem, to nazywaj mnie jak ci wygodnie.
- Dobra, dobra. Już wyśmiane. - Sama zaczęłam się śmiać bo już nie wiedziałam jak się zachować.
- Dzwonie w jednej konkretnej sprawię.
- Jakiej?
- Masz ochotę na jakąś kawę czy coś w ten deseń?
- Jasne, a kiedy? - Odpowiedziałam bez wahania.
- No nawet za 10 minut.
- Uuuu...Nie bardzo...
- Dlaczego?
- Idę na uczelnię.
- Studiujesz? Super! A mogę się zapytać co?
- Fotografię. - Zapadła chwilowa cisza.
- Hmmm. A to się dobrze składa.
- Niby czemu?
- A nie, już nic. Nie ważne, dowiesz się niedługo. Dobra muszę już kończyć. Do zobaczenia Lizz!
- Okeeeejjj. Nie wiem o co ci chodzi, ale do zobaczenia!
O co mu chodziło? A kto by miał czas zgadywać, temu gościowi po głowie mogło chodzić dosłownie wszystko... Spojrzałam na zegarek, za chwilę miałam autobus. Wzięłam torbę a w niej aparat fotograficzny, telefon, słuchawki jak zawsze, jabłko,  portfel, i mogłam ruszać. Od mojego mieszkania do uczelni było około 40 minut drogi. W tym czasie słuchałam muzyki na cały regulator telefonu, co z tego że bębenki mi pękały, ale niektórych piosenek nie da się po prostu słuchać po cichu. Kiedy dotarłam do celu, przekroczyłam, duże drewniane drzwi i skierowałam się do sali zajęć. Czułam lekki stres, bo to dokładnie dzisiaj miałam się dowiedzieć jaki otrzymam temat pracy magisterskiej. Matko, a jeśli wylosuję coś okropnie trudnego... No nie dam rady, z moim szczęściem to dostanę coś wręcz niewykonalnego. Ale cóż jak to mama mawiała trzeba wziąć byka za rogi. Oj tak... trzeba było.Weszłam do sali spokojnym krokiem, zajęłam miejsce gdzie prawie przy końcu. po chwili na salę wszedł profesor, przywitał się ze studentami i zaczął opowiadać co nieco czego od nas wymaga. Następnie wziął do rąk przezroczystą kulę, w której znajdowały się różnego koloru kartki. Kazał nam podejść i wziąć jedną z nich. Moi znajomi przede mną byli zadowoleni ze swoich tematów, widać to było po ich minach, ale byli tez tacy co pod nosem wyklinali dzień, w którym wybrali ten kierunek studiów.Moja kolej, cóż... co będzie to będzie.Wzięłam kartkę koloru zielonego a na niej było napisane:

"Prawdziwa radość w obiektywie"

Pierwsza myśl, kurcze łatwo nie będzie. Ale jak by się dłużej zastanowić... w sumie do zrobienia. Jakoś to będzie, i ponownie zajęłam miejsce na tyłach sali. Profesor wrócił do prowadzenia zajęć i wyjaśnił nam czego dokładnie wymaga by praca zawierała.
- Właśnie wylosowaliście swoje tematy prac, mam nadzieje że im podołacie, a nie sądzę by były jakieś większe problemy. No ale, tak czy inaczej, zaprosiłem tutaj gościa specjalnego, by specjalnie dla was opowiedział co nieco o tematach prac, bo po nie kąt większość łączy się ze sobą. Jest to mój stary, dobry znajomy, który zna się na fotografii i wie co zrobić by wyciągnąć na zdjęciu to co powinno wyjść Później możecie zadawać pytania. Zapraszam! - Krzyknął wykładowca, a do sali weszła ostatnia osoba, której bym się tutaj spodziewała... Jared, tak ten Jared Leto. I w tym momencie olśniło mnie o czym mówił "A to się dobrze składa", podstępny typ. Wszedł na sale, przywitał się z nami, zamienił kilka słów na osobności z naszym opiekunem i można było dostrzec że biega wzrokiem po studentach, nagle jego wzrok spotkał się z moim. Od razu szeroko się uśmiechnął, na co tylko bez warunkowo odpowiedziałam lekkim uśmiechem. Następnie Jared zajął miejsce na krześle, siedząc twarzą skierowaną w naszą stronę, i zaczął opowiadać jak on to widzi. Ja jak już przywykłam na zajęciach, wyciągnęłam notatnik, ołówek i zaczęłam coś w nim kreślić. Łatwiej w taki sposób było mi się skupić słuchając takich wykładów. Ale widać niektórzy jeszcze za mało o mnie wiedzą...
- Tak chciałem tylko przypomnieć, że jeżeli komuś się nudzi, lub nie podoba mu się to o czym ja mówię, to śmiało, droga wolna, ja tu nikogo nie trzymam. - Gdy to powiedział zorientowałam się że chodzi o moją osobę, podniosłam wzrok znam kartki, a jego spojrzenie było skierowane centralnie na mnie, błąd, wszyscy się na mnie gapili. To było dla mnie dość niezręczny moment więc odłożyłam notatnik i pokręciłam głową na tą całą sytuację. Postanowiłam do końca wykładu siedzieć oparta o krzesło udawając  że jestem niezmiernie zainteresowana. Gdy Jared skończył, wszyscy zaczęli zadawać pytania, bardziej po to by zabłysnąć panu sławnemu Leto niż pytać bo na prawdę tego potrzebują. W końcu było już po wszystkim, można było spokojnie wyjść z sali czułam się skonsternowana tą sytuacją. Szłam właśnie przez korytarz zmierzająć do wyjścia, gdy wiadomo kto za mną krzyknął.
- Lizz, czekaj! - Zatrzymałam się zgodnie z prośbą i spojrzałam na niego z obojętnym wyrazem twarzy.
- Czego chcesz?
- Coś się stało?
- Czepiasz się po prostu.
- Oj weź przestań, przepraszam. Chciałem żebyś coś z tego wyniosła, zamiast jakichś bazgrołów w zeszycie.
- Jeeeju dzięki za troskę.
- Zawsze do usług. - Dodał zadowolony. Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, przed budynkiem czekała na mnie Ellie samochodem, jak zawsze zresztą by pojechać do niej do domu.
- To co jakaś kawa?
- Wiesz nie bardzo przyjaciółka na mnie czeka. - Wskazałam na Ellie opierającą się o samochód.
- Aaa... rozumiem. No tak czy siak, to może chciałabyś skoczyć z koleżanką na imprezę dziś wieczorem? Będzie fajnie, poznam cię z moim bratem jeśli chcesz, pogadamy w końcu trochę dłużej...
- No może wpadniemy...
- Świetnie! Namiary podam sms'em
Pożegnałam się z Jared'em i poszłam w stronę przyjaciółki. Ellie nie interesowała się zespołami takimi właśnie jak 30 Seconds To Mars, to był raczej typ dziewczyny czytającej Glamour lubiącą zakupy itp.
- Rany, co to za facet?
- To ten od koszulki.
- Serio?! Matko, i co tam nowego?
- Zostałyśmy zaproszone na imprezę dziś wieczór i się tak właśnie zas...
- Idziemy.
- Nawet nie dałaś mi skończyć.
- Nie ważne, idziemy.
- Skoro tak ci na tym zależy...
Dojechałyśmy do mieszkania Ellie. Nie chciało się już wracać  nam do mojego więc, pożyczyła mi jedną z miliona swoich pięknych sukienek, nie lubię sukienek ale akurat jej były śliczne, miały tak jakby swój charakter, wszystkie z nich idealnie pasowały do ich właścicielki a niektóre nawet do mnie. Międzyczasie Jared podesłał mi namiar klubu. A my kończyłyśmy układać włosy i robić makijaż. Szybko się ogarnęłyśmy i pojechałyśmy na wskazane mi miejsce w wiadomości. Klub na szczęście nie był aż tak daleko, dotarłyśmy na miejsce bez problemów. Wstęp był wolny, więc weszłyśmy wolnym krokiem do środka. Ciemne klimaty, takie jak lubię, gdzieniegdzie neonowe dodatki oraz dobrze oświetlony i wyposażony bar. Nie marnując czasu zamówiłyśmy razem z moją towarzyszką pierwszego drinka na rozluźnienie.

Jared:
- Kogo tam tak szukasz?
- Mówiłeś coś?
- Pytam się ciebie, kogo tak uporczywie szukasz w tym tłumie, to zaczyna się robić irytujące...
- A to niespodzianka, się zdziwisz jak zobaczysz. - zamówiliśmy kolejną kolejkę tequili i wróciłem do wypatrywania Lizz. A może olała zaproszenie, nie przemyślałem tego, fakt faktem że po co by miała przyjmować zaproszenie, nie jestem z nią w jakichś bliskich kontaktach więc spokojnie mogła zdecydować się robić coś innego w jej wolny wieczór. Ale zaraz.... Jest. A jednak przyszła, siedziała przy barze z ta samą dziewczyną, która czekała na nią pod uczelnią i obydwie sączyły jakieś kolorowe drinki. Obie wyglądały pięknie. Postanowiłem pójść po nie żeby usiadły razem z nami.
- Widzę że zdecydowałaś się przyjść. - Lekko zdezorientowana odwróciła się i uśmiechnęła.
- Jared, hej! No nie było nic lepszego do roboty to postanowiłam przyjść. O właśnie! Poznaj Ellie to jest Jared, Jared to jest Ellie, no to już się znacie. - Przywitała się ze mną z widoczną radością na twarzy, miła odmiana po ostatnich spięciach. Przy okazji przedstawiła mi swoją przyjaciółkę, która z twarzy tak samo jak Lizz wyglądała na bardzo miłą dziewczynę oraz odchodząc od tematu również była bardzo ładna...Będąc już przy barze zamówiłem coś mocnego dla mnie i Shannon'a i  zaprowadziłem dziewczyny prosto do naszego stolika w strefie V.I.P, który pozwalał na trochę prywatności no i oczywiście można było w miarę normalnie porozmawiać.
- Proszę, proszę... Kogo to moje oczy widzą. Gdy mówiłeś "niespodzianka" nie myślałem że aż tak mnie zaskoczysz.
- A jednak, no mniejsza. Shannon to jest Lizz, którą widziałeś już na koncercie, a to jest Ellie, jej przyjaciółka. - Shannon niczym prawdziwy gentleman, wstał i ucałował w dłoń obydwie przed chwilą przedstawione mu osoby, oczywiście dla popisu a jakby inaczej. Po czym usiedliśmy na kanapach i zaczęliśmy rozmawiać w sumie to o wszystkim o czym się dało, razem z moim bratem chcieliśmy jakoś bliżej je poznać. Zamówiliśmy od razu całą butelkę wysokoprocentowego trunku, tak na rozwiązanie języka i na rozluźnienie. Nie trzeba było długo czekać na efekty, bo już po parunastu minutach wszyscy ruszyliśmy na parkiet, bawiliśmy się świetnie, zero wstydu, pełen luz. Muzyka była dosyć szybka, zmęczyliśmy i już po kilku kawałkach udaliśmy się w stronę naszego stolika by kontynuować naszą nocną libacje przeplataną rozmowami trochę o nas trochę o naszych towarzyszkach. Na prawdę dawno tak dobrze się nie bawiłem w nowo poznanym towarzystwie, ale jak to niestety bywa na takich posiedzeniach bogatych w alkohol.... pyk i film się urywa, o wszystkim się zapomina i nie kontroluje się tego co przyjdzie do głowy automatycznie robi się wszystko, nawet te najgłupsze i niedorzeczne rzeczy, których normalnie by się nie zrobiło...

czwartek, 14 listopada 2013

Rozdział 4

~ Heeej! Oto kolejna partia moich wypocin, przyznam że ten rozdział szedł mi jakoś opornie i wyszło jak wyszło, myślę że nie ma jakiejś wielkiej masakry, sami ocenicie ;) Upomnę się po raz kolejny o mile widziany komentarz. Miłego czytania! :D


Lizz:
Wróciłam do domu zmęczona jakbym przebiegła 20-kilometrowy maraton, ale to było bardzo pozytywne zmęczenie, już dawno nie miałam takiego ciekawego dnia jak dzisiejszy. Przez pryzmat dzisiejszego dobrego humoru postanowiłam jeszcze przygotować jakąś kolację i ogarnąć ten chaos panujący w moim mieszkaniu, a raczej dziurze bo mieszkaniem to ciężko było nazwać, lecz jak to mówią ciasne ale własne. Przy tych jakże codziennych czynnościach nie mogło zabraknąć muzyki, przy niej jakoś wszystko szybciej szło i od razu lepiej się czułam, zapominałam o wszystkim i po prostu się jej oddawałam, jedyne źródło ucieczki od rzeczywistości, która czasami dawała popalić. Gdy już kończyłam sprzątać zaczęłam szperać w pustych jak i mój żołądek szafkach i szufladach w mojej kuchni, znalazłam jedynie makaron do spaghetti i ostatki warzyw, więc nie pozostało mi nic innego jak zrobić makaron z warzywami. Kiedy już wstawiłam makaron na ogień usłyszałam dzwonek do drzwi, bardzo dobrze wiedziałam kto stoi za nimi, a był to Kyle - mój chłopak, aczkolwiek coraz częściej zastanawiałam się czy jeszcze powinnam go tak nazywać, chociaż pomimo tego wszystkiego co robił, zawsze żałował i mnie przepraszał za te wszystkie siniaki i rany wyrządzone przez niego, a ja mu zawsze wybaczałam z nadzieją że kiedyś będzie inaczej i się zmieni. Jednak jak dotąd to jeszcze nie nastąpiło i za każdym razem gdy coś było nie po jego myśli ręka, noga wszystko czym dało się zadać ból wchodziło w ruch i to zawsze dostawałam ja, byłam po części jego workiem treningowym. No ale cóż poradzić, tylko on mi został, a ja nie chciałam być sama, po za tym też często mi pomagał i pożyczał pieniądze gdy zabrakło mi do rachunków. Teraz stał on przede mną z jedną czerwoną różą i patrzył na mnie ze skruchą, jak to zawsze po naszej kłótni kończącej się wiadomo z jakim końcem, starał się załagodzić swój występek.
- Lizz... Nawet nie wiesz jak jest mi głupio przez tą całą sytuację. Proszę wybacz mi...- wypowiedział wszystko na jednym wydechu i spuścił wzrok. Już sama nie wiedziałam co robić, to już był kolejny raz kiedy mnie skrzywdził, ale ja chyba byłam za bardzo do niego przywiązana, nie było mnie stać na to żeby go odtrącić więc tylko się do niego przytuliłam. Natychmiast chwycił mnie mocno i odwzajemnił uścisk.
- Wybaczasz mi?
- Na to wychodzi, tylko proszę nie rób tego więcej...a teraz chodź, przygotowałam kolację.- Od razu wszystko poszło w zapomnienie i rozmawialiśmy jak za zawsze o wszystkim i o niczym przy przygotowanym przeze mnie posiłku.
- Lizzy, a dlaczego masz poplamioną koszulkę?- Przez to całe oporządzanie bałaganu i gotowanie, całkiem zapomniałam o przebraniu się w czyste ciuchy.
- A taki tam mały wypadek.
- Jaki wypadek?
- Szłam na lunch i taki koleś wpadł na mnie z kubkiem kawy.
- Palant chodzić nie umie, trzeba mu było powiedzieć to i owo.
-Oj nie przesadzaj to był tylko mały wypadek, po za tym się zrekompensował.
- O naprawdę? A w jaki sposób?
- Wziął mnie na kawę.
- Nie no super, fajnie że się szlajasz z jakimiś pierwszymi lepszymi facetami, to może ja tez zacznę wylewać kawę na pierwsze lepsze laski i się z nimi umawiać za twoimi plecami co?- Widać było że znowu zaczyna wychodzić z siebie ale ja jak zawsze z moim charakterem nie dawałam za wygraną i drążyłam temat zamiast po prostu to zostawić i choć raz zadbać o własny tyłek by w końcu wyjść z tego bez szwanku.
- Weź nie przesadzaj to była tylko kawa, a po za tym skąd mam wiedzieć że tego nie robić gdy nie widzę?
Po tych słowach wstał z krzesła rzucił talerzem w podłogę, podszedł do mnie złapał mnie za ramię i pociągnął w swoją stronę na co ja nie złapałam równowagi i upadłam na ziemie, dla niego to nie stanowiło problemu podniósł mnie i przyparł do ściany, zaczął na mnie wrzeszczeć przy czym mocno ściskając za ramiona, aż czułam że krew mi nie dopływa, mówił jaka to ja jestem nie wdzięczna że za tyle co on dla mnie zrobił ja jeszcze miałam czelność mu coś takiego wypominać. W końcu puścił, zabrał płaszcz i wyszedł zostawiając mnie samą z przerażeniem w oczach i kolejnymi siniakami robiącymi się na moich ramionach. A ten dzień mógł się skończyć tak pięknie... Wstałam tylko z obojętną miną i poszłam wziąć gorący prysznic by zmyć z siebie cały stres ostatnich chwil, niestety nie zbyt pomogło. Pożyłam się na swoim dwuosobowym łóżku o dziwo jak na takie warunki mieszkalne bardzo wygodnym i nie wiedząc kiedy spokojnie zasnęłam.
Obudziłam się jak na mnie o bardzo wczesnej porze bo wyrobiłam się przed budzikiem do pracy. Powoli zwlokłam się do łóżka i udałam się do łazienki w celu odbycia codziennego rytuału makijaż itp. Nawet rano zdążyłam zjeść śniadanie, co już w ogóle nie było do mnie podobne. Zerknęłam na zegarek, mam jeszcze 10 minut do autobusu, wzięłam moją czarną, już lekko po przedzieraną torbę, włożyłam do niej telefon, słuchawki bo nigdzie się bez nich nie ruszałam, oraz portfel i wyszłam spokojnym krokiem na przystanek autobusowy. Autobus jak zwykle przyjechał o czasie, wsiadłam i zajęłam jedno z miejsc. Kiedy tak siedziałam moje siniaki zaczynały dawać mi się we znaki, ale z moim podejściem to tylko na nie spojrzałam i cóż poboli, kiedyś przestanie i zniknie. Kiedy dojechałam na miejsce, wolnym krokiem, jak zawsze podeszłam do tylnych drzwi budynku, pokazałam identyfikator i weszłam od tyłu za zaplecze sklepu. Jak tylko Mike mnie zobaczył spojrzał na mnie z ogromnym zdziwieniem.
- Jezu, Lizz! Co to się stało że tak wcześnie? Masz jeszcze około 10 minut. Już cię dawno nie widziałem o odpowiedniej porze w pracy.
- Raz na jakiś czas wypadało by wykazać się punktualnością prawda?- zapytałam ze szczerym uśmiechem.
- No jasne, jasne. A teraz do roboty!
- Tak jest szefie!- zasalutowałam mu na oznakę rozpoczęcia nowego dnia pełnego roboty. I zaraz po tym wzięłam się za układanie nowego towaru na pułkach.Właśnie przywieziono nowe gitary elektryczne, które musiałam zawiesić na specjalnym wieszaku zaczepionym prawie że pod sufitem, żeby umieścić je tam trzeba było się nie źle nagimnastykować zaczęłam wyciągać ręce ku górze by dosięgnąć uchwytu, za chwile podszedł do mnie Mike, kazał mi na chwile przerwać pracę.
- Lizz, znowu.
- Co znowu?- wziął mnie za rękę i pokazał fioletowe miejsce na moich ramionach i nadgarstkach.
- Znowu przychodzisz cała posiniaczona. Co się dzieje? Ktoś cię biję? Mogę ci jakoś pomóc? - spojrzał się na mnie z troską w oczach.
- Nic się nie dzieje, małe spięcie, takie tam błahe problemy, nic wielkiego...
- Maltretowanie kogoś to "błahe problemy"? Czy ty siebie słyszysz?! Kobieto przecież to ewidentnie widać że coś jest nie halo! Kyle cię znowu pobił?
- Oj daj spokój nic się nie stało, wszystko jest w porządku.
- Nic nie jest w porządku, jeżeli jedna osoba w związku jest traktowana jak śmieć to nie wiem czy w ogóle to można nazwać "związkiem"
- Daj spokój z dramatami.
- Lizz, proszę zrób coś z tym, zerwij z nim, znajdzie się lepszy, które będzie cie szanował...
- Nie potrzebuje księcia na białym koniu, może być dres na ośle. Ważne żeby mnie kochał, a Kyle mnie kocha.
- Nie wiem jak interpretujesz miłość, ale jak dla mnie takie zachowanie całkowicie jej zaprzecza!
- Dobra skończ, klienci czekają.- Starałam się znaleźć jakąkolwiek wymówkę byle tylko się odczepił, on tego nie rozumie, to nie jest takie proste jak by się wydawało. Owszem są złe chwile, które mam z Kyle'em dość często, ale po burzy zawsze wychodzi słońce i prędzej czy później się godzimy i jest dobrze. A z drugiej strony to nie wiem jak on by zareagował na wieść że już nie chce z nim być. Właśnie ta kwestia chyba najbardziej mnie przerażała i zarazem blokowała do podejmowania racjonalnych decyzji, które zapewne były by dla mnie o wiele lepsze. Dlatego byłam taka zamknięta na nowe znajomości, bałam się że potem mi się za to oberwie. Powinnam to zmienić. Po dłuższym rozmyślaniu opuściłam rękawy bluzy żeby nikt więcej nie pytał, bo im więcej razy powtarzałam formułkę że wszystko jest okej, stawało się to coraz bardziej bolesne. Zostało mi jeszcze sporo do zrobienia więc wróciłam do wykonywanej czynności. Kiedy skończyłam, udałam się na chwilę na zaplecze. Mijając ladę z kasą fiskalną, zobaczyłam niewielkie, kremowe pudełko, obwiązane bordową wstążką.
- Mike, jakaś poczta do ciebie czy coś.
- Co?
- Na ladzie leży jakieś pudełeczko.
- A tak, to dla ciebie.
- Jak to dla mnie?
- Normalnie, jakieś parę minut temu był tu jakiś klient, powiedział że cię zna i kazał ci to przekazać.- Zdziwiona całą to sytuacją, wzięłam pudełeczko i usiadłam na niewielkiej kanapie w pokoju dla personelu, po czym pociągnęłam za wstążkę i chwyciłam za wieczko.To co zobaczyłam w środku mile mnie zaskoczyło, na dnie była nowa koszulka, niemal taka sama jaką miałam wczoraj, która nie fortunnie została zachlapana kawą, oraz liścik.

"Chciałem Cię jeszcze raz przeprosić za wczoraj. Mam nadzieję że nowa bluzka się podoba i odpokutowałem ;) Chciałbym Cię jeszcze kiedyś spotkać, jeśli masz ochotę to w porze lunch'u w barze sałatkowym "Salad World". 

- Co to za chłopak? - Usłyszałam za sobą głos Mike'a.
- Świnia! Ja twojej korespondencji nie czytam.- Udałam obrażoną.
- Moim zdaniem powinnaś iść.
- Mówisz?
- No jasne, czemu nie.
- Sama nie wiem.- I właśnie sobie uświadomiłam, że włączyła się moja "blokada" na ludzi, i że tak dalej nie może być, że jeśli jestem z Kyle'em to nie mogę już się widywać z innymi ludźmi.
- A co tam, raz się żyje!
- No nareszcie to zrozumiałaś.
Pora lunch'u zbliżała się wielkimi krokami, więc postanowiłam się zbierać. Powiedziałam szefowi że wychodzę, i poszłam w stronę umówionego miejsca. Gdy już byłam na miejscu, zaczęłam się rozglądać za konkretną osobą. Nie było go, ale ze mnie idiotka, tak mi wyszło to otwieranie się na nowe znajomości, no cóż mówi się trudno, skoro już tu jestem to zdecydowałam się jednak coś zamówić podeszłam do lady i poprosiłam o sałatkę wegetariańską.
- Dla mnie to samo. - Usłyszałam za mną głos po czym zobaczyłam jak przy kasie ktoś wystawia dłoń a w niej trzyma banknot. Od razu stwierdziłam że to on po tatuażu, który znajdował się na nadgarstku. Odwróciłam się żeby się upewnić, a on tylko się uśmiechnął, wziął nasze zamówienie i zaprowadził do stolika po czym jak prawdziwy gentlemen odsunął mi krzesło, dawno mnie tak nikt nie traktował.
- Hej. - Przywitał się ze mną i znów się do mnie miło uśmiechnął, od razu odwzajemniłam gest.
- Cześć.
- Widzę że dzisiaj jesteś w lepszym nastroju niż wczoraj, miałem małe obawy czy przyjdziesz na ten lunch.
- Można tak powiedzieć że w lepszym. A dlaczego miałabym nie przyjść, zawsze to lepiej pogadać z kimś niż siedzieć samemu.
- Masz rację, dlatego postanowiłem cię zaprosić, jedzenie z własnym bratem wcale nie jest fajne. A po za tym przepraszam za spóźnienie, Echelon jest wszędzie.
- Nic nie szkodzi, rozumiem, życie gwiazdy rock'a pewnie wcale nie jest usłane różami.
- A żebyś wiedziała że nie.
- A propos pracy, skąd wiedziałeś gdzie ja pracuje?
- Szczerze? Po tym jak wyszłaś, poszedłem za Tobą.
- Śledziłeś mnie?
- Tak jakby... Ale w słusznym celu.
- To była tylko bluzka, nie musiałeś jej odkupywać.
- Chciałem się z tobą spotkać ponownie.
- Dlaczego?
- Bo chciałem cię rozgryźć.
- Nie rozumiem.
- Dawno nie spotkałem takiej osoby jak ty.
- Czyli jakiej?
- Tajemniczej, pewnej siebie, z charakterem, z sekretami, dużo by wymieniać.
- Naprawdę jestem warta marnowania ci popołudnia?
- Myślę że można to przedyskutować. O i jeszcze jedno, nawiązując do pierwszego spotkania, co się stało, że byłaś taka, hmm... zła, naburmuszona, sam nie wiem jak to określić. Zazwyczaj wszyscy pałają szczęściem i radością.
- Ja nie jestem wszyscy, może właśnie się cieszyłam? Tylko na swój własny sposób?
- W takim razie dziwnie okazujesz szczęście.
- Nie no po prostu zwykłe problemy.
- Mam nadzieję że już zażegnane.
- Mniej więcej.
Rozmawialiśmy jeszcze sporo czasu. Jak się okazało, Jared wcale nie był taki zły, był bardzo miły, umiał mnie rozśmieszyć, a co ostatnimi czasy było bardzo trudne. Gadało się naprawdę miło, postanowiliśmy się wymienić numerami telefonów, co potem wydało mi się głupie bo wyglądało to niczym scena z komedii romantycznej, ludzie się poznają i od razu wymieniają numerami telefonów. Gdy spojrzałam na zegarek okazało się że muszę natychmiast wracać.
- Jeju! Nie wiedziałam że tak długo tu siedzimy. Bardzo fajnie się gadało, ale muszę już lecieć.
- Mi też było bardzo miło, mam nadzieje się jeszcze z tobą spotkać.
- Ja też ale naprawdę muszę już iść, do zobaczenia! - Pomachałam mu na pożegnanie i szybko pobiegłam w stronę sklepu. Pozostałe godziny pracy zleciały mi bardzo szybko i miło, aż Mike był zadowolony z moich efektów pracy. Sama nie byłam pewna czy ja to ja, już dawno z nikim się tak dobrze nie rozmawiało.