Dream out loud

Dream out loud

czwartek, 28 listopada 2013

Rozdział 6

~ Oto rozdział 6. Chciałam wam powiedzieć żebyście się nie przejmowali że weszliście na jakiś inny blog lub jakiś inny adres wam się wklepał, bo eksperymentuję z tłami oraz bannerami do bloga także przez jakiś czas będzie tu panował mały remont ;) I jeszcze jedna sprawa, wszystkie postacie z wyjątkiem tych prawdziwych jak Jared, Shannon czy Tomo, są wymyślone przeze mnie podczas pisania, a mówię to dlatego iż czytałam ostatnio fanfiction też na ten temat i natknęłam się na identyczne imiona jakie tutaj występują, po prostu zbieżność. Hope you'll like it :)


Jared:
Obudziły mnie drażniące w oczy promienie słoneczne zwiastujące nowy dzień, ale również niesamowita suchość w ustach dzielona z bólem głowy. Byłem w moim pokoju, tak tego jestem pewien, tylko dobre pytanie jak się tu znalazłem? Sięgnąłem ręką w stronę mojej szafki nocnej po butelkę wody, która zawsze tam stała właśnie na takie okazje. Nic nie pamiętałem, kompletnie nic, pustka, tak jakby ktoś po prostu wziął nożyczki i wyciął klatkę. Głowa zaczynała dawać mi się we znaki coraz bardziej aż tu nagle poczułem lekkie poruszenie, przekręciłem się na drugi bok by sprawdzić co się dzieje.Obok mnie leżała Lizz, Jezu co ona tu robi?! Postanowiłem nie zwlekać, moja ciekawość do wydarzeń z poprzedniej nocy wzięła górę, więc postanowiłem delikatnie obudzić dziewczynę. Przekręciła się w moją stronę, lekko otworzyła oczy, po czym szybko odskoczyła jak oparzona.
- O matko...
- Właśnie... - Spojrzeliśmy po sobie z ogromnym zakłopotaniem, w ogólne nie wiedząc co robić dalej.
- Czy my... - Zapytała z niepewnością i strachem w oczach. Nie byłem pewien co odpowiedzieć, bo nie pamiętałem wydarzeń z poprzedniej nocy więc zacząłem się rozglądać po pomieszczeniu a wraz ze mną Lizz, to co zobaczyliśmy, wyczerpująco odpowiadało na nasze pytanie, tak.... tak spaliśmy ze sobą. W dodatku popatrzeliśmy na siebie, ja w samych bokserkach, ona okręcona kołdrą. Może dla mnie to nie była jakaś nowość bycia z kolejną kobietą w takiej sytuacji łóżkowej, to mojej towarzyszce jak zauważyłem bardzo to ciążyło. Widać było że dziewczynie ta wiadomość w ogóle nie odpowiadała. Zszedłem z łóżka i założyłem na siebie pierwszy lepszy T-shirt, a ponieważ Lizz nie miała nic ze sobą, pożyczyłem jej jakieś za małe już na mnie spodnie dresowe i bluzkę. W końcu po krępującej ciszy postanowiłem jakoś załagodzić sytuacje.
- Widzę, że bardzo cię gryzie to co między nami zaszło... - Z ogromnym zakłopotaniem w oczach odpowiedziała co jej leży na sercu.
- A czy ciebie to nie gryzie? Przespałeś się z praktycznie obcą osobą. - Milczałem chwilę, właściwie nie wiedziałem co czuję w tej sytuacji... Z jednej strony chciałem takiego końca, ale z drugiej było mi wstyd za siebie, z jakiegoś niewiadomego powodu nabrałem pewnego rodzaju dystansu to tej dziewczyny, ona nie była jak wszystkie inne czyli puste, lecące na kasę czy na samo nazwisko to było ewidentnie widoczne i było mi okropnie głupio za to co się wydarzyło. Czasu nie odwrócisz...
- To co zrobimy?
- Może po prostu zapomnimy o tym, tak jakby ta sytuacja nie miała miejsca. - Odpowiedziała stanowczo ale dało się dostrzec cień rozważania z jej strony czy chce zapomnień czy też nie.
- Jeśli tak będzie nam wygodniej to zgoda. - Przystałem na jej propozycję, ponieważ sam lepszej nie miałem ale tez nie do końca się z tą zgadzałem. Za jej prośbą pokierowałem ją do łazienki, a sam udałem się w stronę schodów do kuchni. Wyraźnie było słychać czyjeś rozmowy przeplatane śmiechem. Za pewne Shannon już wstał, tylko kto z nim rozmawiał? Czyżby Ellie też u nas nocowała? I czy tak samo jak ja miała przygodę z moim bratem? Gdzieś w głębi duszy miałem nadzieję że jednak tak nie było, i że nie mieli takiej krępującej sytuacji jak my. Wszedłem do kuchni, miałem racje to był mój brat wraz z El, siedzieli przy wysokim blacie pijąc coś ze swoich kubków.
- Zobacz El kto wstał.
- Ooo, hej Jared. - odpowiedziała zachrypniętym głosem, ze zmęczonym wyrazem twarzy spoglądając w moją stronę.
- Jak się czujesz Ellie?
- Fatalnie. - odpowiedziała bezceremonialnie.
- W jakim sensie?
- W każdym sensie...
- Uuu... Kac morderca nie ma serca.
-  A żebyś wiedział...
Spojrzeliśmy  po sobie z Shannon'em odpowiadając na to śmiechem.
- To wcale nie jest śmieszne... - Na co Shannon wykorzystał sytuacje jak to on by jeszcze bardziej rozluźnić sytuacje.
- Wiesz jak to mówią, życie to melodramat, w nocy - melo, a w dzień dramat. - Nie mam pojęcia skąd on bierze te jego mądrości życiowe, ale za każdym razem  rozwalały mnie na łopatki. Zaraz sobie przypomniałem że moja głowa się upomina o życiodajne w tej chwili proszki od bólu głowy. Nalałem sobie wody do szklanki i zaraz po tym poczułem jak ktoś się o mnie otarł, to Lizz zeszła do nas z góry i szeroko się uśmiechając przywitała się ze wszystkimi, a następnie zamieniła kilka słów z ledwo żywą przyjaciółką. Zacząłem krzątać się po pomieszczeniu starając się znaleźć coś co mógł bym zjeść. Przy czym zauważyłem że krótkowłosa blondynka co raz zerkała nie pewnie w moją stronę. Po dłuższych rozterkach co zrobić wszystkim na śniadanie złapałem pierwsze lepsze produkty i zacząłem tworzyć z nich kanapki. Ku mojemu zdziwieniu wszyscy się zajadali chociaż znajdowały się na nich same warzywa, wszyscy oprócz Lizz, nie wyglądała najlepiej, nie wiem, może to był po prostu efekt wczorajszej imprezy.
- Dobra mam propozycje, jak zjemy, to ja odwiozę do domu Lizz a Shannon odwiezie Ellie.
- Nie ma sprawy. - odpowiedział na znak zgody z moim pomysłem.
- Będę wam do końca życia wdzięczna, za Chiny bym nie doszła tak daleko sama... -El także się zgodziła, wyraźnie było widać że się zaprzyjaźnili, a nawet jeśli by się nie zgodziła to w tym stanie i tak by nigdzie sama nie doszła. Gdy spojrzałem na krótkowłosą, tylko kiwnęła posłusznie głową. Zjedliśmy wszystko do końca i postanowiliśmy się zbierać. Bo widząc jaką Lizz prowadzi wojnę w swojej głowie, postanowiłem nie zwlekać z odwiezieniem jej do domu. Wstaliśmy od stołu, cały czas szła za mną nic się nie odzywając. Otwierając drzwi, zostałem dosłownie oślepiony. Fotoreporterzy. Nie dobrze, bardzo nie dobrze. Jeszcze tego mi dziś brakowało. Poprowadziłem dziewczynę do auta, otwierając jej a następnie szybko usiadłem za kierownicą i nie zwlekając odjechaliśmy. Widząc minę mojej towarzyszki, można było powiedzieć, że pierwszy raz w życiu doświadczyła czegoś takiego - była w szoku.
- Nie przejmuj się nimi,  zwykłe mendy zatruwające mi życie niemal każdego dnia.
- Jak możesz z tym żyć?!
- Jakoś trzeba. Co poradzisz?
Podczas jazdy spytałem tylko o jej adres. O niczym więcej nie rozmawialiśmy. Nawet nie nalegałem, musiała sobie to wszystko przemyśleć, chociaż nie do końca rozumiałem czym tu się tak dręczyć, zwykła wpadka przy pracy i tyle, zdarza się. A może to jest tylko moje podejście.
- Dobra to już tutaj, na górę wejdę sama. Dzięki za zaproszenie na imprezę, mimo wszystko było genialnie. - Odpowiedziała z uśmiechem na twarzy, chyba jej przechodziło.
- Nie ma za co. To jak, o tej samej porze w poniedziałek na sałatkę?
- Wegetariańską oczywiście.
- A jak by inaczej. - Pożegnaliśmy się w dobrych humorach. Już miałem odjeżdżać gdy zobaczyłem gdy Lizz była już prawie w progu drzwi, ktoś do niej podszedł, nie wiem kto to był, pierwszy raz widziałem gościa na oczy. Wyglądał na bardzo zezłoszczonego widokiem dziewczyny, złapał ją za nadgarstek i mocno pociągnął w swoją stronę, chwycił palcami za brodę każąc spojrzeć jej na niego a potem powiedział jej coś prosto    w twarz, najwyraźniej krzyczał. Chwile potem już ich nie widziałem weszli do budynku. Nie rozumiem, o co mogło chodzić. Byłem nieco skonsternowany całym zajściem. Może to nic poważnego, będzie czas żeby się zapytać.



Lizz: 
Co ja najlepszego zrobiłam. Sama siebie nie poznaje ja i takie wpadki? W życiu bym nie powiedziała że tak zabaluje żeby później wpaść komukolwiek do łóżka. Co za wstyd...Pewnie sobie teraz myśli jaka to ja łatwa jestem. Jednak to już trochę jednak za późno na takie rozmyślania, trzeba było myśleć wcześniej moja droga. I jeszcze te paparazzi, oby nie było z tego jakiejś większej afery, nie lubię zamieszania wokół mojej osoby i jeszcze jakby się Kyle dowiedział to po prostu kaplica. Siedziałam w samochodzie tuż obok niego, nie wiedząc jak mam się zachować, po prostu milczałam. W końcu dojechaliśmy pod blok. Jared postanowił jakoś załagodzić sytuacje zapraszając ponownie na sałatkę na co oczywiście przystałam. Humor odrobinę mi się poprawił, lecz tylko na chwilę. Już prawię byłam pod drzwiami gdy na ławeczce siedział sobie Kyle wyraźnie czekając, najwidoczniej na mój powrót. Gdy tylko mnie zobaczył poderwał się i szedł szybkim krokiem w moją stronę. Energicznie złapał mnie za nadgarstki sprawiając że ich prawie nie czułam, spuściłam głowę w dół by w jakiś sposób wyrwać się z uścisku, na to on złapał mnie za podbródek pytając.
- No patrzcie państwo kto raczył się pojawić w domu, można wiedzieć gdzie tak zabalowałaś? O i co ważniejsze z kim tam byłaś? Znając ciebie to puściłaś się z którymś.
- Nie masz prawa tak do mnie mówić!
- Mi to mówisz?! Siebie posłuchaj. Kto ci co miesiąc pożycza kasę żebyś miała gdzie mieszkać? Złamanego grosza nie dostaniesz od tej chwili!
Popchnął mnie, o mało się nie przewróciłam na chodniku. Otworzył drzwi i kazał mi iść przed siebie            w stronę mojego mieszkania. Otworzyłam drzwi, weszłam do środka, już szykowałam się na cios w twarz czy gdziekolwiek indziej ale "mile" mnie zaskoczył tylko mówiąc.
- Jak tylko kiedyś cię zobaczę z innym albo się dowiem że się puściłaś to uwierz mi bój się. - I wyszedł, tak po prostu wyszedł. Nie lubię takiego napięcia, a czułam je aż za dobrze. Na tą chwilę nie ma zielonego pojęcia co mu może wpaść do głowy. Jeju a co ja się tak zaczęłam ty nagle przejmować nigdy mnie to jakoś specjalnie nie obchodziło to on sobie myśli bo tak czy siak mi się dostawało za byle co bym nie powiedziała czy zrobiła. Najwyżej dojdzie kolejny siniak wielkie mi co. Postanowiłam zabrać się do obmyślania koncepcji na temat mojego tematu pracy z zajęć z uczelni "Prawdziwa radość w obiektywie". Nie będzie to jakieś trudne, ale z kolei łatwe też nie bo jak ma znaleźć szczęście osoba, która rzadko jest z czegokolwiek zadowolona i dostaje od życia ciągle po mordzie? Nie mam pojęcia lecz cóż poradzić trzeba szukać. Uznałam że na początek dobrym miejscem na odnalezienie tego czego szukam będzie park, już chciałam wyjść ale zorientowałam się że nadal mam na sobie spodnie i koszulkę Jared'a. szybko się przebrałam w coś odpowiedniejszego, chwyciłam za aparat i pobiegłam do parku. Tak jak myślałam, park był trafnym miejscem, bawiące się w berka dzieci, osoby jeżdżące na rolkach czy deskorolkach, zakochane pary spacerujące pomiędzy drzewami i trzymające się za ręce. Nie pamiętam kiedy ja ostatnio z Kyle'em byłam na takim spacerze, nie pamiętam kiedy ostatni raz trzymaliśmy się za ręce, kiedy patrzył mi oczy z tą troską. Chociaż jakby spojrzeć na to inaczej, za ręce mnie trzymał co z tego że mam teraz całe posiniaczone ale jednak. W oczy tez mi patrzył lecz to raczej nie była troska, tylko hmmm.... Chęć mordu? Tak chyba  najlepsze określenie. Dłużej się zastanawiając to ile można fotografować zakochańców mało jest ich zdjęć? Dlatego przestawiłam się na skate'ów. O wiele lepszy widok, robili to co kochają i byli szczęśliwi. Jaki wynik prawdziwe szczęście. Spędziłam tak cały boży dzień na łapaniu tych jedynych momentów i nawet nie zauważyłam jak powoli słońce zaczęło zachodzić. Wracając do domu czułam się świetnie zapomniałam o codziennych sprawach, o Kyle'u, o niefortunnym zdarzeniu z Jared'em, o tym jak zdobędę pieniądze na rachunki, wszystko po prostu uleciało. Tego mi było trzeba. Weszłam do domu, odłożyłam aparat i udałam się w stronę kuchni by zrobić sobie kakao i kanapki. Założyłam na siebie ulubiony ciepły sweter i poszłam do swojej sypialni by tam zjeść swoją kolacje i dokończyć książkę.Nawet nie zauważyłam kiedy zasnęłam.
Następnego dnia obudziłam się dobre 20 minut przed budzikiem. ostatnio jak zauważyłam nie mam takich problemów ze wstawaniem co bardzo mnie cieszyło bo nie spóźniałam się do pracy. zrobiłam sobie kawę, zjadłam płatki, i zostało tylko wziąć prysznic, umalować się i ubrać. Sprawnie wszystko szło, miałam bardzo dobry humor, zero koszmarów w nocy, nawet wpadło mi do głowy kilka pomysłów co to tego jak zrobić to najlepsze zdjęcie. Wyszłam z domu, wziąwszy przedtem słuchawki, telefon, identyfikator oraz portfel jak zawsze z resztą. Na przystanku było mało osób, i dobrze bo będzie gdzie usiąść. Po krótkim czasie znalazłam się tuż pod galerią handlową, szłam powoli nie śpiesząc się, cały czas słuchając muzyki. Gdy nagle coś w melodii mi nie odpowiadało, słyszałam jeszcze jeden dźwięk nie dobiegając z mojej słuchawki. Odwróciłam się przez ramię i zobaczyłam że ktoś mnie woła. Postać zaczęła się przybliżać to był Kyle. Rzadko kiedy przychodził do mnie do pracy a co dopiero pod wejście dla personelu. Zdjęłam słuchawki by móc go lepiej słyszeć. Szedł do mnie energicznym krokiem, zatrzymał się i spojrzał mi prosto w twarz.
- Ty szmato...
- Witaj Kyle! Ciebie też jest miło widzieć. - Odpowiedziałam z doskonale wyczuwalną ironią w głosie, już miałam się odwrócić gdy Kyle mocno szarpnął mnie za ramię, sprawiając że znowu stoję przodem do niego.
- Jak mogłaś mi to zrobić?!
- Jezu Kyle do rzeczy! Ciągle coś ci we mnie przeszkadza więc już straciłam rachubę co tym razem mogło cię tak z mojej strony unieszczęśliwić. - Na te słowa cisnął we mnie gazetą. Podniosłam ją, a to co zobaczyłam po prostu zbiło mnie z nóg. W gazecie było zamieszczone duże zdjęcie moje i Jared'a jak wychodzimy z jego domu, z ogromnym nagłówkiem " Jared Leto w końcu nie jest sam". Czytałam artykuł dotyczący mnie tak zachłannie że prawie mi oczy wyleciały jak przeczytałam te dyrdymały na mój temat.

" Frontman kultowego zespołu 30 Seconds To Mars,
został sfotografowany wczoraj z nieznaną nam 
do tej pory dziewczyną. Jest to Elizabeth Gartner,
zwyczajna mieszkanka Los Angeles. Czy są parą? Tego jak na razie 
nie jesteśmy w stanie powiedzieć, lecz bardzo dużo może nam wyjawić
strój, widoczny na tym zdjęciu - męska za duża koszulka. Czyżby Jared'a?"

Stałam jak słup soli, nie wiedząc co mam zrobić. Jak mam to wytłumaczyć? Odważyłam się spojrzeć mu w oczy.
- Posłuchaj, ja... - Nie zdążyłam czegokolwiek innego powiedzieć, poczułam tylko okropny ból. Uderzył mnie. Prosto w twarz zaciśniętą pięścią. Upadłam na ziemię. Drugi, trzeci, czwarty cios, nadal w twarz. Potem kopnął mnie w brzuch parę razy. Błagałam aby przestał, już miałam dość, ból był nie do zniesienia. Kopnął ostatni raz i odszedł, tak zwyczajnie jak gdyby nigdy nic odszedł. A ja leżałam zwijając się w kłębek. W końcu postanowiłam spróbować się podnieść na co tylko kaszlnęłam plując krwią. Zdołała wstać na nogi. Nikt zajścia nie widział. Weszłam szybko za drzwi kierując się do sklepu muzycznego. Weszłam od zaplecza, natychmiast kierując się do łazienki. Gdy tylko zobaczyłam się w lustrze zobaczyłam siniak okalający całe moje oko. Niedobrze. Nie łatwo będzie to ukryć... Spojrzałam na swoje ręce, również znajdowały się na nich lekko fioletowawe miejsca. wyjęłam kosmetyki z torby i zaczęłam zamalowywać bolące oko. Na to tylko założyłam okulary przeciwsłoneczne i delikatnie kuśtykając wyszłam z toalety prosto do pracy. Udałam się w stronę jeszcze nie rozpakowanych kartonów by poukładać towar na półkach. wtedy przeszedł obok mnie Mike.
- Lizz słuchaj chciałbym żebyś...
- Żebym co? - Patrzył na mnie dość obojętnym wyrazem twarzy albo przynajmniej ja go nie mogłam odczytać.
- Wszystko w porządku? Dobrze się czujesz?
- Tak, jest świetnie czuje się dobrze.
- Nie wyglądasz dobrze.
- To nie patrz. - Odpowiedziałam pokrótce i wróciłam do wykonywanej czynności.
- Dobra ja już nie mam siły ci prawić kazań żebyś dała sobie z nim spokój, chciałem tylko żebyś poukładała towar również z tamtych pudełek jak oczywiście skończysz już z tymi.
- Nie ma sprawy. - Posłałam mu niewinny uśmiech żeby po prostu się odczepił. Wszystko mnie bolało i na prawdę nie miałam siły ani ochoty na słuchanie jego esejów na temat życia "żyje się tylko raz" , " nie marnuj się z tym facetem" itp. Każda komórka ciała paliła mnie żywym ogniem. Proszki przeciw bólowe nie dawały takiego efektu jakiego się spodziewałam. Musiałam to wytrzymać. Dzień się dłużył niemiłosiernie i w końcu zbliżało się upragniona pora na przerwę czyli lunch.  Nie byłam głodna, chociaż właściwie może i byłam ale ból żeber sprawiał że oddychanie sprawiało mi nie lada trudność to co dopiero jedzenie. Brawo Kyle dobrze wykonana robota. Postarał się, nie ma co. Poszłam w stronę pokoju na zapleczu, w którym znajdowała się niewielka kanapa. Położyłam się na niej ostrożnie zdejmując ciemne okulary z oczu. Leżałam tak rozmyślając co powinnam zrobić. Mike ma racje i doskonale o tym wiem ale z moją dumą nigdy się do tego nie przyznam. On nic nie rozumie, to nie jest takie proste, szczerze mówiąc to zaczęłam się go bać, tak przyznałam to boje się go. Z czy to się wiąże że nie mogę go tak po prostu zostawić bo skutki takich słów mogły by być o wiele gorsze. Z moich rozmyśleń wyrwał mnie mój szef.
- Lizzy ktoś do ciebie.
- Już idę. - Wstałam powoli z kanapy. dlaczego te cholerne proszki nie działają?! Szłam w stronę kas, i zobaczyłam przy nich Jared'a. O kurcze, całkiem zapomniałam że się z nim umówiłam.
- W czym mogę służyć. - Zapytałam służbowo na przywitanie.
- Hej Lizz! - Odpowiedział mi pogodnie, ale natychmiast jego wyraz twarzy się zmienił. Zapomniałam okularów ze stolika... Niezręczna sytuacja.
- Jak się czujesz? - Zapytał po chwili.
- O bardzo dobrze dziękuję.
- Moim zdaniem nie wyglądasz dobrze.
- To nie patrz w takim razie. - Odpowiedziałam bezpretensjonalnie patrząc mu w oczy.
- Nie musisz tak naskakiwać od razu. Takie siniaki nie biorą od alergii.
- A żebyś wiedział, że jestem alergikiem!
- Niby na co?
- Na takich wścibskich ludzi, wtrącających się do cudzego życia!
- Bardzo śmieszne, widzę że masz niezły ubaw.
- Oj daj mi spokój. - Po tych słowach odszedł rzucając wściekłym spojrzeniem w moją stronę. Ojej jak mi przykro. Zaraz się popłaczę po prostu.
- Dałabyś chociaż raz sobie pomóc. - Usłyszałam za sobą Mike'a.
- Kolejny... Wy nic nie rozumiecie!
- To mi wytłumacz.
- To nie jest takie proste...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz