Dzisiejszego dnia było tak cudownie, zdjęcia zrobione, nowy śmieszny znajomy Tomo, dziwne pogadanki z Jared'em, więc dlaczego by sobie tego dnia jeszcze bardziej nie umilić? Bez dłuższego zastanawiania wyjęłam ze swojego całkiem pokaźnego zasobem schowka małą paczuszkę amfetaminy. Szef ze względu na to, że dobrze wypełniam robotę, daje mi całkiem spore zniżki, kto by nie skorzystał, dają to bierz! Pociągnęłam, nagły skok wszystkich zmysłów, istny natłok myśli i totalna euforia... coś pięknego. Wszystko dookoła stało się przejrzyste i takie proste. Po jakimś czasie w końcu trochę do siebie doszłam. Cóż, przydało by się jeszcze trochę... Druga porcja i jedziemy, chwyciłam za torbę i stwierdziłam, że mój własny dom jest dla mnie za ciasny i, że natychmiast muszę wyjść na świeże powietrze. Tak też zrobiłam, szłam gdzie mnie nogi niosły. Podziwiałam rozświetlone ulice miasta aniołów, no ile bym razy nie przechodziła tymi chodnikami, parkami i Bóg wie gdzie jeszcze, to i tak kocham to miasto, szczególnie gdy jestem w takim stanie. Bądź co bądź, stwierdziłam, że udam się do mojej drugiej pracy a właściwie klubu, w którym dokonywałam odbioru przesyłki by donieść ją do adresata. Ale nie dziś, no nie dałabym rady, zresztą Jake sam mi powiedział (po zbędnych oględzinach zdecydowaliśmy się mówić na ty), że mogę przychodzić w wolnych chwilach, kiedy tam tylko chcę, i jeżeli jestem w takim stanie to mogę sobie wybrać kanapę VIP i zawsze tam posiedzieć. Całkiem spoko, nie powiem, że nie. Cały wieczór przegadałam ze znajomym mi barmanem oraz kilkoma innymi osobami, które też potajemnie robiły w tej branży, wiele mi doradzili jeśli o to chodzi i bardzo mi pomogli. Praca nas do siebie zbliżyła i świetnie się ze sobą bawiliśmy przez prawie, że całą noc.
Powoli się budziłam, a właściwie to te upierdliwe promienie słoneczne! Dlaczego ja nie zasuwam rolet na noc?! Czułam się całkiem wypoczęta, aczkolwiek na ten moment nie mam pojęcia co robiłam większość minionych godzin wstecz. Film mi się urwał, ale mam szczere nadzieje, że nie narobiłam sobie przypału. Kołdra jest jeszcze taka ciepła, ojej tak mi się nie chce wychodzić, leżałabym tak całą wieczność. No ale cóż, toaleta wzywa i trzeba jakoś spędzić produktywnie tą niedziele. Szybko się ogarnęłam i zjadłam śniadanie. Matko, nie pamiętam kiedy ostatnio byłam taka głodna. Te moje nocne wybryki wyzwalają u mnie nie mały apetyt. Moje nadzwyczaj powolne jedzenie jajecznicy przerwał dźwięk nadchodzącego sms'a.
"Co powiesz na wspólny niedzielny rodzinny obiad?"
"Brzmi nie źle ;) Gdzie i kiedy?"
"Zapraszam do siebie, co powiesz na 17:00? Shannon by po Ciebie przyjechał. Masz ochotę na coś specjalnego?"
"Jeśli o jedzenie chodzi to jestem wszystkożerna,zaskocz mnie. To do zobaczenia o piątej"
"Do zobaczenia ;)"
No to niedziela zaplanowana. Rodzinny obiad u Leto w domu. Rodzinny? A co on przez to rozumie? Nie no bez przesady pewnie chodziło bardziej o brata. Raczej by mnie nie zapraszał na jakąś rodzinną schadzkę z babciami i ciotkami. Na samą myśl aż się śmieje sama z siebie, po co te nerwy, spokojnie. Wstałam od stołu jadalnego, uniosłam talerz i postanowiłam w końcu wziąć się za moje już dawno odwlekane zmywanie. Nienawidzę tego. Otworzyłam laptopa i włączyłam moją playlistę. No i teraz sprzątanie można nazwać frajdą. Poruszałam się w rytm lecącej w tle muzyki rozmyślając nie wiem czemu akurat teraz mi to do głowy przyszło o moje całkiem nie dawno spędzonej upojnej nocy z Jared'em budząc się w jego domu, w jego łóżku, w bardzo niezręcznej sytuacji. Spodziewałam się większych wyrzutów sumienia jeśli chodzi o tą scenę ale miło się pomyliłam. W ogólne jakoś nie zdarzyło mi się poruszyć tej kwestii razem z nim. I zamiast się unikać, to nasza znajomość zdaje się przechodzić na nieco inne tory. Zaczynamy się lepiej poznawać, co akurat bardzo mi się podoba bo zawsze mi brakowało znajomych, należałam do typu samotnika. Tylko z Ellie mi się udało zaznajomić na dosyć sporą ilość czasu. Niektórzy by mogli powiedzieć, że robię to tylko dlatego, że on jest sławny albo, że ma pieniądze. Przykre stwierdzenie, zabolało by mnie to. Jakoś po prostu tak wyszło, sama się, że akurat mi się coś takiego przydarzyło. Ciekawa przygoda. Dobra, przydałoby się wybrać coś na to wyjście. Migiem na oględziny do szafy, i jak zwykle nie ma się w co ubrać, no bądź co bądź ale nie zwykłam nosić często sukienek. Kurcze, skoro wpadło mi trochę kasy do portfela to może nie zaszkodziły by mi jakieś mini zakupy. Tak na pewno się w najbliższej przyszłości na nie wybiorę. Bo dłuższych przemyśleniach zdecydowałam się na zwyczajną, prostą niebieską sukienkę, sięgającą do połowy uda. W sam raz na obiad. Zaczęłam się w nią przebierać przy czym usłyszałam piknięcie dochodzące z mojego komputera, co oznaczało przyjście nowej wiadomości. Szybko narzuciłam na siebie materiał i podeszłam do stolika z danym urządzeniem.
" Witam.
Nazywam się Michael Bridge jestem koneserem sztuki oraz posiadam własną galerie, piszę gdyż poprzez mojego wspólnika dowiedziałem się, że studiuje Pani fotografie i robi wspaniałe zdjęcia, a jeśli on tak mówi to coś na prawdę w tym musi być. Liczę na to, że będę miał wkrótce okazje zobaczyć te wspaniałe fotografie. Jeśli jest Pani zainteresowana współpracą ze mną, proszę odpisać mi na tego maila i wspólnie ustalimy datę spotkania.
Pozdrawiam
M.Bridge"
Co to do jasnej cholery ma być?! Jaki wspólnik? Jakie zdjęcia? O co chodzi?! Musiałam się wczoraj nie źle zabawić. Dobra spokojnie, odtwórzmy wydarzenia z poprzedniego wieczora. Rozmawiałam ze znajomymi i jakoś wtedy zaczęło się urywać. Chociaż faktycznie no jak Boga kocham komuś dawałam aparat do rąk. Z kimś rozmawiałam.. Coś mi świta. Faktycznie ktoś się przyglądał tym zdjęciom ale co mówił to za Chiny sobie nie przypomnę. No dobra raz kozie śmierć.
"Witam.
Jestem Elizabeth Gartner, owszem studiuje fotografie. Skoro zostałam tak polecona takiej ważnej osobistości jak Pan, myślę, że spotkanie z Panem było by dobrym wyjściem. Rozumiem, że na spotkanie mam wziąć kilka zdjęć. Proszę powiedzieć kiedy Panu pasuję się spotkać.
Pozdrawiam
E.Gartner
Dziwna sytuacja, bardzo dziwna. No ale dobra, kto wie może coś z tego dobrego wyniknie. Kliknęłam "wyślij" i zamknęłam laptop. Szybko do łazienki się umalować, postanowiłam na naturalność, odrobina tuszu i błyszczyk na usta. Wyszłam z łazienki już praktycznie gotowa, ale w sumie to nie wypada iść tak z mordą na pączki, tak, przydało by się jakieś wino. Coś tam się powinno znaleźć. Nie znam się na winach, El dała mi jakieś na moje imieniny, mimo to, że ich w ogóle nie obchodzę. To chyba będzie odpowiednie, z drugiej strony nie wypada dawać komuś na prezent to co się dostało na prezent, ale ja sama pić nie lubię, więc zrobię przyjemność i sobie i gospodarzom. Dźwięk sms'a, pewnie od Jared'a.
"Shann będzie za jakieś 15 minut, szykuj się ;)"
"Okej"
Szybkie poprawki sukienki, makijażu, alkohol w rękę i w drogę. Jeju czym ja się tak denerwuję, to tylko obiad, matko. Powoli bez, pośpiechu zeszłam schodami na sam dół bloku. Shannon przyjechał najwidoczniej wcześniej ale z tego co widzę nie przyjechał po mnie sam, w samochodzie był ktoś jeszcze. Spokojnie podeszłam i otworzyłam sobie drzwi.
- Hej Lizzy!
- Cześć!
- To co jedziemy na te posiadówę. A żebyś się nie czułam samotna to wziąłem ci Ellie do towarzystwa.
- O Boże, El!
- No co, Tomo bierze Vicky, to i my postanowiliśmy kogoś zaprosić, więc Jared zaproponował tobie a ja El.
- Nie no bardzo fajnie, dzięki.
- Nie mnie dziękuj, Jared'a pomysł.
- W ogóle to mamy taką mini niespodziankę ale to dopiero po obiedzie, a właściwie to prawie, że kolacji.
Ale młody powiedział, że jeśli wam powiem to mam się bać co mi zrobi.
- Już się doczekać nie możemy!
Shannon przypominał mi w tej chwili małe dziecko, które niecierpliwie czeka na Świętego Mikołaja. Do ich domu mieliśmy około piętnastu minut drogi, zaczęliśmy rozmawiać, a szczególnie Ellie z Shannon'em, tak, im to się rozmowa kleiła. Już dawno nie widziałam El takiej roześmianej. Widać, że dobrzy z nich kumple będą. W tle leciało radio, zaczęła się jakaś stara piosenka Red Hot'ów. Rzaem z El doskonale znałyśmy niemal każdą ich piosenkę więc natychmiast zaczęłyśmy po cichu, każda sobie ją nucić, no ale nie Shann. Dopier teraz zrozumiałam, i odpowiedziałam sobie na nurtujące pytanie, dlaczego Zwierzak nie śpiewa z bratem w duecie czy coś. Teraz już wiem. Bo po prostu nie umie. Jego śpiew, to jakby zabijanie kurczaka na rosół, czy coś w podobie tego.
- Jezu, Shann! Błagam ucisz się! Tego się nie da słuchać.
- Ejj! Wy się po prostu nie znacie...
Udawał bardzo skruszonego, ale jednak mu to nie wychodziło tak jak by chciał. Tylko jeszcze bardziej nas rozśmieszył. Powoli dojeżdżaliśmy do ulicy, na której mieszkali bracia Leto. Od razu by to widać, że nie mieszkają na jej ludzie z ulicy. Istny przepych. Auto się zatrzymało wjechaliśmy na podjazd.
- Nie tego szczerze spodziewałam się po waszym domu.
- Wyobrażałaś sobie czekających a ciebie lokai, złote ściany domu, idealnie przystrzyżona trawa, a w okół ciebie skaczących i tańczących baletmistrzów?
- Dokładnie tak. Tyle może wykluczając baletmistrzów.
- Humor jak zawsze się trzyma.
- A jakże by nie.
- Dobra, może w końcu wejdziemy do tej naszej "willi". Panie przodem.
Szybko podbiegł do drzwi, wpuszczając nas pierwsze, obdarzając szczerym uśmiechem. Już od samego progu do mojego nosa dobiegały przecudne zapachy, aż ślinka cieknie, ale zapach nie był jedynym co dochodziło gdzieś prawdopodobnie z kuchni.
- Tomo! Do jasnej cholery wypierdzielaj mi z tymi palcami!
- Oho, szef kuchni się zdenerwował. Lepiej chodźmy tak szybko bo jeszcze ktoś wyjdzie z tego bez palca.
Przemierzyliśmy dość spory korytarz, wkraczając do wielkiego, gustownego salonu. Szaro czerwone ściany, białe kanapy, płaski telewizor i jeszcze kilka dodatków jeszcze bardziej upiększających to wnętrze.
- Proszę, rozgośćcie się, czujcie się jak u siebie. Zaraz wracam, Jared! Jesteśmy. - I zniknął gdzieś za drzwiami.
- Szczerze, to jakby mi ktoś powiedział, że kiedyś będę na kolacji u braci Leto to bym w życiu nie uwierzyła.
- Ja chyba też nie. Dziwnie być znowu w tym domu.
- No bez przesady.
- No ty najwidoczniej nie miałaś tak upojnego wieczora jak ja...
- Że co proszę?! - Osz kurde ale gafa. Tak się składa, że nie powiedziałam El o tym co się stało tamtej nocy, jak mogłam taką informacje przeoczyć!
- No zdarzyło się, ale byliśmy oboje tacy schlani, że żadne z nas nic nie pamięta.
- To skoro żadne nic nie pamięta to skąd wiecie, że coś się w ogólne stało.
- El. Błagam. Nie każ mi tłumaczyć. Reagujesz jakbyś przyłapała na tym rodziców!
- Ale mogłaś się pochwalić. Najlepszej przyjaciółce byś nie powiedziała! A ktoś jeszcze się dowiedział?
- Powiedzieliśmy Kyle'owi. A w sumie to sam się domyślił bo jak to on - wszystko wie. I teraz dowiedziałaś się ty.
- Jak to tylko my wiemy?
- Stwierdziliśmy, że najlepiej będzie zapomnieć o całym wydarzeniu, a właściwie to jak [poprosiłam o takie zakończenie całej sytuacji.
- Aleś ty głupia... A mogłoby coś z tego wyjść!
- Jak zawsze El romantyczka... - Na całe szczęście do pokoju wparowali Tomo wraz z tego co wiem jego żoną - Vicky. Sprawiała wrażenie bardzo miłej kobiety, się okażę.
- Lizzy! Jak miło mi cię znowu widzieć!
- Mnie też ciebie bardzo miło znowu widać, Tomo. A teraz puść bo mnie zaraz udusisz!
- Oj przepraszam. Chciałem cię komuś przedstawić. Lizz, to jest moja najukochańsza żona Vicky. Vicky poznaj Lizz, nowa znajoma zespołu.
- Bardzo i miło, proszę mów mi Vicky. - Uśmiecha się tak samo wesoło jak i Tomo, to się dobrali.
- Mi też miło, Lizz jestem. A to jest moja najlepsza przyjaciółka Ellie...
- Już jestem! Przepraszam, że dopiero teraz ale musiałem wszystkiego... - Do salonu wbiegł Jared zasapany, pewnie zbiegał ze schodów. Zatrzymał się na samym środku, zaczął się usprawiedliwiać ale przerwał patrząc na mnie badając wzrokiem od dołu do góry. Wyraźnie czułam jak się na widoku wszystkich przeobrażam w chodzącego buraka.
- ...przypilnować, żeby tamten żarłok wszystkiego nie zeżarł.
- No bez przesady! JA wcale tak dużo nie jem...
- Chyba gdy śpisz. - To mu się żart udał, chociaż najwidoczniej Zwierzakowi się nie spodobał bo udawał nadąsanego.
- Lizz! Bardzo się cieszę, że przyszłaś. - Podszedł i delikatnie mnie uściskał. Przez jego ramie widziałam jak El szczerzy się do mnie z tym jej wyrażającym wszystko uśmieszkiem. Boże... kobieto...
- To ja dziękuję za zaproszenie.
- Moja przyjemność gościć tu ciebie.
- Ekhem...
- I was wszystkich... oczywiście. - Lekko się chłopak zakłopotał ale szybko załagodził podając w końcu do stołu.
- Dobra koniec tych powitań! Głodny jestem!
- Jak zawsze Shann... jak zawsze. - Wszyscy znowu obśmieli biedaczka, ale byliśmy tak wszyscy głodni, że przyznaliśmy mu racje, podawaj! Przyznam, całkiem smacznie wszystko wyglądało. Na stole znajdował się półmisek z lasagne, trzy rodzaje sałatek, Tomo dbał by żaden kieliszek nie był pusty i napełniał go czerwonym, słodkim winem. Żeby nie było, że mi nie smakuje bo nie zjadłam zbyt dużo, wypadało by podziękować za posiłek jak to mnie mama nauczyła.
- Jared, nie powiedziałabym, że potrafisz tak gotować.
- Wiele rzeczy jeszcze o mnie nie wiesz - puścił dyskretne oczko w moją stronę - ale mam nadzieje, że smakowało.
- O tak bardzo...
- Shannon. Powiedziałeś o niespodziance?
- Nie. Dotrzymałem słowa.
- No w szoku jestem, że ci się udało.
- To ja może pójdę przygotowywać tą niespodziankę bo jeszcze chwila i oszaleje...
- Idź, idź. Zawołaj nas kiedy skończysz. - Odprowadził go śmiejącym się wzrokiem, widać było, że jest w swoim żywiole, lubił dopiekać bratu, ale jestem pewna, że Shann też mu nie źle dopieka, tylko po prostu nie chce tego robić przy nas. Tomo cały czas robił za mistrza imprezy, wali żartami na prawo i lewo, na co pokładaliśmy się ze śmiechu, skąd ten człowiek czerpie tyle energii? Jared na chwile zniknął zerknął jak idzie Shannon'owi w przygotowaniu, po czym już po chwili wrócił zapraszając nas do ogrodu.
***
W życiu bym nie pomyślała, że mają taki duży ogródek. A co ważniejsze, że urządzają w nim ogniska. To mi do nich w ogóle nie pasuje, to takie... słodkie. Gorące kiełbaski prosto z ognia albo pysze pianki! Sama poczułam się jak mała dziewczynka z tatą na biwaku. Ach... miłe wspomnienia.
- Hej, co tak dumasz?
- Co? Ja? A nie, nic, tak sobie wspominam.
- A cóż takiego wspominasz?
- Wypady z moim tatem na biwaki, tez urządzaliśmy ogniska.
- Podoba ci się to?
- No jasne!
- To specjalnie dla takiej miny mogę takie ogniska robić.
- Haha dzięki...
- Proszę.
- Zadziwiasz mnie Leto.
- Dlaczego?
- Gotowanie, ogniska, pianki, jakoś mi to do ciebie nie pasuje.
- Jak już mówiłem, wielu rzeczy o mnie nie wiesz...
- A skąd wziął się ten pomysł na akurat taką niespodziankę?
- Jak z Shann'em byliśmy mali, mama często organizowała nam taką rozrywkę, i bardzo nam się to podobało. A, że poukładało się nam tak w życiu, że nie ma czasu na takowe rzeczy, to chwytamy chwile, no i proszę co wynikło. - Skończył zdanie wkładając sobie opieczoną piankę do ust.
- Faktycznie. W życiu nie powiem, wyszło wam. Gratuluję.
- Dziękuję.
- Jeśli chcesz to mogę pokazać ci coś jeszcze, co bardzo lubię robić z Shannon'em gdy jesteśmy akurat w Los Angeles w domu.
- Okej. - Wstaliśmy z krzeseł, opuszczając towarzystwo pochłoniętych rozmową między sobą rozmową Tomo z Vicky i Shann'a z El. Uuu no kto by pomyślał, że się tak zagadają, potem jej to na pewno wypomnę. A co. Jak się okazało ogród jest jeszcze większy niż się wydawało, zobaczyłam odkryty, podświetlony basen, do którego aż się chciało wskoczyć. Nieopodal stała altanka z ławeczkami o stolikiem. Minęliśmy klomby kolorowych schowanych już kwiatów gdy w końcu doszliśmy do miejsca gdzie rosło kilka drzew.
- No i proszę, o to najlepsza rozrywka na gwieździste wieczory takie jak dzisiejszy. - Szliśmy dalej przed siebie gdy znaleźliśmy się przy dwóch czerwonych hamakach. Jared usiadł na jednym pierwszy po czym zachęcił mnie ruchem ręki bym położyła się na drugim. Niebo faktycznie było bardzo gwieździste. Coś pięknego.
- I jak?
- Robi wrażenie. Już nie pamiętam kiedy ostatnio patrzyłam w niebo.
- Ja robię to gdy tylko jest w miarę ciepło na dworze. A znasz jakieś konstelację?
- Potrafię pokazać mały wóz.
- Czyli nie znasz. Mogę z kilka pokazać, dzisiaj idealnie widać. - zaczął wymieniać mniej więcej kojarzące mi się nazwy. Miło posłuchać, że interesuję go coś takiego.
- Znowu zadziwiasz Leto.
- Takie hobby. To może dla odmiany ty mi powiesz co lubisz robić?
- Hmm... No na przykład lubię ciepłe swetry, dobre książki albo filmy oraz najlepsze na wszystko - gorące kakao... O tak.
- Oj masz racje. Kakao i pianki mmm to jest to...
- Widzę, że podzielasz moje zainteresowania.
- A kto nie lubi dobrego filmu i kakaa?
- Nie mam pojęcia.
- No właśnie. - Przegadaliśmy tak Bóg wie ile czasu. Bardzo fajnie się nam rozmawiało, chociaż gdy zrobiliśmy sobie kilkuminutową cisze by popatrzeć w skupieniu w niebo przyznam trochę mi się przysnęło, to cała zasługa tego słodkiego wina, ach Tomo... Obudziło mnie gdy poczułam, że ktoś mnie podnosi, ale byłam taka zmęczona, że nawet nie miałam siły nic powiedzieć tylko stać mnie było na jakieś ciche mruknięcia.
- Ćśśś, śpij. - Po chwili już byłam w łóżku przykryta kocem po samą szyję, chciałam się poruszyć ale moje oczy były takie ciężkie...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz