Dream out loud

Dream out loud

piątek, 17 stycznia 2014

Rozdział 12

~ Witam, witam! Przepraszam, że się trochę spóźniłam z nowym rozdziałem bo nie opublikowałam w czwartek a niestety w sobotę ale w tym tygodniu miałam tyle pracy, że nie wiem jak temu podołałam... No jakoś się kręci. Miłej lektury, mam nadzieję, że się spodoba ;)


Ellie:
Boże jak ja nienawidzę latać samolotami. Tak przyznaję boję się. Nie żeby jakoś panicznie ale zawsze czuję dyskomfort podczas lotu. A szczególnie gdy lecę sama. Szkoda, że moja firma nie zarezerwowała tego lotu o wcześniejszej godzinie, dokładnie o tej, którym lecą chłopaki, było by przynajmniej raźniej, że nie jestem sama na pokładzie. Po chwili z głośników było słychać informację, że za chwilę startujemy więc nie pozostało nic innego jak włożyć słuchawki do uszu i włączyć muzykę. Tak przeminął mi prawie, że cały lot bo godzinę przed lądowaniem zasnęłam.
- Proszę pani?
- Och, tak?
- Podchodzimy do lądowania.
- Bardzo dziękuję za informację. - Uśmiechnęła się i kiwając grzecznie głową odeszła budzić innych pasażerów by powiedzieć im zbawienną dla mnie wiadomość. Boże pozwól mi i moim bliźnim w tym samolocie się nie rozbić, pozwól nam wylądować całym i zdrowym. I dzięki Bogu za 15 minut byliśmy już na płycie lądowiska. Można było wstać, wyjść i udać się lądem by odebrać swój bagaż. Gdyby ktoś się mnie spytał mnie co czuję po wyjściu z gigantycznej latającej maszyny, odpowiedziałabym, że jestem najszczęśliwszą osobą na świecie, bo przeżyłam!! Dobra dosyć gadania, Lizz powiedziałaby, że znowu dramatyzuję i że katastrofy lotnicze zdarzają się raz na nie wiem ile ale w każdym razie mnie się nic nie stanie. Bla. Bla. Bla. Okej, bagaż się sam nie odnajdzie. Trzeba wyruszyć na ekspedycje poszukiwawczą. Zanim dotarłam do celu, przypomniałam sobie o włączeniu telefonu, obiecałam Lizzy, że napiszę kiedy już wyląduję ale jak się okazuję nie tylko ona chciała to wiedzieć. Był też esemes od Shannon'a.

"Napisz do mnie kiedy już wylądujesz ;)"
" Jestem na lotnisku właśnie idę odebrać bagaż"

Minuta nawet nie zdążyła upłynąć kiedy moja komórka zaczęła wibrować w oznace, że ktoś się do mnie dobija.
- Halo?
- Hej Ellie! Tu Shannon, jak ci minął lot?
- O cześć Shann, a nie najgorzej, dziękuję.
- Czemu nie najgorzej, coś nie tak?
- Nie, nie. Ja po prostu nienawidzę latać...
- Aaa, teraz rozumiem. Eee...ekhem... yyy. El a robisz coś jutro wieczorem?
- To zależy, o której.
- Powiedzmy, że około 20?
- Uuu, idę na pokaz o 18, a potem muszę się tam pokręcić i pozadawać kilka pytań, skończę dopiero jakoś o w pół do dziewiątej...
- Bez problemu, przyjadę po ciebie. To znaczy jeśli masz ochotę gdzieś później wyjść... ze mną.
- No jasne, że mam ochotę! Pójdę gdziekolwiek byle by nie siedzieć samej w hotelu...
- W takim razie do zobaczenia jutro. Na razie.
- Cześć. - Jest! Przynajmniej nie będzie nudno a z Shann'em bardzo lubię spędzać czas. To takie zabawne i słodkie kiedy wpada w zakłopotanie. Bagaż powoli nadjeżdżał z taśmociągiem innych walizek. W końcu z pomocą pewnego miłego, starszego pana, który pomógł mi zdjąć sporych wymiarów torbę podróżną, mogłam się udać do wyjścia w celu złapania taksówki. Na szczęście organizacja transportu nie była taka trudna, bo już po chwili żółty samochód z napisem "TAXI" podjechał dosłownie naprzeciwko mnie. Kierowca wysiadł, zabrał walizki to bagażnika i ruszyliśmy pod wyznaczony adres, gdzie znajdował się zarezerwowany przez moich współpracowników hotel. W międzyczasie zdążyłam napisać Lizzy, jak się czuję po locie, o spotkaniu z Shannon'em i o tym co będę robić jeszcze dzisiaj. Kazała mi robić dużo fajnych zdjęć gdybym zobaczyła coś fajnego. Lizz odwiedziła niewiele miejsc. Nawet nie jestem pewna czy kiedyś przekroczyła granice Stanów Zjednoczonych. A nie... kiedyś była w Kanadzie, nie pamiętam po co ale wiem, że tam była. Droga z lotniska  nie zajęła dużo czasu, za około 20-30 minut - nie jestem pewna ile - byłam już pod wejściem. Gdy tylko zapłaciłam za pojazd podbiegł do mnie boy hotelowy oferując swoją pomoc. Wraz z moim pomocnikiem udałam się do recepcji. Bez problemów dostałam kartę do swojego pokoju, po czym miła rudo włosa recepcjonistka wskazała mi drogę do windy. Hotel był bardzo ładny, wystrój bardzo prosty, nowoczesny. Dokładnie taki jak lubię. Dużo połączeń czerwieni, czerni, bieli i szarości. Pokój znajdował się na szóstym piętrze w połowie długiego korytarza. Pomieszczenie było podobne kolorystyką do holu. Od razu rzuciłam się na łóżko. Ooo tak, tego mi było trzeba. Lecz z moim szczęściem nie potrwało to długo bo oczywiście ktoś upierdliwy z obsługo albo inny ktoś zaczął się dobijać do drzwi. Wkurzona podeszłam i otworzyłam. Oczywiście boy hotelowy. Matko chyba jestem taka zmęczona, że zapomniałam o moim dorobku dowiezionym tutaj.
- Jeszcze mam przesyłkę dla pani.
- Przesyłkę?
- Oczywiście. - I wręczył mi bukiet biało - czerwonych róż.
- Ale od kogo to?
- Nie mam pojęcia proszę pani, ja tylko dostarczam.
- Dobrze dziękuję. - Ojej, dawno nie dostałam takiego typu przesyłki specjalnej. Ale niby od kogo? Od Shannon'a? Niee, no na pewno nie... W ogóle to co ja sobie myślę, koleś zaprosi cię gdzie a ty już sobie wyobrażasz nie wiadomo jakie rzeczy. Tak to właśnie jestem ja, mam bardzo bujną wyobraźnię. Pewnie od organizatora pokazu, albo pracodawcy.A po za tym to co ja mam z tym zrobić? Tylko wstawię do wazonu i co ? Będzie tylko stało i prędzej czy później i tak zwiędnie. Nie wiem, trudno, to wcale nie jest takie ważne żeby się tym zadręczać. Padam na twarz, tyle wrażeń co dziś to już dawno nie miałam. Jeszcze do tego między czasie odezwał się mój żołądek. No to już wyjdę na miasto bo jakoś nie mam ochoty jeść w hotelu. Zabrałam pieniądze i wyszłam. Waszyngton to co jak co piękne miasto. Robiłam po drodze dużo zdjęć. Nie były one jakoś super jakości i z pomysłem, ale zawsze jakieś. no w końcu to nie ja studiuję coś tam związanego z fotografią. Ale przyznaję jej, że upodobała sobie piękne hobby. Po paru minutach doszłam do bardzo przytulnej kafejki i zamówiłam coś dietetycznego od czego bym się nie upasła i co by nie było z mięsem. Nie żebym była wegetarianką ale nie przepadam za mięsnymi rzeczami.  Między czasie na stoliku pod wpływem wibracji zaczął tańczyć mój telefon.

"Podobał się prezent na powitanie w Waszyngtonie?"
"Doceniam gest, ale nie wysyłaj już kwiatów"
"Nie podobały Ci się? ;("
"BARDZO mi się podobały ;) Wole po prostu praktyczne prezenty"
"Zapamiętam na przyszłość..."
"Może spotkamy się jeszcze dzisiaj?"
"Chciałbym ale musimy z Jared'em i Tomo iść na jakiś wywiad a potem jakaś nudna impreza na której muszę być, więc spotkamy się dopiero jutro"
"Okej nie ma problemu, do jutra ;)"
"Do zobaczenia ;)"

Czyli dobrze myślałam, że to od Shann'a. Może niepotrzebnie mówiłam o tym, że nie przepadam za kwiatami. Trudno, teraz to już za późno. W końcu po około pół godziny mogłam ruszyć w dalszą drogę. Jak to ja, poszłam na małe zakupy, jakoś nie miałam szczególnie na nie weny, kupiłam ładną czarną sukienkę i parę bluzek. A i oczywiście mijając sklep z pamiątkami, tak jak obiecałam mojej najlepszej przyjaciółce, kupiłam jej magnes a nawet dwa. Dobra dosyć na dziś zakupów. Nie wierzę własnym słowom ale jednak zmęczenie wygrało... Gdy tylko weszłam do swojego pokoju rzuciłam swoje tobołki na podłogę, dłużej sie nimi nie przejmując i padłam zmęczona na łóżko.Sem, jako dobro najwyższe...

                                                                                ***

Powoli otwierałam oczy. Najwidoczniej zasnęłam. I do tego w ubraniu...Rany jak nie wygodnie, czuję się taka wypluta ale jednak wyspana. Powolutku, niezdarnie zwlokłam się z bardzo ale to bardzo wygodnego łóżka. A tak w ogóle to ile ja spałam? Boże kochany 12 godzin?! Nie pamiętam kiedy ostatnio zmarnowała tyle czasu na spanie! dobra spoko jest 10.00 rano, jeszcze sporo czasu, a muszę być na miejscu około o 16:30. Szybko weszłam pod prysznic a następnie zaczęłam się malować inne takie poranne rytuały. Z łazienki wyszłam za około półtorej godziny, tak wiem strasznie długo mi to zajęło ale to nie byle jaka impreza i potrzeba się co nieco odstawić. Założyłam na siebie wczoraj kupioną sukienkę. będzie idealnie pasować na taka okazje, szczególnie, że później czeka mnie wyjście sama nie wiem gdzie ze starszym Leto. Będzie wprost idealna. Włosy ułożyłam w delikatne opadające mi na ramiona loki. Muszę przyznać, że wyglądam bardzo dobrze. Zadzwoniła do obsługi hotelowej po mocna kawę i zestaw sałatek i poćwiartowane pomidorki. Długo nie czekałam, całkiem sprawnie wszystko dla mnie zorganizowali. O tak, tego było mi trzeba. Pożywne śniadanie, a właściwie taki trochę lunch bo było około 12:30. Boże jeszcze tyle czasu... Nie było co do roboty, to się zadzwoniło to Lizzy, do mamy, przygotowałam parę pytań, które muszę zadać kilku "wieszakom" - modelkom. Nareszcie przyszła godzina 15, czyli mogę się zbierać. Okropne korki. Jechałam dobrą godzinę na miejsce czyli idealnie dotarłam na czas, weszłam na salę i zajęłam miejsce obok kilku innych dziennikarzy dosyć prestiżowych gazet takie jak Glamour, Vogue i inne w tym stylu. Pokaz się w końcu zaczął, światła przygasły, notatnik z dłoń długopis jest. Można robić notatki. Zawsze tak robię bo mam strasznie słabą pamięć a tak to chociaż w takim półmroku zrobię pobieżne zapiski. kolekcja była bardzo prosta. Przeważały głównie kolory beżu, czerni i brązu. Dziwne bo to w sumie wiosna... No cóż, projektanci to artystyczne dusze. Nie rozumiem jak można być takim chudym... No bez przesady.Pokaz trwał mniej więcej godzinę, bardzo dobrze, ma więcej czasu na zrobienie wywiadu. Nawet udało mi się złapać na dwie minuty samego projektanta! Sukces. Obeszłam kilka wieszaków, solidnie wypytałam, niektóre odpowiadały całkiem mądrze inne mniej. Ale już moja w tym głowa żeby to wszystko sklecić. Na całe moje szczęście czas poświęcony pracy minął dość szybko. A za chwile miał przyjechać Shannon.


Shannon:
Jasna cholera jakie korki! Brawo chłopie! Brawo! Było wyjechać jeszcze później! Kretyn, no po prostu kretyn! Dobrze spokojnie bo ci cały wieczór łeb weźmie... Jestem zajebiście spokojny, jak pierdzielony kwiat walonego lotosu, na zajebiście spokojnej tafli jebanego jeziora... Jest nareszcie, samochody przede mną zaczęły ruszać z miejsca. Jestem już prawie na miejscu. Spóźniony już dobre 15 minut... Jeszcze sobie pomyśli, że ją olałem. Spokojnie jakoś się to sprostuje. Budynek ma chyba z dziesięć różnych wejść, no to szukamy. W końcu ją znalazłem. Łał... wygląda... zjawiskowo. Naprawdę ślicznie wygląda. Zaparkowałem samochód bardzo ostrożnie, żeby nie stuknąć bo wypożyczalnie mają to do siebie, że za malutką ryskę zdzierają z człowieka pieniądze jak skórę. Wziąłem prezent z fotela i ruszyłem w jej stronę. Wygląda na smutną, pewnie z powodu mojego spóźnienia. Zaraz to naprawimy.
-Witam, piękną damę.
- Shannon! Cześć, nareszcie jesteś, już się bałam, że...
- Że nie przyjadę? Nie tak łatwo się mnie pozbyć Ellen'o Silver, a mogę powiedzieć szczerze, że odkąd się obudziłem miałem cię na myśli. Proszę, to dla ciebie w ramach rekompensaty. - Wręczyłem jej dość nietypowy prezent ale o dokładnie taki efekt mi chodziło.
- Marchewki? - Dokładnie tak, bukiet pomarańczowych marchewek.
- Powiedziałaś, że wolisz praktyczne prezenty. A to możesz zjeść.
- Bardzo pomysłowe. Zaskoczyłeś mnie. Dziękuję bardzo. - I dziękując uśmiechnęła się do mnie najpiękniej jak tylko umiała. Podając jej ramię, zaprowadziłem ją do samochodu.
- Naprawdę, bardzo ładnie wyglądasz...
- Dziękuję, tobie też do twarzy w marynarce. Powinieneś częściej je zakładać.
- Wygodniej w T-shirtach.
- Wiadomo. A właściwie to gdzie mnie zabierasz?
- Żeby wieczór był jeszcze fajniejszy to postanowiłem zrobić ci niespodziankę.
- Uwielbiam niespodzianki!
- Dlatego specjalnie dla ciebie ją organizuję.
- Dlaczego specjalnie dla mnie?
- Bo specjalnie cię lubię.
- Specjalnie mnie lubisz?
- Tak. - Boże na jaki tor to zmierza?
- Też cię lubię. Jesteś inny niż wszyscy. Szczerze to nie spodziewałam się, że będziesz taki miły i fajny.
- Naprawdę? A jakiego mnie się spodziewałaś?
- Zołzowata gwiazda rocka która oczekuje, że wszystko jej się poda na tacy. Uzależniony od alkoholu i narkotyków. Sypiający z każdą laską, którą spotka i Bóg tam wie co jeszcze.
- Uuu.
- Uraziłam cię? Przepraszam, nie chciałam... Ja tylko..
- Wiem, nie szkodzi, sam się zapytałem. Mogę tylko wiedzieć, że alkohol piję okazyjnie, z narkotyków dawno się wykaraskałem i nikomu nie życzę tej brei, nie sypiam z pierwszą lepszą, do wszystkiego doszedł ciężką pracą i to wcale nie idąc po trupach a uczciwie.
- Wierzę ci na słowo. Wyglądasz na porządnego faceta cieszącego się życiem.
- I cieszę się życiem. Nawet w tej chwili.
- Ja też się teraz bardzo cieszę ale proszę powiedz mi czy daleko jeszcze do tej twojej niespodzianki??
- Już blisko, i to jest twoja niespodzianka. Z myślą o tobie.
- Nie mogę się już doczekać. Ale naprawdę, te marchewki. Po prostu bomba!
- Dokładnie o to mi chodziło. - Po pół godzinie byliśmy już pod restauracją. Wszystko wskazuję na to, że wszystko idzie zgodnie z planem.
- Zjemy kolację w takiej ładnej restauracji?
- Niezupełnie. - Po chwili podszedł do nas kelner albo bodajże ktoś inny z obsługi. Tylko kiwnął dyskretnie głową co tylko ja mogłem w tej chwili odczytać, po czym zaczął iść w stronę wind.
- O co chodzi? Nie zjemy tu?
- Niezupełnie.
- Niezupełnie, niezupełnie. Powiedziałbyś coś więcej?
- O nie. Jeszcze chwilę wytrzymasz. - Chciała udać obrażoną ale niestety słaba z niej aktorka.
- Nawet miną zbitego psa nic nie zdziałasz. Aktorka z ciebie kiepska...
- Ejj noo... - Weszliśmy do obszernej windy, po czym zostałem poinformowany przez "przewodnika", na które piętro mam się udać razem z Ellie. Kliknąłem guzik z numerem odpowiedniego piętra i winda ruszyła.
Im wyżej byliśmy tym napięcie we mnie coraz bardziej rosło. W końcu odezwał się krótki dźwięk oznaczający, że jesteśmy na miejscu. Puściłem ją przede mną i prowadziłem przed siebie w stronę schodów. Kilka stopni i byliśmy w samego celu. Uważnie obserwowałem reakcje El.
- Zjemy kolację na dachu?
- Tak, to... to jest właśnie ta niespodzianka... - Nic. Cisza. - Podoba cię się...?
- No pewnie, że tak! Nigdy w życiu nikt czegoś takiego nie zrobił! Stąd przecież widać przepięknie całe centrum Dziękuję! - Radość aż z niej kipiała, ja tylko odetchnąłem z ulgą ale gdybym zaraz nie złapał oddechu to bym się udusił bo Ellie rzuciła się na mnie z bardzo dla mnie miłym uściskiem. Była taka drobna, że prawię mogłem ją objąć dwoma rękoma.
- Nie ma za co, strasznie się denerwowałem czy wypali.
- Widziałam, ale nie martw się bardzo ale o bardzo mi się podoba.
- Zaraz jak to widziałaś?
- Kiepski z ciebie aktorzyna Shannon.
- No bardzo śmieszne. A tak serio to po czym poznałaś?
- Gdy się denerwujesz wykręcasz sobie palce i się jąkasz. Tak jak małe dziecko, to takie słodkie.
- Facet czterdzieści lat i zachowuję się jak dziecko, no nieźle.
- Ale to tak pozytywnie. Każdy coś takiego ma, widoczne bardziej lub mniej. - Zanim ja usiadłem przy stole, chciałem zrobić dobre wrażenie więc odsunąłem jej krzesło, sam usiadłem i zaczęliśmy powoli jeść. Między posiłkiem rozmawialiśmy, śmialiśmy się. Dawno się tak dobrze nie bawiłem i to w towarzystwie kobiety... Trochę też chodziliśmy oglądaliśmy widoki oświetlonego Waszyngtonu. Bardzo jej się to wszystko podobało, a ja skakałem gdzieś w głębi siebie z radości, że wszystko mi się udało.
- Jeszcze nigdy nikt nie sprawił mi większej przyjemności, jeśli by ci się kiedyś nudziło to możesz mi robić tego typu niespodzianki, ja się piszę.
- Dla takiej osoby warto robić więcej takich akcji.
- Oj przestań prawić mi takie komplementy, zaraz będę cała czerwona jak burak...
- Zasługujesz na nie w stu procentach. - Chwila bardzo przyjemnej dla obojga ciszy...
- Patrzymy się na siebie jakbyśmy mieli się zaraz pocałować...
- Może powinnyśmy? -  Nawet nie zdążyła odpowiedzieć na to pytanie bo dosyć bezczelnie zamknąłem jej usta delikatnie ją całując. Teraz jestem w stanie zrobić wszystko, by takich chwil było więcej nie pozwolę żeby coś się spieprzyło.




2 komentarze:

  1. Wiedziałam!! <3 Twoja twórczość jest niesamowita. :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jej :D Dziękuję, bardzo podnoszące na duchu ;) Miło, że grono czytelników odrobinę się powiększa.

    OdpowiedzUsuń