Dream out loud

Dream out loud

czwartek, 19 grudnia 2013

Rozdział 8

~  Jeszcze raz strasznie was przepraszam, że w zeszłym tygodniu nie było rozdziału, mi samej jest z tym źle, już zdążyłam się przyzwyczaić do tej miłej rutyny pisania ;) Niedługo zostanie zmieniona muzyka na bardziej nastrojową - czyli świąteczną. Chciałam wam odrobinę przybliżyć atmosferę Świąt Bożego Narodzenia ponieważ sama nie za ją bardzo czuję no ale w każdym razie chciałem życzyć wszystkim, którzy tutaj zaglądają wesołych i radosnych świąt! :D Miłego czytania.


Minął miesiąc, zleciało jak z bicza strzelił. Prawie, że zapomniałam już o wszystkich przykrych wydarzeniach. Byłam dosyć zajęta więc nie było nawet czasu kiedy o tym myśleć. Praca w sklepie, studia, jogging z Ellie, szukanie najlepszych zdjęć, kawa albo sałatki z Jared'em  no i oczywiście moja druga praca. O dziwo jeszcze nikt się o niej nie dowiedział z czego jestem bardzo zadowolona. Praca ta nie była jakaś super, ale dawała wystarczająco dużo pieniędzy by opłacić wszystkie rachunki, czesne na studia i parę innych rzeczy niezbędnych do życia. To był plus tejże roboty ale jak każda praca ma też ona swoje minusy a mianowicie, uzależniłam się. Tak przyznaję, dałam się. Chociaż szczerze mówiąc nie przeszkadzało mi to jakoś szczególnie. Czułam się odprężona. Już prawie zapomniałam co to znaczy. Kyle dostał zakaz zbliżania się więc mogłam być spokojna, bo na prawdę nawet nie próbował się ze mną kontaktować. Tak, można powiedzieć, że wszystko się zaczynało układać. Z uśmiechem twarzy, chwyciłam za torbę z aparatem telefon w kieszeń i wyszłam z domu na spotkanie z Ellie. Obydwie byłyśmy bardzo pochłonięte naszymi sprawami, nie tylko ja ostatnio byłam dość zajęta, mojej przyjaciółce też się ostatnio zdarzało nie mieć czasu żeby się ze mną spotkać, ale cóż nie moja sprawa więc nie wnikałam w to. Kierowała się prosto w stronę umówionego miejsca czyli jak zawsze do naszego ulubionego, największego parku w Los Angeles. Najlepsze miejsce na spotkanie. Dlaczego najlepsze? Każdy tam zajmował się swoimi sprawami, każdy miał te swoje odrobinę prywatności pomimo spacerujących ludzi gdzieś w pobliżu. Ellie już siedziała na ławce w głębi parku.
- Cześć Lizzy!
- Hej!
- Co tam u ciebie? Wszystko dobrze?
- Tak wszystko jest okej, nie musisz się martwić, jak coś będzie źle to dam znać, przecież wiesz.
- No ja myślę, że dasz znać, ale mniejsza. Takie małe pytanko, po jaką cholerę ci teraz aparat?
- A bo wiesz odkąd mam tą prace ze studiów do wykonania, zabieram ze sobą wszędzie aparat żeby w razie jakiegoś nagłego przypływu natchnienia lub okazji szybko cyknąć jakieś dobre zdjęcie, jak na razie nie idzie mi z tym najlepiej lecz czekam cierpliwie na tą garstkę fotek, które wykorzystam.
- Rozumiem, mam nadzieję, że się uda.
- Dzięki. A teraz dosyć o mnie, opowiadaj co u ciebie, rozmawiamy ze sobą coraz rzadziej i bardzo mi to przeszkadza.
- Wiem, wiem, mi też. Obydwie stałyśmy się ostatnio bardzo zajęte.
- Na serio, tylko praca, studia, dom i tak w kółko czasem się jeszcze spotkam z tobą i to w sumie wszystko.
- Jesteś pewna, że wszystko?
- No tak, a co jeszcze, nie mam czasu żeby się w nos podrapać a mam robić inne rzeczy. - O mój Boże, Ellie się dowiedziała. Ale jak?! Przecież nikomu o tym nie mówiłam, a chodziłam do klubu najbardziej krętymi ścieżkami od mojego domu, więc jak?! Dobra spokojnie, wybrniesz z tego. Nie panikuj.
- No nie wiem, nie wiem.
- Oj Ellie nie wymyślaj.
- Kochana okłamujesz mnie. Coś mi mówi, że nie spotykasz się tylko ze mną.
- Co?
- No próbuję ci powiedzieć, że widziałam cię z Jared'em. - Kamień spadł mi z serca, czyli jednak nie wie.
- O rany Ellie, nie masz już na co się patrzeć.
- Nie no ja nic przecież nie mówię. Bardzo ładnie razem wyglądacie, tak w ogóle.
- Ellie!!
- Oj no co?
- My nie jesteśmy parą.
- Jeszcze... - Natychmiast zjechałam ją morderczym, świdrującym wnętrzności wzorkiem, ta się na to tylko zaśmiała.
- Ojejku tylko sobie żartuje, bardzo się cieszę, że w końcu obracasz się w trochę innym towarzystwie niż taki typ jak Kyle.
- Tak, tez się ciesze, że mogę normalnie gdzieś wyjść, nikt nie zadaje pytań gdzie byłam, z kim, po co, i takie tam.
- Bo widzisz, trzeba robić coś, żeby nie zmarnować tego życia. Nikt życia za ciebie nie przeżyje kochana.
- Racja. Wracając do tematu, to co ty właściwie robisz na ogół w tygodniu.
- A wiesz takie tam, chodzę czasem do redakcji, odwiedzę rodziców i siostrę, zakupy, istna rutyna.
- Taa rutyna, wiem że jest coś jeszcze, ale okej nie chcesz nie mów i tak się kiedyś dowiem.
Przegadałyśmy tak sporo czasu, byłyśmy na lodach, jak zawsze śmiałyśmy się w swoim towarzystwie dosłownie ze wszystkiego. Robiłam nam obydwu zdjęcia przy czym również był nie zły ubaw bo co jak co ale fotogeniczne to my raczej nie jesteśmy, a raczej tylko ja bo cokolwiek i jakkolwiek bym na tym zdjęciu się nie uśmiechnęła to wyjdę okropnie...  I właśnie dlatego to ja wole być fotografem a nie być fotografowaną. W pewnym momencie El musiała lecieć na jakieś spotkanie bo się już ze mną i tak wystarczająco nagadała, co twierdzę nie było prawdą bo ostatnio coś się nie zgrywa żeby się spotkać, byłyśmy obydwie zajęte, El redakcją a ja swoją nową bardzo dochodową pracą. Chociaż nie tylko z powodu pracy cierpiałam na brak czasu dla najlepszej kumpeli, wolałam po dniu spędzonym w sklepie, poleżeć sobie w zaciszu mojego własnego domowego ogniska wraz z małymi prezencikami w postaci białego proszku. Ale gdy tylko wiedziałam, że idę na spotkanie z Ellie doprowadzałam się do ładu, ostatnią rzeczą na Ziemi jest to by ona się dowiedziała o moich kłopotach, zaraz by zrobiła zamieszanie wokół mojej osoby, czego bardzo ale to bardzo nie cierpię. Jest to najlepsza dziewczyna jaką kiedykolwiek poznałam i poznam, ale jest czasami za bardzo nadopiekuńcza. Dziś jest wyjątkowo piękny dzień, więc postanowiłam zrobić coś praktycznego, a skoro miałam ze sobą mój aparat to czemu by nie po pstrykać sobie. Jak pomyślałam tak też zrobiłam, ale nie co widziałam nie było godne uwagi, i tak krążyłam zamyślona ścieżkami niedaleko pobliskiego jeziorka. Postanowiłam do niego bliżej podejść, Jeju, że ja nigdy tego miejsca nie odwiedziłam, dobra może przechodziłam ale nigdy nie przyszło mi na myśl, że może tutaj być tak pięknie.
- Widzę, że tobie też się to miejsce spodobało. - Głos dobiegał zza moich pleców, aż się lekko wzdrygnęłam, bo nie lubię gdy ktoś w ten sposób do mnie mówi, czuję się ograniczona w pewien sposób. Odwróciłam się, a za mną stał nie kto inny jak Jared.
- Oo cześć! Miła niespodzianka. Bardzo dawno cię nie widziałam.
- A wiesz bywa się trochę tu trochę tam, musiałem polecieć do Nowego Jorku dać kilka wywiadów i przy okazji dać koncert. Sama rozumiesz, praca...
- Tak wiem , praca.
- A właściwie to co tutaj robisz?
- Spotkałam się z przyjaciółką no i tak w sumie to sobie spacerowałam, starałam się zrobić jakieś zdjęcia ale coś nie wychodzi mi dzisiaj za dobrze, i jakoś tak wyszło, że doszłam tutaj, i tak stoję już tu trochę czasu, to jest jedno z piękniejszych miejsc, które widziałam w ostatnim czasie.
- Tak, mi też się strasznie podoba. - Szeroko się przy tym uśmiechnął, pokazując przy tym swój nienaganny hollywoodzki uśmiech i jeszcze ogarniał wzrokiem ten cały obszar jak dziecko, które dostało właśnie nową zabawkę i nie może się na nią napatrzeć. Mój wzrok zatrzymał się na chwilę na jego oczach. Teraz spokojnie mogę powiedzieć, że jest kolejny widok, który należy do piękniejszych jakie widziałam. Jego oczy. Niebieskie, ale nie niebieskie, jak jakiś zwykły niebieski albo jakiś tam zwykły błękit nieba, to był odcień kojarzący się z ciepłymi wodami morza. Tak wiem, to takie banalne zakochać się czyichś oczach, brzmię pewnie jak jakaś nieogarnięta nastolatka, ale akurat to był widok godny podziwu.
- Lizz?
- Co?
- Gapisz się na mnie...
- Wcale się nie gapię.
- Gapisz się.
- Przecież mówię ci, że sobie coś ubzdurałeś.
- No chyba widzę, że mnie świdrujesz wzorkiem. - Poczułam jak policzki mi różowieją, a ja kompletnie nie mam pojęcia co odpowiedzieć. A żeby było śmieszniej to ten się tylko patrzył i się ze mnie perfidnie śmiał i patrzył się na moją bezradność w danym momencie.
- Dobra już nie ważne, a co właściwie ty tutaj robisz? - O tak zmiana tematu najlepszym wyjściem.
- Przychodzę tutaj zawsze kiedy się z kimś posprzeczam, albo gdy chce pobyć sam i coś przemyśleć, albo czasami tak jak dzisiaj na przykład traktuje to jak część rytuału przed koncertem. Dużo się w moim życiu dzieje i czasem potrzebuję takiej chwili wytchnienia, pewnie wiesz co mam na myśli. - O tak wiem co masz na myśli, tylko, że ja praktykuje to w nieco inny, mniej legalny sposób...
- Doskonale wiem co masz na myśli, też ostatnio mam niezły bajzel w głowie jak i w życiu, a to praca, dom , i te cholerne zdjęcia na studia, kompletnie nie wiem gdzie szukać takich momentów. Gdzie ja ci znajdę człowieka bezgranicznie szczęśliwego i żeby wyszło z tego dobre zdjęcie na dodatek?
- Jeśli na prawdę masz z tym problem, to mogę ci w tym trochę pomóc.
- Nie gadaj, na serio?
- No pewnie, nie raz już widziałem, ludzi tak szczęśliwych, że płakali ze szczęścia, bądź ich całe ciało było nabuzowane pozytywną energią.
- Była bym ci wdzięczna, ale no sama nie wiem, chyba powinnam sama wymyślić gdzie i jak zrobię te zdjęcia.
- Oj weź przestań, to tylko mała przysługa.
- To chyba ja tobie powinnam się odwdzięczyć, jeszcze się nie spłaciła z poprzedniej twojej przysługi.
- Uwierz mi będzie jeszcze co do tego okazja.
- Skoro tak mówisz, to niech ci będzie.
- Świetnie, to ja wpadnę dzisiaj po ciebie o 19:00, masz być gotowa, żadnych spóźnień, punkt siódma na dole.
- Tak jest szefie! - Z ogromnym śmiechem zasalutowałam, za co tylko dostało mi się z łokcia w brzuch. Rzuciliśmy ostatni raz okiem na piękny widok i musieliśmy się zbierać bo dziewiętnasta zbliżała się wielkimi krokami. Właściwie to nie wiem gdzie mnie zabiera, ale miejsce musi być nie byle jakie skoro pokaże mi to na czym mi najbardziej zależy by zrobić zdjęcia. Szliśmy przez park w ciszy, w ogóle się do siebie nie odzywając.
- Zaczekaj chwilę. - I podszedł do stojącego obok nas stojaka na rowery, co mnie zaskoczyło, a to ci nowość Jared Leto na rowerze, tego się po nim nie spodziewałam.
- Podwiozę cię.
- Na czym? Bagażnika widzę, że nie masz.
- To wezmę cię na kierownik.
- Jasne, jeszcze czego. Pozabijasz nas.
- Zaufaj mi. Nic się nie stanie.
- Sama nie wiem.
- Obiecuję, że wszystko będzie okej. - Po czym dał znak żebym wsiadł na kierownik jego roweru. Co miałam zrobić, no zgodziłam się, najwyżej zginę w tragicznym wypadku pod kołami jakiegoś samochodu albo lepiej samego roweru, ale kto tam by się tym przejmował. Podeszłam do roweru, Jared podał mi rękę by pomóc dostać się na kierownik, stanęłam na oponie jedną nogą, lekki podskok i siedzę. Nie było tak trudno jak by się wydawało. Siedział jak na szpilkach, strasznie się bałam upadku, że zaraz się zbiegną ludzie i będzie zamieszanie "wszystko w porządku?", " Nic ci nie jest?!" a po co to komu, co ważniejsze, że przy sobie miałam aparat, a to już niezwykle ważna rzecz w tym momencie. Jared widocznie zauważył moje spięcie, tylko się lekko zaśmiał.
- Oprzyj się o mnie, będzie ci wygodniej, i będę lepiej widział. - Delikatnie odchyliłam się do tyłu, czując jak moja głowa dotyka jego szyi. Spojrzał na mnie upewniając się, że może jechać. Kiwnęłam głową i ruszyliśmy, cały strach odleciał gdyż jazda wcale nie była straszna, wręcz przeciwnie jechało się bardzo przyjemnie. W umiarkowanym tępię przemierzaliśmy spokojnie ścieżki dla rowerzystów, mijając ludzi, którzy uśmiechali się gdy napotkali nas na swojej drodze. Całą trasę nie zamieniliśmy ze sobą słowa, ale to może dlatego, że Jared próbował zapanować nad pojazdem a ja po prostu cieszyłam się trwającą chwilą. Jazda nie trwała długo bo od parku do mojego bloku nie było wcale daleko, równie dobrze mogłam iść na piechotę ale skoro już zaoferowano mi podwózkę to dlaczego by nie skorzystać.
- To do zobaczenia o 19:00.
- Oczywiście. - Uśmiechnął się do mnie szczerze, pomachał ręką i ruszył w przeciwną stronę.
- Jared, dziękuję za podwózkę! - Zdążyłam się tylko szybko odwrócić i podziękować, na co on obdarował mnie spojrzeniem swoich przepięknych niebieskich oczu oraz lekkim skinieniem głowy na znak, że nie ma za co. Pobiegłam szybko na górę, by przygotować się do wyjścia. Aczkolwiek nie mam pojęcia nawet jak mam się ubrać. bo nie wiem gdzie szanowny Pan Leto mnie zabiera. Koniec końców mojego całego szykowania wybrałam idealnie dopasowaną marynarkę, ładną miętową koszulę oraz ciemnoszare, bardzo obcisłe rurki a do tego zwykłe trampki. Wyszło nie źle, bardzo neutralnie. Spojrzała na zegarek, było za trzy siódma co oznaczało, że trzeba się zbierać na dół, wzięłam torebkę, telefon i aparat i zeszłam schodami w dół przed samo wejście do budynku. Co jak co ale skubany był punktualny, punkt siódma stał swoim czarnym sportowym autem centralnie przed blokiem. Wyszedł ubrany całkiem na luzie, dżinsy, T-shirt i czerwona koszula w kratkę. Przywitał się ze mną lekkim uściskiem po czym jak prawdziwy gentleman otworzył mi drzwi. Zajęłam miejsce pasażera,za chwilę Jared zajął miejsce po stronie kierowcy.
- Pasy.
- Okej, okej. - Kliknął guzik, po czym po wnętrzu luksusowego samochodu rozniosły się dźwięki radia. Leciało Future is now - Offspring. Dobra piosenka, która z resztą znajdowała wysokie miejsce na mojej play liście. Mruczałam sobie pod nosem słowa po czym gdy piosenka zastąpiła inną, przypomniało mi się, że ja kompletnie nie wiem gdzie jadę.
- Słuchaj a tak na marginesie to gdzie mnie zabierasz?
- Niespodzianka, zobaczysz jak dojedziemy. Aczkolwiek myślę, że odpowiedź jest niemalże oczywista. - Spojrzałam na niego pytającym wzorkiem, ale na nic to się nie zdało, był nieugięty. Trudno pożyjemy zobaczymy. Po kilku minutach bezczynnego siedzenia w samochodzie. Kierowca dał mi znać, że już odjeżdżamy. Ale ja durna, no, że ja wcześniej an to nie wpadłam! Miejsce do, którego jechaliśmy to oddalona o kilkanaście kilometrów od centrum Los Angeles ogromna hala koncertowa. Tylko nie wiem czy akurat tutaj złapie okazje do zrobienia swojej pracy. Owszem bywałam na koncertach i wiem jak to wszystko wygląda ale jakoś nigdy specjalnie nie widziałam żeby ludzie byli naturalnie szczęśliwi, dla mnie to było sztucznie wymuszane żeby gwiazda zwróciła uwagę na daną osobę - żenada. Wzięłam aparat i torebkę i eleganckim krokiem wyszłam z samochodu. Zanim weszliśmy Jared podarował mi jeszcze specjalną plakietkę bym swobodnie mogła poruszać się za kulisami. Przekroczyliśmy drzwi obstawione przez postawnego ochroniarza i zmierzaliśmy do jak się zaraz okazało pokoju VIP. W środku siedzieli już Shannon i Tomo. Z Shannon'em już zdążyłam się zaznajomić, ale nie było okazji poznać słynnego Tomislaw'a.
- Lizz! Jak miło cię widzieć! - Natychmiast wstał i mocno mnie uściskał. Chyba miał dzisiaj dobry humor. - O rzesz! Gdzie moje maniery, Tomo to jest nasza nowa znajoma Elizabeth Gartner, Lizz Tomo Miličević.
- Miło poznać.
- Mnie również. - Na sam początek znajomości po prostu zbombardował mnie swoim entuzjazmem. Aż biło od niego pozytywną energią.
- Tomo, jak być mógł, to pokaż Lizz gdzie będzie mogła stać podczas koncertu żeby robić zdjęcia.
- Spoko, za mną wycieczka! - Wszyscy tylko pokręcili głową, i wrócili do wykonywanych czynności.
- A chłopaki z nami nie idą?
- Chyba żartujesz.
- Dlaczego?
- Zostało około półtorej godziny do koncertu.
- I co z tego?
- To z tego, że cały rytuał się zaczyna.
- Jezu, słyszałam coś o tym ale myślałam, że to po prostu wymysł fanów.
- Niemożliwe? A jednak! Nie no a tak na serio, to cały rytuał polega na tym żeby przez około godziny siedzi się w ciszy i ćwiczy oddech i takiego typu sprawy.
- Hmm ciekawe...
- Wcale nie, uwierz próbowałem, nuuuda. - Pewnie dla niego to musiała być żenada i nuda, bo od razu po nim, było widać, że aż rozpiera go energia. Doszliśmy do wąskiego korytarzyka, który prowadził do ścieżki tuż przed sceną gdzie stali ochroniarze przy bramkach pilnując by ktoś czasem nie przeskoczył.
- No, to tam właśnie będziesz stać, możesz zejść lub wejść kiedykolwiek będziesz chciała, masz plakietkę więc spoko. Gdy już skończysz możesz wejść do naszego pokoju. Jest tam woda, owoce, alkohol jesli masz ochotę. - Na słowo alkohol puścił zajączki brwiami na co tylko odpowiedziałam śmiechem, ten człowiek mnie rozbrajał, a znałam go dopiero kilkanaście minut. Pokręciliśmy się jeszcze dosyć sporo czasu po hali, a ściślej mówiąc to po korytarzach i nie było co innego do roboty. W końcu nadeszła godzina koncertu Tomo, musiał mnie opuścić i udać się razem z chłopakami na scenę. No cóż, na mnie też pora, do roboty. Weszłam w wąską alejkę pomiędzy sceną a bramkami i czekałam aż zacznie się show. Długo czekać nie musiałam, na samo ich wejście, powitał ich pisk rozentuzjazmowanego tłumu, a ja sprytna tylko wychwytywałam chwilę i robiłam dobre zdjęcia, ale nie jakieś zwykłe dobre, one były na prawdę zdjęcia pierwsza klasa, dokładnie o to mi chodziło! Po godzinie miałam już dosyć materiału ale postanowiłam zostać przy scenie jeszcze trochę, by popatrzeć jak moi znajomi sprawują się na scenie. Widać po nich było, że kochają to co robię, wkładali w to całe serce. I ja to zauważam dopiero teraz, a już byłam na ich koncercie, dobre sobie. Koncert powoli dobiegał ku końcowi, więc postanowiłam udać się w stronę pokoju VIP, gdzie siedziałam już z chłopakami wcześniej ale grzecznie zostałam z niego wyproszona. Weszłam tam ponownie i przyjrzałam się nieco dokładniej pomieszczeniu. Luksusowo, nie powiem. Białe, duże kanapy, ogromny stół z owocami, i napojami różnego rodzaju w tym jak Tomo wspomniał - alkohol. Na samo wspomnienie zajączków chciało mi się śmiać. Co jeszcze, ściany obwieszone antyramami i jeszcze kilka detali, które dodawały ekstrawagancji wnętrzu. Po chwili weszli spoceni, pozytywnie zmęczeni rockmani. Na ich twarzach aż tryskała energia.
- Jak było?
- Jak zawsze odjazdowo! - Odpowiedział mi Tomo z wielkim zacieszem na twarzy. Pozostali tylko dopowiedzieli coś typu tego jak poprzednik to opisał, ale nie chciałam ich więcej męczyć bop widziałam, że taka praca cieszy ale i wykańcza.
- A jak tobie wyszły zdjęcia?
- Bardzo dobrze! Najlepszy materiał jaki sobie mogłam wymarzyć! Dziękuję Jared.
- Nie masz za co, tylko drobna pomoc.
- Drobna, dobre sobie.
- Oj daj spokój.
- Dobra, ja już wam nie chcę przeszkadzać, więc myślę, że powinnam się już zbierać.
- Wcale nie przeszkadzasz, zostań.
- Nie, na prawdę powinnam już iść.
- Skoro nalegasz, to chociaż cię odwiozę. - Przytaknęłam na tę propozycję, bo nie uśmiechało mi się na samotnym wracaniu po nocy do domu. Jechaliśmy niemalże tylko samo czasu co jechaliśmy w przeciwna stronę, tym razem to Jared opowiadał o koncertach, gdzie je dawali, jak wspaniali są ludzie, których spotkali. To była wymarzona robota dla niego. Był do tego stworzony. Byliśmy już pod blokiem, ponownie otworzył mi drzwi.
- Jeszcze raz dziękuję, za to co dla mnie zrobiłeś, wyświadczyłeś mi na prawdę ogromną przysługę.
-Nie ma za co, i to ja cię dziękuję, że mogłem spędzić z tobą trochę czasu. - Spojrzał się na mnie tymi niebieskimi ślipiami i pocałował mnie w policzek czego w ogóle bym się nie spodziewała, trochę się speszyłam, nie wiedziałam co mam zrobić w tej sytuacji. Uśmiechnęłam się, on tylko odwzajemnił i powoli odszedł to samochodu, ostatni raz pomachałam mu na pożegnanie, i weszłam do środka. Nie wiedziałam co mam myśleć, ale czułam się dziwnie, lecz w bardzo dobrym sensie dziwnie, to był interesujący wieczór.

1 komentarz: