~ Heeej! Oto kolejna partia moich wypocin, przyznam że ten rozdział szedł mi jakoś opornie i wyszło jak wyszło, myślę że nie ma jakiejś wielkiej masakry, sami ocenicie ;) Upomnę się po raz kolejny o mile widziany komentarz. Miłego czytania! :D
Lizz:
Wróciłam do domu zmęczona jakbym przebiegła 20-kilometrowy maraton, ale to było bardzo pozytywne zmęczenie, już dawno nie miałam takiego ciekawego dnia jak dzisiejszy. Przez pryzmat dzisiejszego dobrego humoru postanowiłam jeszcze przygotować jakąś kolację i ogarnąć ten chaos panujący w moim mieszkaniu, a raczej dziurze bo mieszkaniem to ciężko było nazwać, lecz jak to mówią ciasne ale własne. Przy tych jakże codziennych czynnościach nie mogło zabraknąć muzyki, przy niej jakoś wszystko szybciej szło i od razu lepiej się czułam, zapominałam o wszystkim i po prostu się jej oddawałam, jedyne źródło ucieczki od rzeczywistości, która czasami dawała popalić. Gdy już kończyłam sprzątać zaczęłam szperać w pustych jak i mój żołądek szafkach i szufladach w mojej kuchni, znalazłam jedynie makaron do spaghetti i ostatki warzyw, więc nie pozostało mi nic innego jak zrobić makaron z warzywami. Kiedy już wstawiłam makaron na ogień usłyszałam dzwonek do drzwi, bardzo dobrze wiedziałam kto stoi za nimi, a był to Kyle - mój chłopak, aczkolwiek coraz częściej zastanawiałam się czy jeszcze powinnam go tak nazywać, chociaż pomimo tego wszystkiego co robił, zawsze żałował i mnie przepraszał za te wszystkie siniaki i rany wyrządzone przez niego, a ja mu zawsze wybaczałam z nadzieją że kiedyś będzie inaczej i się zmieni. Jednak jak dotąd to jeszcze nie nastąpiło i za każdym razem gdy coś było nie po jego myśli ręka, noga wszystko czym dało się zadać ból wchodziło w ruch i to zawsze dostawałam ja, byłam po części jego workiem treningowym. No ale cóż poradzić, tylko on mi został, a ja nie chciałam być sama, po za tym też często mi pomagał i pożyczał pieniądze gdy zabrakło mi do rachunków. Teraz stał on przede mną z jedną czerwoną różą i patrzył na mnie ze skruchą, jak to zawsze po naszej kłótni kończącej się wiadomo z jakim końcem, starał się załagodzić swój występek.
- Lizz... Nawet nie wiesz jak jest mi głupio przez tą całą sytuację. Proszę wybacz mi...- wypowiedział wszystko na jednym wydechu i spuścił wzrok. Już sama nie wiedziałam co robić, to już był kolejny raz kiedy mnie skrzywdził, ale ja chyba byłam za bardzo do niego przywiązana, nie było mnie stać na to żeby go odtrącić więc tylko się do niego przytuliłam. Natychmiast chwycił mnie mocno i odwzajemnił uścisk.
- Wybaczasz mi?
- Na to wychodzi, tylko proszę nie rób tego więcej...a teraz chodź, przygotowałam kolację.- Od razu wszystko poszło w zapomnienie i rozmawialiśmy jak za zawsze o wszystkim i o niczym przy przygotowanym przeze mnie posiłku.
- Lizzy, a dlaczego masz poplamioną koszulkę?- Przez to całe oporządzanie bałaganu i gotowanie, całkiem zapomniałam o przebraniu się w czyste ciuchy.
- A taki tam mały wypadek.
- Jaki wypadek?
- Szłam na lunch i taki koleś wpadł na mnie z kubkiem kawy.
- Palant chodzić nie umie, trzeba mu było powiedzieć to i owo.
-Oj nie przesadzaj to był tylko mały wypadek, po za tym się zrekompensował.
- O naprawdę? A w jaki sposób?
- Wziął mnie na kawę.
- Nie no super, fajnie że się szlajasz z jakimiś pierwszymi lepszymi facetami, to może ja tez zacznę wylewać kawę na pierwsze lepsze laski i się z nimi umawiać za twoimi plecami co?- Widać było że znowu zaczyna wychodzić z siebie ale ja jak zawsze z moim charakterem nie dawałam za wygraną i drążyłam temat zamiast po prostu to zostawić i choć raz zadbać o własny tyłek by w końcu wyjść z tego bez szwanku.
- Weź nie przesadzaj to była tylko kawa, a po za tym skąd mam wiedzieć że tego nie robić gdy nie widzę?
Po tych słowach wstał z krzesła rzucił talerzem w podłogę, podszedł do mnie złapał mnie za ramię i pociągnął w swoją stronę na co ja nie złapałam równowagi i upadłam na ziemie, dla niego to nie stanowiło problemu podniósł mnie i przyparł do ściany, zaczął na mnie wrzeszczeć przy czym mocno ściskając za ramiona, aż czułam że krew mi nie dopływa, mówił jaka to ja jestem nie wdzięczna że za tyle co on dla mnie zrobił ja jeszcze miałam czelność mu coś takiego wypominać. W końcu puścił, zabrał płaszcz i wyszedł zostawiając mnie samą z przerażeniem w oczach i kolejnymi siniakami robiącymi się na moich ramionach. A ten dzień mógł się skończyć tak pięknie... Wstałam tylko z obojętną miną i poszłam wziąć gorący prysznic by zmyć z siebie cały stres ostatnich chwil, niestety nie zbyt pomogło. Pożyłam się na swoim dwuosobowym łóżku o dziwo jak na takie warunki mieszkalne bardzo wygodnym i nie wiedząc kiedy spokojnie zasnęłam.
Obudziłam się jak na mnie o bardzo wczesnej porze bo wyrobiłam się przed budzikiem do pracy. Powoli zwlokłam się do łóżka i udałam się do łazienki w celu odbycia codziennego rytuału makijaż itp. Nawet rano zdążyłam zjeść śniadanie, co już w ogóle nie było do mnie podobne. Zerknęłam na zegarek, mam jeszcze 10 minut do autobusu, wzięłam moją czarną, już lekko po przedzieraną torbę, włożyłam do niej telefon, słuchawki bo nigdzie się bez nich nie ruszałam, oraz portfel i wyszłam spokojnym krokiem na przystanek autobusowy. Autobus jak zwykle przyjechał o czasie, wsiadłam i zajęłam jedno z miejsc. Kiedy tak siedziałam moje siniaki zaczynały dawać mi się we znaki, ale z moim podejściem to tylko na nie spojrzałam i cóż poboli, kiedyś przestanie i zniknie. Kiedy dojechałam na miejsce, wolnym krokiem, jak zawsze podeszłam do tylnych drzwi budynku, pokazałam identyfikator i weszłam od tyłu za zaplecze sklepu. Jak tylko Mike mnie zobaczył spojrzał na mnie z ogromnym zdziwieniem.
- Jezu, Lizz! Co to się stało że tak wcześnie? Masz jeszcze około 10 minut. Już cię dawno nie widziałem o odpowiedniej porze w pracy.
- Raz na jakiś czas wypadało by wykazać się punktualnością prawda?- zapytałam ze szczerym uśmiechem.
- No jasne, jasne. A teraz do roboty!
- Tak jest szefie!- zasalutowałam mu na oznakę rozpoczęcia nowego dnia pełnego roboty. I zaraz po tym wzięłam się za układanie nowego towaru na pułkach.Właśnie przywieziono nowe gitary elektryczne, które musiałam zawiesić na specjalnym wieszaku zaczepionym prawie że pod sufitem, żeby umieścić je tam trzeba było się nie źle nagimnastykować zaczęłam wyciągać ręce ku górze by dosięgnąć uchwytu, za chwile podszedł do mnie Mike, kazał mi na chwile przerwać pracę.
- Lizz, znowu.
- Co znowu?- wziął mnie za rękę i pokazał fioletowe miejsce na moich ramionach i nadgarstkach.
- Znowu przychodzisz cała posiniaczona. Co się dzieje? Ktoś cię biję? Mogę ci jakoś pomóc? - spojrzał się na mnie z troską w oczach.
- Nic się nie dzieje, małe spięcie, takie tam błahe problemy, nic wielkiego...
- Maltretowanie kogoś to "błahe problemy"? Czy ty siebie słyszysz?! Kobieto przecież to ewidentnie widać że coś jest nie halo! Kyle cię znowu pobił?
- Oj daj spokój nic się nie stało, wszystko jest w porządku.
- Nic nie jest w porządku, jeżeli jedna osoba w związku jest traktowana jak śmieć to nie wiem czy w ogóle to można nazwać "związkiem"
- Daj spokój z dramatami.
- Lizz, proszę zrób coś z tym, zerwij z nim, znajdzie się lepszy, które będzie cie szanował...
- Nie potrzebuje księcia na białym koniu, może być dres na ośle. Ważne żeby mnie kochał, a Kyle mnie kocha.
- Nie wiem jak interpretujesz miłość, ale jak dla mnie takie zachowanie całkowicie jej zaprzecza!
- Dobra skończ, klienci czekają.- Starałam się znaleźć jakąkolwiek wymówkę byle tylko się odczepił, on tego nie rozumie, to nie jest takie proste jak by się wydawało. Owszem są złe chwile, które mam z Kyle'em dość często, ale po burzy zawsze wychodzi słońce i prędzej czy później się godzimy i jest dobrze. A z drugiej strony to nie wiem jak on by zareagował na wieść że już nie chce z nim być. Właśnie ta kwestia chyba najbardziej mnie przerażała i zarazem blokowała do podejmowania racjonalnych decyzji, które zapewne były by dla mnie o wiele lepsze. Dlatego byłam taka zamknięta na nowe znajomości, bałam się że potem mi się za to oberwie. Powinnam to zmienić. Po dłuższym rozmyślaniu opuściłam rękawy bluzy żeby nikt więcej nie pytał, bo im więcej razy powtarzałam formułkę że wszystko jest okej, stawało się to coraz bardziej bolesne. Zostało mi jeszcze sporo do zrobienia więc wróciłam do wykonywanej czynności. Kiedy skończyłam, udałam się na chwilę na zaplecze. Mijając ladę z kasą fiskalną, zobaczyłam niewielkie, kremowe pudełko, obwiązane bordową wstążką.
- Mike, jakaś poczta do ciebie czy coś.
- Co?
- Na ladzie leży jakieś pudełeczko.
- A tak, to dla ciebie.
- Jak to dla mnie?
- Normalnie, jakieś parę minut temu był tu jakiś klient, powiedział że cię zna i kazał ci to przekazać.- Zdziwiona całą to sytuacją, wzięłam pudełeczko i usiadłam na niewielkiej kanapie w pokoju dla personelu, po czym pociągnęłam za wstążkę i chwyciłam za wieczko.To co zobaczyłam w środku mile mnie zaskoczyło, na dnie była nowa koszulka, niemal taka sama jaką miałam wczoraj, która nie fortunnie została zachlapana kawą, oraz liścik.
"Chciałem Cię jeszcze raz przeprosić za wczoraj. Mam nadzieję że nowa bluzka się podoba i odpokutowałem ;) Chciałbym Cię jeszcze kiedyś spotkać, jeśli masz ochotę to w porze lunch'u w barze sałatkowym "Salad World".
- Co to za chłopak? - Usłyszałam za sobą głos Mike'a.
- Świnia! Ja twojej korespondencji nie czytam.- Udałam obrażoną.
- Moim zdaniem powinnaś iść.
- Mówisz?
- No jasne, czemu nie.
- Sama nie wiem.- I właśnie sobie uświadomiłam, że włączyła się moja "blokada" na ludzi, i że tak dalej nie może być, że jeśli jestem z Kyle'em to nie mogę już się widywać z innymi ludźmi.
- A co tam, raz się żyje!
- No nareszcie to zrozumiałaś.
Pora lunch'u zbliżała się wielkimi krokami, więc postanowiłam się zbierać. Powiedziałam szefowi że wychodzę, i poszłam w stronę umówionego miejsca. Gdy już byłam na miejscu, zaczęłam się rozglądać za konkretną osobą. Nie było go, ale ze mnie idiotka, tak mi wyszło to otwieranie się na nowe znajomości, no cóż mówi się trudno, skoro już tu jestem to zdecydowałam się jednak coś zamówić podeszłam do lady i poprosiłam o sałatkę wegetariańską.
- Dla mnie to samo. - Usłyszałam za mną głos po czym zobaczyłam jak przy kasie ktoś wystawia dłoń a w niej trzyma banknot. Od razu stwierdziłam że to on po tatuażu, który znajdował się na nadgarstku. Odwróciłam się żeby się upewnić, a on tylko się uśmiechnął, wziął nasze zamówienie i zaprowadził do stolika po czym jak prawdziwy gentlemen odsunął mi krzesło, dawno mnie tak nikt nie traktował.
- Hej. - Przywitał się ze mną i znów się do mnie miło uśmiechnął, od razu odwzajemniłam gest.
- Cześć.
- Widzę że dzisiaj jesteś w lepszym nastroju niż wczoraj, miałem małe obawy czy przyjdziesz na ten lunch.
- Można tak powiedzieć że w lepszym. A dlaczego miałabym nie przyjść, zawsze to lepiej pogadać z kimś niż siedzieć samemu.
- Masz rację, dlatego postanowiłem cię zaprosić, jedzenie z własnym bratem wcale nie jest fajne. A po za tym przepraszam za spóźnienie, Echelon jest wszędzie.
- Nic nie szkodzi, rozumiem, życie gwiazdy rock'a pewnie wcale nie jest usłane różami.
- A żebyś wiedziała że nie.
- A propos pracy, skąd wiedziałeś gdzie ja pracuje?
- Szczerze? Po tym jak wyszłaś, poszedłem za Tobą.
- Śledziłeś mnie?
- Tak jakby... Ale w słusznym celu.
- To była tylko bluzka, nie musiałeś jej odkupywać.
- Chciałem się z tobą spotkać ponownie.
- Dlaczego?
- Bo chciałem cię rozgryźć.
- Nie rozumiem.
- Dawno nie spotkałem takiej osoby jak ty.
- Czyli jakiej?
- Tajemniczej, pewnej siebie, z charakterem, z sekretami, dużo by wymieniać.
- Naprawdę jestem warta marnowania ci popołudnia?
- Myślę że można to przedyskutować. O i jeszcze jedno, nawiązując do pierwszego spotkania, co się stało, że byłaś taka, hmm... zła, naburmuszona, sam nie wiem jak to określić. Zazwyczaj wszyscy pałają szczęściem i radością.
- Ja nie jestem wszyscy, może właśnie się cieszyłam? Tylko na swój własny sposób?
- W takim razie dziwnie okazujesz szczęście.
- Nie no po prostu zwykłe problemy.
- Mam nadzieję że już zażegnane.
- Mniej więcej.
Rozmawialiśmy jeszcze sporo czasu. Jak się okazało, Jared wcale nie był taki zły, był bardzo miły, umiał mnie rozśmieszyć, a co ostatnimi czasy było bardzo trudne. Gadało się naprawdę miło, postanowiliśmy się wymienić numerami telefonów, co potem wydało mi się głupie bo wyglądało to niczym scena z komedii romantycznej, ludzie się poznają i od razu wymieniają numerami telefonów. Gdy spojrzałam na zegarek okazało się że muszę natychmiast wracać.
- Jeju! Nie wiedziałam że tak długo tu siedzimy. Bardzo fajnie się gadało, ale muszę już lecieć.
- Mi też było bardzo miło, mam nadzieje się jeszcze z tobą spotkać.
- Ja też ale naprawdę muszę już iść, do zobaczenia! - Pomachałam mu na pożegnanie i szybko pobiegłam w stronę sklepu. Pozostałe godziny pracy zleciały mi bardzo szybko i miło, aż Mike był zadowolony z moich efektów pracy. Sama nie byłam pewna czy ja to ja, już dawno z nikim się tak dobrze nie rozmawiało.
rozdział po prostu śiwtyny
OdpowiedzUsuń"Nie potrzebuje księcia na białym koniu, może być dres na ośle" uwielbiam ten tekst
Bardzo się ciesze że się spodobał ;D
OdpowiedzUsuńJared. Jakiż on miły. Lecę czytać następny. :)
OdpowiedzUsuń