Dream out loud

Dream out loud

czwartek, 7 listopada 2013

Rozdział 3

~ Witam, witam. Myślę że nie musieliście czekać długo na ten rozdział, tak na margiesie to będę się starała dodawać rozdział co każdy czwartek. Mam w sumie taką małą prośbę, jeśli ktoś się nudzi lub po prostu miałby ochotę zaprojektować dla mnie jakieś lepsze tło albo baner ze zdjęciem związanym z tą tematyką i z napisem "Dream out loud" , to jestem otwarta na propozycję. W sumie to co zawsze proszę o pozostawienie komentarza, i miłego czytania. Hope you'll like it ! :D.



Lizz:
Zapowiadał się całkiem fajny dzień. Miałam tonę roboty, co w moim przypadku było zbawieniem by odciągnąć się od wszystkich dręczących mnie już od kilku dni myśli. Stwarzałam po prostu dobrą minę do złej gry byle tylko uniknąć tych wszystkich pytań, których z każdym kolejnym razem trudniej było uniknąć    a zamiast ubywać to tylko przybywało. Zwlokłam się szybko z łóżka bo już i tak byłam prawie spóźniona do pracy zresztą jak zawsze, także nic nowego, jak zawsze ten sam pośpiech. Wskoczyłam pod prysznic by zmyć z siebie ostatki zmęczenia, potem szybko się ubrać i pędem na autobus do najlepszej pracy na świecie. Bo faktycznie była najlepsza, wprost stworzona dla mnie a mianowicie praca w sklepie muzycznym. Nic na świecie mnie tak nie odprężało jak dźwięki gitar albo rozładowanie emocji na perkusji, to było coś... Sama się nawet uczyłam grać na gitarze ale nie za bardzo mi to wychodziło, prawdę mówiąc to kiepski ze mnie samouk, a na prywatne lekcje mnie nawet nie stać, ledwo co nadążam z czynszem za mieszkanie. Wiele razy myślałam o zmianie pracy na lepszą, z lepszymi zarobkami, ale za każdym razem sobie myślałam " po co robić coś czego nie cierpimy?", a każda praca wiązała się z czymś czego wprost nienawidziłam, typu : księgowa, kasjerka, hostessa, itp... W końcu gdy dotelepałam się autobusem do ogromnej galerii handlowej gdzie znajdował się mój zakład pracy szybko wygrzebałam mój identyfikator z torby by ochroniarz przy tylnym wejściu dla pracowników mógł mnie wpuścić i wbiegłam niczym rakieta wystrzelona w kosmos w kierunku sklepu muzycznego "Just Music". Szef gdy tylko mnie zobaczył z pobłażaniem machnął ręką żebym szybko brała się do pracy bo klienci czekają na pomoc w doborze instrumentu lub innej porady fachowca. Mój szef - Mike pomimo to że był moim pracodawcą był moim bardzo dobrym znajomym, znałam go sporo czasu bo pracuje w tym sklepie niemal od samego założenia, i żal mu nawet na mnie krzyczeć jeśli się spóźnię bo dobrze wie że mam dużo problemów osobistych wykluczając te nowo powstałe ale prędzej czy później i tak czy siak to zauważy i podstępem wyciągnie jak to on ma to w naturze robić. Mogłam mu powiedzieć o wszystkim, on zawsze miał czas żeby mnie wysłuchać czy tez doradzić w trudnych decyzjach bądź też być dla mnie poduszką do wypłakania w trudnych dla mnie chwilach, był dla mnie po prostu jak najlepszy przyjaciel. Był ze mną nawet wtedy gdy moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym, wtedy to już całkowicie zostałam sama a jednak on przy mnie był pocieszał mnie, ale i dał niezłego kopa żebym się ogarnęła bo nie żyję się samymi złymi rzeczami, są też te dobre, do których sami musimy dążyć by je odkryć i znaleźć własne szczęście. Zawsze mi to powtarzał gdy łapałam doła przez moje problemy, za co byłam mu niezmiernie wdzięczna. Dzień w sklepie przebiegał dosyć sprawnie bez żadnych awantur ze strony klientów, co było bardzo miłe, nawet udało się sprzedać dwa całkiem okazałe i drogie akustyki z czego byliśmy razem z Mike'iem bardzo zadowoleni. Bądź co bądź ale z tego całego pośpiechu zapomniałam zjeść śniadania przez co zawsze wręcz głodowałam podczas wczesnych godzin pracy, ale zawsze wytrzymywałam do lunch'u, lecz tym razem po prostu nie dawałam już rady.
- Mike słuchaj bo jest sprawa...
- No, co tam?
- Bo widzisz, tak się spieszyłam do pracy żeby zdążyć na autobus, że nawet nie zdążyłam wypić kawy, a nic nie mówiąc już o śniadaniu, więc...
- Jeju, człowieku! Ile razy Ci mówiłem, że nie można tak do pracy przychodzić? Już wolę żebyś się spóźniała z 15 minut więcej niż mi tu mdlała z głodu! A teraz idź masz wcześniejszą przerwę na lunch, a po a tym i tak na chwilę muszę zamknąć sklep bo mam ważną sprawę do załatwienia w biurze.
- Okej dzięki to ja będę za pół godziny!
-Okej, tylko się nie spóźnij! - Puścił mi oko i pożegnał się ze mną machnięciem ręki. A ja poszłam w stronę obiektów gastronomicznych by w końcu zjeść moje śniadanie, a właściwie to o tej porze już lunch. Właśnie byłam w trakcie zastanawiania się gdzie i co by tu zjeść żeby było w  miarę szybko, już właśnie dochodziłam do jednego z lepszych barów kanapkowych, gdy nagle poczułam jakieś dziwne ciepło na tułowiu w okolicach brzucha a po chwili znalazłam się na podłodze, nieco oszołomiona całym zajściem postanowiłam się pozbierać z podłogi i wyjaśnić sytuację, ale nim zdążyłam coś powiedzieć, ktoś już zaczął to za mnie mówić.
- Powinnaś bardziej uważać jak chodzisz.- No myślałam że mnie szlak mnie jasny trafi, gościu sam na mnie wpadł i jeszcze mi prawi kazanie że to ja chodzić nie umiem a  nie na odwrót.
- Ja powinnam uważać? No chyba racz...- i w tej chwili spojrzałam kto stoi przede mną, nie powiem byłam bardzo ale to bardzo zdziwiona, bo takie spotkanie to było prawdopodobne jak jeden do miliarda no ale jak widać można? - można. Nie chciałam wyglądać jak jakaś idiotka, która spotyka znanego aktora i zapomina języka w gębie, więc postanowiłam jak to ja odpowiedzieć w miarę "grzecznie" i przyjaźnie.
- No chyba to pan powinien uważać jak chodzi i patrzeć gdzie wylewa swoją kawę. - przy okazji pokazałam swoje poszkodowanie, a poszkodowanie było dosyć spore, gdyż jak się po chwili spostrzegłam że mam na sobie jedną z moich ulubionych koszulek z motywem James'a Dean'a. Widać było że o czymś myśli ale w końcu przemógł się na banalne rozwiązanie sprawy.
- Dobra mniejsza, oboje winni, pasuje?
-Nie, bo to Pańska wina.- jak zwykle ja uparta, postanowiłam nie dać za wygraną.
- Dobra niech Ci będzie, moja wina przepraszam. To w ramach rekompensaty, zapraszam na kawę, ja stawiam.
-Wybaczam, a kawa to zbyteczna.- szłam w sumie na lunch więc sama mogłam się kawy napić,więc miałam się już odwracać w przeciwną stronę, gdy się odezwał.
- No nie daj się prosić, bo będę Cię mieć na sumieniu. A po za tym Jared jestem, a nie jakiś "Pan" - popatrzył się na mnie tymi swoimi pięknymi niebieskimi oczami i podał mi rękę na znak zgody. Patrzyłam się to na niego to na jego rękę rozważając co ja mam robić czy podać i iść z nim na te kawę, czy olać, odwrócić się i nigdy nie spotkać. Najwyraźniej zauważył moją rozterkę i natychmiast wziął mnie pod ramię    i zaczął prowadzić do jakieś kawiarenki blisko nas. Już sama nie wiedziałam co mam robić, więc stwierdziłam że i tak już nic w swoim życiu do stracenia nie mam i tak czy siak niedługo się wszystko skończy, więc czemu nie.
- Lizz...-popatrzyłam na mnie nie wiedząc o co chodzi.
- Słucham?
- Mam na imię Lizz Gartner.- spojrzałam na niego, z trochę wymuszonym uśmiechem na twarzy. W sumie to sama nie wiem czemu jakoś tak negatywnie na niego reagowałam, może to po prostu przez wydarzenia ostatnich dni. Chwile potem odebrał dwie kawy i zaprowadził mnie do stolika na samym końcu kafejki.
- A więc Lizz, może wytłumaczysz mi na początek, dlaczego mam wrażenie że nie za bardzo przepadasz za moją osobą? - spojrzałam na niego zza kubka kawy, i chwile aż sama się nad tym zastanawiałam, i doszłam do wniosku że prawdy mu nie powiem bo co będę się zwierzać jakie to ja mam wielkie problemy życiowe osobie, z którą nawet się nie znam tylko wymieniłam kilka zdań? Oczywiste było to że muszę jakoś z tego wybrnąć i wypadałoby skłamać.
-Hmmm... Niech pomyśle...Nieznajomy człowiek oblewa mnie kawą, na samym środku centrum handlowego zalewając przy tym moją ulubiona bluzkę z motywem James'a Dean'a, a potem jeszcze nachalnie zaciąga na kawę, chyba dlatego.- bądź co bądź ale zawsze miałam talent do kłamania na ostatnia chwile, więc i teraz udało się coś szybko wymyślić
- Przeprosiłem przecież, bardzo mi przykro z powodu bluzki, nie wiedziałem że jest dla Ciebie taka ważna, gdybym wiedział, to na pewno wylał bym tą kawę innego dnia kiedy miała byś inną bluzkę na sobie.- Wywołało to u mnie lekki śmiech, ten to jednak umie wynaleźć wyjście z każdej niezręcznej mu sytuacji. Ale cóż wszystko co miłe kiedyś się kończy, wzięłam swój napój, wstałam i udałam się do wyjścia. Popatrzyłam ostatni raz na mojego towarzysza, a ten siedział tylko ze zdezorientowaną miną i patrzył się na mnie nie wiedząc co ma powiedzieć. Ja tylko się uśmiechnęłam i udałam się w stronę baru sałatkowego, w którym szybko zamówiłam sobie moją ulubioną sałatkę z kurczakiem i udałam się szybkim krokiem z powrotem do sklepu. Prace skończyłam o 18:00 dzień był udany bo bardzo dochodowy dla sklepu, ale też z powodu incydentu z bluzką, mimo wszystko jakoś to wspomnienie było całkiem miłe, jak dla mnie to aż trochę śmieszne, bo co za ironia spotkać osobę co kilka dni temu było się na koncercie zespołu, w którym jest wokalistą, nieprawdopodobne. Przynajmniej ten jeden dzień pozwolił mi zapomnieć w szarej, a jakże bolesnej rzeczywistości mojego życia.



1 komentarz: